Dostałam nowe sadzonki truskawek. Niespodzianka bardzo miła, sprawiona przez nowo poznaną Wojowniczkę z Żurawlowa, Basię.
Wspaniała, nowa znajomość.
Dla tych truskawek zdjęłam wreszcie czarną folię z kawałka ziemi.
Folia leżała tam od wiosny, kiedy ułożyłyśmy ją wspólnie z Anią z Niemiec.
Kiedy Ania przyjechała do mnie powtórnie u schyłku lata z mężem Tomkiem, folia poprzyciskana cegłami nadal leżała, czekając aż będę miała czas zająć się ogrodem.
Jak wygląda ziemia spod czarnej folii?
Jak dla mnie, bardzo dobrze. Znikła cała roślinność, wyginęły korzenie, oprócz kłączy na samych obrzeżach.
Zachowały się dżdżownice. Ziemia pulchna, mięciutka i wcale nie sucha, bo folia nie była nowa i jest nieco podziurawiona.
Po zwinięciu folii, wystarczyło glebę wzruszyć widłami do kopania, zagrabić i można się było obejść bez karczowania ugoru :)
Folią przykryłam nowy kawałek ziemi gdzie będzie leżała do wiosny, żeby zrobić miejsce na siew korzeniowych warzyw. Folia ma jakieś 5x5.
Lubię takie rozwiązania, które oszczędzają bezsensownej pracy. Każdego dnia się uczę :)
Zauważyłam, że grządka odgrodzona deskami od reszty przyrody, prawie wcale się nie zachwaszcza. Tak jakby dzikie rośliny respektowały linię graniczną.
Bez takiego odgrodzenia, łąka wpełza w uprawy i trzeba prowadzić wieczną wojnę.
Odgradzam więc swoje grządki, buduję korytka dla uprawnych roślinek, wykładam je skoszoną trawą z kosiarki, bo choć kocham ogrody, to przedkładam jednak kontemplację piękna latem, nad harówkę w upały rzędu 36 stopni. Trzydzieści to też za dużo. Czternaście stopni jak dzisiaj, i lekko zachmurzone niebo, to w sam raz.
Grządka ogrodzona i wyściółkowana sama się obroni przed chwastami i brakiem wody. Latem dokładam tylko skoszonej trawy, bo kosić trzeba minimum raz na 10 dni w sezonie. Takie jest tempo zarastania posesji do stanu, kiedy trzeba użyc maczety, zeby sie dostać do sławojki ;)
Czyli koszę i wykładam grządki, więc dwie prace w jednej. Przecież trawę i tak musiała bym gdzieś wynieść.
W takim układzie, najwięcej prac trzeba wykonać właśnie jesienią, przy szykowaniu nowych grządek, na które zużywam stare deski ze stodoły i resztki ze sprzątania już uprawianej części ogródka, oraz wiosną, do końca maja. Teraz na nową grządkę- wał ogrodzony deskami, trafiają resztki dżungli pomidorowej i dyniowej, oraz wszelkie chwasty bez nasion, a także kretinkowe pagórki, bo zwierzątko niezmordowane jest. Mam też sporo już przepróchniałej słomy i siana z nieuprawianej jeszcze części stodoły.To pójdzie na wierzch.
Próchniczna ziemia jaka się zrobiła z koziego obornika, zasili wiosną truskawki.
No, ale ja o przymrozkach miałam. Otóż w samym środku sadzenia truskawek, zagapiłam się w ogród i po chwili nogi mnie poniosły w dyniowisko, a ręce wyciągnęły się po pierwszą dynię.
Taka piękna pogoda, ciepło, prognozy nie przepowiadają przymrozków, więc może jeszcze je zostawić? otrzeźwiałam.
Ale za chwilę pojawiła się myśl, że należy wierzyć swojej intuicji i skoro tak mnie kusi żeby dynie zebrać, to zbiorę.
I na drugą noc przyszedł przymrozek :)
O co chodzi z dyniami i przymrozkiem? Jeśli mróz poliże dynie, one się bardzo słabo przechowują, szybko dostają plam i się psują.
Zebrałam troszkę hokkaido, najwięcej, bo kilkanaście piżmowych i ze cztery amazonki.
I troszkę ozdobnych, co mnie bardzo cieszy, bo wypróbowałam jedne z nich do zapiekania i były pyszne bardzo. Takie niewielkie kule, zielone gdy niedojrzałe, a żółte po dojrzeniu i bardzo twarde.
Podejrzewam nawet, że to nie są dynie, ale małe tykwy, bo zapiekałam zielone a skóra była cieniutka i twarda, taka celulozowa ścianka. Żółtych (czyli dojrzałych) jeszcze nie sprawdzałam, ani tych podobnych do fantazyjnych patisonów w koronki.
W każdym razie dla pojedynczej osoby lepiej jest upiec trzy minidyńki, niż rozkroić dwukilogramową dynię i jeść ją tydzień.
Fakt, że Maciuś tez jest fanem dyni i frytki wyjęte z pieca, zrobione z hokkaido, polane masłem szałwiowo-czosnkowym wywołały w nim amok, no ale ile taka kocina może w sobie zmieścić zanim przewróci się kołami do góry?
Do zapiekania wykorzystuję komorę paleniskową pieca. To coś w rodzaju bardzo malutkiego chlebowego, bo jest cała z szamotu i nie ma rusztu.
Piekłam już drożdżówkę (z dynią :) i można upiec chleb, wszystko w małej formie. Duża się nie zmieści. Jednak jak na jedną osobę, jest w sam raz.
Poza pracą w ogrodzie, dziś mały spacer po trawę żubrówkę (albo to jest tomka wonna, nie wiem tego na pewno), po liście malin na fermentowaną herbatkę i wracam do pracy w ogrodzie.
Na grzybach nie byłam, jakoś nie bardzo miałam ochotę żeby wybrać się do lasu.
Może jutro, w niedzielę?
Suszarka piecowa cały czas zajęta, ciepła blacha też dobrze służy, zrobiłam dzięki niej koncentrat owocowy: podsuszane marmoladki, które można przechowywać w słoiku bez dalszej konserwacji.
Są bardzo smaczne, goście wyjedli mi latem wszystkie zeszłoroczne, co do jednej :)
Im dłużej są przechowywane, tym smaczniejsze, bo cukier z nich migruje do skórki i robi się na wierzchu skorupka z kryształków, a środek ma konsystencję twardej galaretki.
W tym roku gruszkowo-winogronowe. Gruszki i winogrona od Agaty i Radka.
A suszone po domowemu gruszki są przepyszne, o wiele lepsze od suszonych fig.
Wszędzie jeszcze zielono, trawa szmaragdowa, w powietrzu spokój i rajskie ciepło. Liście jeszcze nie zaczęły spadać z drzew, choć ściana lasu lekko zmienia kolor, na złamaną zieleń, zapowiedź przyjścia Jasienia.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty
sobota, 3 października 2015
wtorek, 23 czerwca 2015
Ogród na stodole
W komentarzach nadmieniałam o tym, ze na miejscu po stodole mam teraz zaczątek nowego ogrodu. Zaczątek, bo na wschodnich krańcach świata naszego, południowoamerykańska "maniana" czyli "wieczne jutro" jest sprawą normalną, a poślizg do roku czasu jest przyjęty zwyczajowo. I tak to, zanim zrealizowała się obiecana pomoc w zniesieniu najcięższych słupów ze stodoły (którą licząc na ogród w tym roku rozbierałam sama zimą i wiosną -znając system maniany), zaczął mijać czas siewów, a trawa runęła zarastając wszystko po pas, w tym rzeczone słupy leżące w miejscu gdzie miał być początek sadu.
Drzewka które już miałam, posadziłam gdzie indziej, a nowych nie nabyłam, bo uległy by zadeptaniu podczas czyszczenia tej części placu po stodole.
Rok w tą czy w tamtą, jakie to ma znaczenie. Obyśmy zdrowi byli.
Poważnie :)
Jednak trochę ponad połowę po stodole udało mi się przygotować pod ogród i powiem Wam, że to był strzał w 10-tkę :)
Próchnica gruba na pół metra, w niektórych miejscach ponad 70 cm. Wszystko rośnie fantastycznie wielkie i mocne.
W połowie maja posadziłam kapustę z kupionej rozsady- takie szczurze ogonki na wielkość, a już wczoraj ugotowałam pierwszą kapustę zasmażaną (lipcówka)
Na pierwszym planie lipcówka.
Sałaty są koncertowe, odmiana masłowa i rzymska wysiewane w marcu do gruntu, nie wybijające szybko w kwiaty dostarczają codziennie pysznego jedzenia.
Kapusta liściasta mizuna, dwa pokolenia rzodkiewek, wczesny szpinak i inne krótkotrwałe zieleniny (wszystko wysiewane w marcu) przeszły już do historii, ustępując miejsca rozrastającym się pomidorom.
Nawet nie zauważyłam, jak z dziczyzny (oczywiście zielnej :) przeszłam w większości na jedzenie ogrodowe.
No i pomidory, nadal zdrowe, co kilka dni przybywa im na wysokość i szerokość. Po jednym paliku nie starczało, więc przeszłam na system palików i sznurków.
Widać jak całość podłoża jest wyścielona zmieloną przez kosiarkę trawą.
Trawa rośnie i co kilka dni trzeba kosić, więc ogródek na tym korzysta.
Podłoże jest tak miękkie, że na ścieżkach położyłam deski, by nie ugniatać ziemi.
Te syberyjskie odmiany sprawdzają się jak dotąd bardzo dobrze. Wysadzone w ostatnich dniach kwietnia radzą sobie bez osłon ze zmienną pogodą i dużymi wahaniami temperatury. Z obserwacji wynika, że najwcześniej zawiązał owoce Hlebosolnyj.
Korol Gigantow sięga mi niemal do pasa, w opisie jest informacja że dorasta do 160cm. Oczywiście wszystkie już pięknie kwitną.
Rosa Vetrov
Zdjęcia są sprzed kilku dni, pomidory urosły od tego czasu gdzieś o 1/4 i przybyło palików i sznurków. Co jakiś czas pryskam drożdżami nowe przyrosty na wszelki wypadek i wydaje się, że one to lubią, że wchodzą z drożdżami w jakąś symbiozę, co się uwidacznia nasileniem rośnięcia i jednocześnie grubością i mocą pędów.
Bardzo malutko wyszło buraczków i marchewki, cebula- dużo wszędzie gdzie popadło, nieco czosnku. To wszystko na tyle, na ile uwolniłam miejsca zajętego ekspansywnie przez przyrodę. Ona nie znosi pustki. Ziemniaków nie mam, ale też jakby od zeszłego roku przestałam je tak chętnie jeść, stąd nie żałuję.
Truskawki posadziłam na miejscu które chyba ulubiły pędraki. Znikają krzaczek po krzaczku, więc już szykuję nowe miejsce na późno-letnie przesadzanie.
Poprzedniej plantacji nie znalazły.
Z wiedźmińskich zajęć:
zbiory i suszenie ziół - melisa, szałwia, kwiat czarnego bzu, jaskółcze ziele, konyza (po raz pierwszy w tym roku), nieco tymianku. Do "żniw" dojrzała lawenda, ale dziś pada, więc poczeka na pogodę. Na dniach zbiorę oregano.
Obieranie listeczków melisy z ususzonych gałązek.
Takie oberwane listki w całości idą do zakręcanych słoików.
Ukręciłam maść na niespokojne nogi dla osoby ze wsi, działa bez pudła. Użyczona przez nią do posmarowania innej osobie -ze stanem zapalnym żylaków, w kilka godzin "schowała" te żylaki i uśmierzyła ból i stan zapalny. U innej zdjęła opuchlizny nóg i ból stawów.
A miała być tylko na zespół niespokojnych nóg. Użyta do masażu sparaliżowanej osoby z przykurczami dłoni i stóp, spowodowała wyluzowanie ścięgien i zmniejszenie przykurczy, poruszyła zastoje limfy.
No, ludzka wynalazczość, do czego można użyć maści na niespokojne nogi jest wielka :)
Są potrzebujący, więc ukręcam, ukręcam...
Testuję też na sobie sok z jaskółczego ziela. Nawyciskałam z ciekawości w najlepszym do tego czasie, kiedy kwitnie i ma zaczątki zielonych owoców. Przepis z rosyjskiej książki (książka niestety po rosyjsku) o przetworach leczniczych z glistnika. Sok zadziałał mi na wyobraźnię, jest samokonserwujący i z tego co widzę, to prawda.
Napiszę o nim więcej kiedy indziej, bo rozpisałam się bardzo.
Ostrzegam, że będzie ciekawie :)
Przydomowe kwiaty. To białe wyglądające zza węgła to parzydło leśne, lecznicze.
Żółte kwiaty to tojeść kropkowana, oczywiście lecznicza. Mam jeszcze obok domu sporo dziko zarastającej tojeści rozesłanej, płożącej się po ziemi delikatnej roślinki o złotych kwiatkach. W tle te wysokie patyki, to pędy kwiatowe lipcowych lilii.
sobota, 28 czerwca 2014
Popiół czy diament
Długo nie pisałam, ponieważ przechodziłam wewnętrzna przemianę, kolejną w ciągu trwania mojego trochę ponad półwiecznego życia.
"Półwiecznego" brzmi poważnie, bo to przełom jest całego stulecia, którego to stulecia dożyć życzę każdemu w doskonałej kondycji- (by móc wleźć na drzewo po upatrzone jabłko :) zdrowiu, klarowności umysłu i słonecznej równowadze ducha.
Otóż wydawało by się, że nic się nie dzieje, że czas płynie trybem wstępnie ustalonym dla mojego wiejskiego życia, że praca przy ziemi, kozach, prostuje moja pokręconą miejskimi warunkami duszę, ściera niszczące mnie oprogramowanie i odnawia ciało, tak.
I nie.
Otóż od jakiegoś czasu zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, ze zatrzymałam się w pół drogi, co ja mówię, w ćwierć drogi niespełna, a całą moją uwagę i energię zabierają sprawy gospodarskie. Wszystkie wydarzenia które spychały moją uwagę i ukierunkowanie sił z tego toru, traktowałam jako przeszkodę.
Prosto rzecz ujmując, próbowałam obrastać. Zamiast upraszczać, komplikowałam, układając plany rozwoju gospodarstwa w takim, albo innym kierunku.
Nie zdałam sobie z tego sprawy na poziomie umysłu, lecz odczułam bierny opór wewnętrzny, smolistość i ciężkość. Po spokojnym rozpakowaniu problemu, wyłoniła się przyczyna: ONA, podstępna rutyna.
Mechaniczność, zegarek, kalendarz, przymus.
Zrozumiałam, że przeniosłam tu ze starego życia jeden z programów, który nie jest dobry dla ciała i umysłu.
Program ten nakazywał mi zawsze skierowanie uwagi na zewnętrzną stronę istnienia, ustanawiał ją najwyższym priorytetem w hierarchii.
Pojawił się i zdawał egzamin w czasach, gdy trzeba było utrzymać dom i dzieci, zaspokajać cudze potrzeby, kompletnie inne od moich. Ale tu jego funkcja nie jest już potrzebna. Niestety, z biegiem czasu stał się częścią mojej osobowości, automatem, kształtującym moje postępowanie na poziomie podświadomym.
Zrozumiałam, że NIE MA RÓŻNICY między moim starym życiem, a nowym. Różni się tylko zdrowe środowisko i czystość od chemii jedzenia jakie spożywam, oraz dostęp do wielkiej rozmaitości dobrej jakości ziół.
Jak bardzo prawdziwe jest powiedzenie, że możesz uciec na koniec świata, ale zawsze zabierzesz tam siebie z całym majdanem swoich programików-demoników, które ułożą twoje życie tak samo jak w miejscu, z którego odszedłeś.
Wiele programów przy okazji przeprowadzki na wieś, udało mi się zlokalizować i usunąć, ale nie ten. Ten jest wczepiony mackami w całe moje życie, gadzina podstępna jest i wcementowana u samej podstawy. Zadowolona jest, jak padnę z wysiłku na koniec dnia i nie będę miała czasu zająć się sobą jako człowiekiem, no i... zastanowić się nad nią.
Zadowolona jest również, jak mam do opieki coś wymagającego stałej uwagi.
Kozy :), planowałam jeszcze nie tak dawno drób.....
Na czas jednak zlokalizowałam mackowatego demonika.
Plany co do drobiu poleciały w niebyt, a kozy do nowych właścicieli.
Po podjęciu decyzji o pozbyciu się kóz, nagle, w przeciąg kilku dni znaleźli się chętni ma moje zwierzaki. W miejscu gdzie nikt nie hoduje kóz, gdzie ciężko je sprzedać lub zdobyć. Jest to znak prawidłowości decyzji.
Maluchy są w tej samej wsi, a po Lalkę i Wandzię przyjechał znienacka samochód o zmroku. Dwa dni po oddaniu koźląt.
Łąka jest w barterowej "dzierżawie" (za stałą pomoc w ogarnięciu peryferii posesji), a ja odzyskałam wolność programowania sobie czasu i wyrwałam kotwicę z podłoża :)
Wszystko co się działo w moim gospodarzeniu, było podporządkowane rytmowi kóz- ranne wstawanie, siano, karmienie, dojenie, pasienie, budowanie ogrodzeń, naprawianie boksów, przerabianie mleka, wychowywanie i pilnowanie przefajnych, ale niesfornycn maluchów... To kozy były ważne, a nie ja.
Ten model gospodarowania, można uznać w moim wypadku za przetestowany i odłożony na półkę.
Teraz mogę zajmować się tylko tym, po co tu przyszłam- ogrodem i ziołami (na sposób perma-kulturalny ;), a one będą pomocne w tym, co jest moim celem na drugą połowę życia: zajęcie się sobą, jako całością, jako człowiekiem. Chodzę do lasu dla przyjemności, a nie szybko- po coś. Nie mam codziennie mleka, którego w moim przypadku było za dużo, a to nie jest dobre dla zdrowia człowieka. Fakt, sery dojrzewające robione za pomocą grzybka tybetańskiego były przepyszne, właśnie dojadam ostatni w sałatce z pomidora i sałaty z młodym czosnkiem i świeżym cząbrem ;)
Po sprzedaży Wandy i Lalki, nie spałam całą noc. Koziarnia ziała pustką i ta pustka wyrzucała mnie ze snu.
Lubiłam paskudną Wańdzię, łakomą, twardą i zdecydowaną wobec stadka, ale grzeczną i układną wobec mnie.
Moje gospodarzenie można teraz nazwać defensywnym ;)
Najmniejsza linia oporu przy największych, możliwych do uzyskania korzyściach.
Korzyścią dla mnie jest swobodna możliwość przejścia na typowo wegański i w miarę czasu witariański tryb żywienia, oraz uzyskanie czasu na niewymuszoną koniecznością ciągłej pracy zróżnicowaną aktywność fizyczną oraz odpoczynek, które są dyktowane wewnętrzną potrzebą, a nie zegarkiem i obowiązkiem.
I sobie tez życzę minimum całego wieku, w doskonałej kondycji- (by móc wleźć na drzewo po upatrzone jabłko :), w zdrowiu, klarowności umysłu i słonecznej równowadze ducha...., ponieważ poważnie podejrzewam, że warstw oprogramowania do zdjęcia jest jeszcze więcej, a ciekawska natura wodnika bardzo chce wiedzieć, co jest na samiuśkim spodzie, popiół czy diament :)
"Półwiecznego" brzmi poważnie, bo to przełom jest całego stulecia, którego to stulecia dożyć życzę każdemu w doskonałej kondycji- (by móc wleźć na drzewo po upatrzone jabłko :) zdrowiu, klarowności umysłu i słonecznej równowadze ducha.
Otóż wydawało by się, że nic się nie dzieje, że czas płynie trybem wstępnie ustalonym dla mojego wiejskiego życia, że praca przy ziemi, kozach, prostuje moja pokręconą miejskimi warunkami duszę, ściera niszczące mnie oprogramowanie i odnawia ciało, tak.
I nie.
Otóż od jakiegoś czasu zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, ze zatrzymałam się w pół drogi, co ja mówię, w ćwierć drogi niespełna, a całą moją uwagę i energię zabierają sprawy gospodarskie. Wszystkie wydarzenia które spychały moją uwagę i ukierunkowanie sił z tego toru, traktowałam jako przeszkodę.
Prosto rzecz ujmując, próbowałam obrastać. Zamiast upraszczać, komplikowałam, układając plany rozwoju gospodarstwa w takim, albo innym kierunku.
Nie zdałam sobie z tego sprawy na poziomie umysłu, lecz odczułam bierny opór wewnętrzny, smolistość i ciężkość. Po spokojnym rozpakowaniu problemu, wyłoniła się przyczyna: ONA, podstępna rutyna.
Mechaniczność, zegarek, kalendarz, przymus.
Zrozumiałam, że przeniosłam tu ze starego życia jeden z programów, który nie jest dobry dla ciała i umysłu.
Program ten nakazywał mi zawsze skierowanie uwagi na zewnętrzną stronę istnienia, ustanawiał ją najwyższym priorytetem w hierarchii.
Pojawił się i zdawał egzamin w czasach, gdy trzeba było utrzymać dom i dzieci, zaspokajać cudze potrzeby, kompletnie inne od moich. Ale tu jego funkcja nie jest już potrzebna. Niestety, z biegiem czasu stał się częścią mojej osobowości, automatem, kształtującym moje postępowanie na poziomie podświadomym.
Zrozumiałam, że NIE MA RÓŻNICY między moim starym życiem, a nowym. Różni się tylko zdrowe środowisko i czystość od chemii jedzenia jakie spożywam, oraz dostęp do wielkiej rozmaitości dobrej jakości ziół.
Jak bardzo prawdziwe jest powiedzenie, że możesz uciec na koniec świata, ale zawsze zabierzesz tam siebie z całym majdanem swoich programików-demoników, które ułożą twoje życie tak samo jak w miejscu, z którego odszedłeś.
Wiele programów przy okazji przeprowadzki na wieś, udało mi się zlokalizować i usunąć, ale nie ten. Ten jest wczepiony mackami w całe moje życie, gadzina podstępna jest i wcementowana u samej podstawy. Zadowolona jest, jak padnę z wysiłku na koniec dnia i nie będę miała czasu zająć się sobą jako człowiekiem, no i... zastanowić się nad nią.
Zadowolona jest również, jak mam do opieki coś wymagającego stałej uwagi.
Kozy :), planowałam jeszcze nie tak dawno drób.....
Na czas jednak zlokalizowałam mackowatego demonika.
Plany co do drobiu poleciały w niebyt, a kozy do nowych właścicieli.
Po podjęciu decyzji o pozbyciu się kóz, nagle, w przeciąg kilku dni znaleźli się chętni ma moje zwierzaki. W miejscu gdzie nikt nie hoduje kóz, gdzie ciężko je sprzedać lub zdobyć. Jest to znak prawidłowości decyzji.
Maluchy są w tej samej wsi, a po Lalkę i Wandzię przyjechał znienacka samochód o zmroku. Dwa dni po oddaniu koźląt.
Łąka jest w barterowej "dzierżawie" (za stałą pomoc w ogarnięciu peryferii posesji), a ja odzyskałam wolność programowania sobie czasu i wyrwałam kotwicę z podłoża :)
Wszystko co się działo w moim gospodarzeniu, było podporządkowane rytmowi kóz- ranne wstawanie, siano, karmienie, dojenie, pasienie, budowanie ogrodzeń, naprawianie boksów, przerabianie mleka, wychowywanie i pilnowanie przefajnych, ale niesfornycn maluchów... To kozy były ważne, a nie ja.
Ten model gospodarowania, można uznać w moim wypadku za przetestowany i odłożony na półkę.
Teraz mogę zajmować się tylko tym, po co tu przyszłam- ogrodem i ziołami (na sposób perma-kulturalny ;), a one będą pomocne w tym, co jest moim celem na drugą połowę życia: zajęcie się sobą, jako całością, jako człowiekiem. Chodzę do lasu dla przyjemności, a nie szybko- po coś. Nie mam codziennie mleka, którego w moim przypadku było za dużo, a to nie jest dobre dla zdrowia człowieka. Fakt, sery dojrzewające robione za pomocą grzybka tybetańskiego były przepyszne, właśnie dojadam ostatni w sałatce z pomidora i sałaty z młodym czosnkiem i świeżym cząbrem ;)
Po sprzedaży Wandy i Lalki, nie spałam całą noc. Koziarnia ziała pustką i ta pustka wyrzucała mnie ze snu.
Lubiłam paskudną Wańdzię, łakomą, twardą i zdecydowaną wobec stadka, ale grzeczną i układną wobec mnie.
Moje gospodarzenie można teraz nazwać defensywnym ;)
Najmniejsza linia oporu przy największych, możliwych do uzyskania korzyściach.
Korzyścią dla mnie jest swobodna możliwość przejścia na typowo wegański i w miarę czasu witariański tryb żywienia, oraz uzyskanie czasu na niewymuszoną koniecznością ciągłej pracy zróżnicowaną aktywność fizyczną oraz odpoczynek, które są dyktowane wewnętrzną potrzebą, a nie zegarkiem i obowiązkiem.
I sobie tez życzę minimum całego wieku, w doskonałej kondycji- (by móc wleźć na drzewo po upatrzone jabłko :), w zdrowiu, klarowności umysłu i słonecznej równowadze ducha...., ponieważ poważnie podejrzewam, że warstw oprogramowania do zdjęcia jest jeszcze więcej, a ciekawska natura wodnika bardzo chce wiedzieć, co jest na samiuśkim spodzie, popiół czy diament :)
sobota, 15 marca 2014
Tarot, ganek i przedwiośnie
Długie przedwiośnie ma swoje zalety, bo w prace sezonowe wchodzi sie powoli, można wykonać wiele prac na które w czasie bujnej wegetacji ogrodu i przyległych terenów nie ma czasu.
Majster od drewna zapadając w przedzimową hibernację zapomniał jesienią o moim ganku. Miał być wyremontowany przed zimą, żeby mróz do kuchni nocą się nie zakradał. Przypomniał sobie o nim teraz, w piękne słoneczne dni i niemal zdążył go z zewnątrz wykończyć przed prognozowanym załamaniem pogody. Jeśli w sobotę piękna aura jeszcze się utrzyma, może się uda. Majster rozwalił też bezsensowne przegródki wewnątrz ganku i jak zwykle przy takich okazjach było mnóstwo sprzątania i wynoszenia wiader gruzu, złomów drewna, kurz i siwy pył.
Przez te dni pomagałam przy ganku i zagospodarowywałam teren po rurociągowych jesiennych wykopkach. Z ziemią z wykopu ujrzało światło dzienne mnóstwo cegieł i gruzu po starym domu, który stał kiedyś obok mojej chaty. Gruz przydał się na utwardzenie nowego łagodniejszego podjazdu do domu. Przesadziłam też rozrośnięte krzewy szałwii w nowe miejsce i rozsadziłam lawendę w słonecznym miejscu. Posiałam sałatę, koper i szpinak, bo chłody im nie szkodzą. Wyłazi z ziemi szczypior siedmiolatki i małe listki szczawiu.
Rozplantowuję kretowiska. Kreciki zrobiły mi z podwórza pobojowisko. Z rekordowego wzgórka wyniosłam trzy dziesięciolitrowe wiadra ziemi.
Kozy się pasą na młodej trawie, ale długo nie wytrzymują na pastwisku. Wańdzia po niespełna czterech godzinach już uprasza o powrót pod dach i widać po jej pysku, że jest zmęczona słońcem. Wracamy więc gromadą do koziarni.
Była też u mnie gościem pierwsza wiosenna jaskółka, Iskierka, którą serdecznie pozdrawiam :)
Po bezchmurnym niebie przelatują co chwila patrolujące samoloty, a ich białe smugi rozpraszają się w czystym błękicie. Z zachodu na wschód i ze wschodu na zachód.
Ukraina.
Rzadko sięgam po Tarota. Czasem odczuwam potrzebę rozmowy z kartami. Nie robię rozkładów, tylko rozmawiam, to znaczy ja pytam, i otrzymuję kartę odpowiedź, czasem prosze o uściślenie odpowiedzi lub następne pytania wynikają z wyciągniętej karty.
Zapytałam o Ukrainę, czy będzie wojna na Ukrainie. Dostałam w odpowiedzi kartę Kapłanki, więc Tarot mówi że wojny nie będzie. To co się dzieje na Ukrainie ma głębsze podstawy, których nie uświadamiamy sobie do końca, ale ta karta też mówi, że wszelkie przemiany, choć mogą się wydawać bolesne, wiodą ku dobremu, czego teraz też Ukraińcy mogą nie dostrzegać.
Zapytałam więc po raz drugi, jakie plany ma Putin wobec tego kraju, jak się potoczy jego ingerencja.
W odpowiedzi została wylosowana karta Gwiazda. Karta ta ma wielce wymowne krótkie opisowe hasło: Powrót do źródeł. Czas przed świtem.
Wydaje się, że karty chcą zaznaczyć powrót Krymu do Rosji, o co postulowali (nieskutecznie) mieszkańcy Krymu tuż po rozpadzie ZSRR.
Może oznaczać również zajęcie dalszych części Ukrainy, ale zgodnie z charakterem karty Gwiazda, której patronką jest Wenus.
Wróżba mówi o powrocie do dawnych zamierzeń, które wreszcie można realizować po okresach porażek, ran i ciężkiej pracy. Zwiastuje początek twórczych działań.
Gwiazda z jej patronką- Wenus nie mówi o przemocy, ale o conajmniej dobrowolności. W tym kontekście Putin daje możliwość rozpoczecia związku Ukrainy z Rosją na nowo.
(prosze na mnie nie krzyczeć, mówię co powiedziały karty. Nie zajmuję się polityką, tylko stawiam Tarota)
No tak, przyszło mi do głowy zapytać też co będzie z nami, czyli z Polską.
Taka ciekawa się zrobiłam :)
Zapytałam więc tym razem, co planuje Putin względem Polski.
Wyszedł z talii Rycerz Buław, inaczej Kijów lub Pałek, jak niektórzy wolą.
Czyli planuje być Rycerzem Buław dla Polski. Karta oznacza Tego Który Czyni Swoją Wolę. Rycerze buław są aktywnym ogniem, działają by zwyciężać, nie boją się konfrontacji. Zapytałam więc (aż się boję Wam powiedzieć, no ale zapytałam to powiem) bo takie słuchy chodzą, o następnych rozbiorach, czy po część do Wisły sięgnie Rosja.
W odpowiedzi dostałam dwójkę denarów (lub monet jak kto woli).
Zacznę od tego, że jeśli karta monet wypada przy Rycerzu Buław, to bardzo wzmacnia jego siłę działania, jednocześnie pokazuje ukierunkowanie, czyli sposób działania.
Dwójka denarów to przynależność do organizacji, do struktur i hierarchii na pozycji podwładnego, gdzie trzeba przestrzegać określonych przepisów i pamiętać o swoim miejscu. Specyfika mojego rozmawiania z kartami, dotyczy nie tylko znaczenia kart wg koloru, numeru i nazwy, ale także mówi do mnie sam obraz. Dwójka monet na mojej talii to pajac machający dwiema chorągwiami, jedna czerwona (kolor kojarzony z byłym ZSRR, a druga niebieska- kolor kojarzony z Unią). No i ten numer- dwa.
Tak to właśnie.
Nooo, pomyślałam sobie, a co z zachodnią Polską? Upomną się o nią Niemcy czy nie, skoro pytam o A, zapytam o B.
I teraz właśnie zrobiło się bardzo ciekawie.
Z talii wyjrzała Królowa Buław, reprezentująca panią Merkel, kobietę dobrze wykonującą rzeczy na pokaz, lubiącą okazywać swoją moc, ale której zalezy na poklasku i sławie, bo te gwarantują jej utrzymanie stołka i życzliwość mocodawców. Drugą częścią odpowiedzi była - Uwaga: druga dwójka- dwójka buław. Hasłem tej karty jest: Szukam swego dopełnienia. Czyli zacieśnianie więzów, dla uzyskania energii do działania od drugiej połowy.
Obrazek na karcie, to długi pergamin zwisający z dwóch słupów, na którym są mapy, a odczytuje je i koryguje człowiek z piórem w ręce.
Naturalnym i logicznym następnym pytaniem jest : A Co NATO na to?
I wyszło oj wyszło: Piątka pucharów.
Hasło tej karty to: "Każdy ruch może być fałszywy i ostatni"
Piatki to przemoc, opór, rozpad, kres wytrzymałości, nadchodząca krawędź zdarzeń i przemiana, przy której można przepaść. Silne groźne uczucia żywione dla otoczenia. Piątka pucharów ma tez związek z katastrofami i awariami związanymi z wodą, z autodestrukcją, z akcjami na krawędzi zdrowego rozsądku, z zarażaniem paniką.
Tak mi Tarot określił NATO. ???
Zapytałam więc dlaczego tak i wyszła mi druga piątka! Piątka monet, mówiąca o tym, że koniec kasy. Karta mówi o biedzie, bankructwie. Idą trudne czasy i zaciskanie pasa, poprzestawanie na małym, szykowanie się na chude lata.
Więc NATO na to nic.
I taka to karciana baja na dobranoc.
Majster od drewna zapadając w przedzimową hibernację zapomniał jesienią o moim ganku. Miał być wyremontowany przed zimą, żeby mróz do kuchni nocą się nie zakradał. Przypomniał sobie o nim teraz, w piękne słoneczne dni i niemal zdążył go z zewnątrz wykończyć przed prognozowanym załamaniem pogody. Jeśli w sobotę piękna aura jeszcze się utrzyma, może się uda. Majster rozwalił też bezsensowne przegródki wewnątrz ganku i jak zwykle przy takich okazjach było mnóstwo sprzątania i wynoszenia wiader gruzu, złomów drewna, kurz i siwy pył.
Przez te dni pomagałam przy ganku i zagospodarowywałam teren po rurociągowych jesiennych wykopkach. Z ziemią z wykopu ujrzało światło dzienne mnóstwo cegieł i gruzu po starym domu, który stał kiedyś obok mojej chaty. Gruz przydał się na utwardzenie nowego łagodniejszego podjazdu do domu. Przesadziłam też rozrośnięte krzewy szałwii w nowe miejsce i rozsadziłam lawendę w słonecznym miejscu. Posiałam sałatę, koper i szpinak, bo chłody im nie szkodzą. Wyłazi z ziemi szczypior siedmiolatki i małe listki szczawiu.
Rozplantowuję kretowiska. Kreciki zrobiły mi z podwórza pobojowisko. Z rekordowego wzgórka wyniosłam trzy dziesięciolitrowe wiadra ziemi.
Kozy się pasą na młodej trawie, ale długo nie wytrzymują na pastwisku. Wańdzia po niespełna czterech godzinach już uprasza o powrót pod dach i widać po jej pysku, że jest zmęczona słońcem. Wracamy więc gromadą do koziarni.
Była też u mnie gościem pierwsza wiosenna jaskółka, Iskierka, którą serdecznie pozdrawiam :)
Po bezchmurnym niebie przelatują co chwila patrolujące samoloty, a ich białe smugi rozpraszają się w czystym błękicie. Z zachodu na wschód i ze wschodu na zachód.
Ukraina.
Rzadko sięgam po Tarota. Czasem odczuwam potrzebę rozmowy z kartami. Nie robię rozkładów, tylko rozmawiam, to znaczy ja pytam, i otrzymuję kartę odpowiedź, czasem prosze o uściślenie odpowiedzi lub następne pytania wynikają z wyciągniętej karty.
Zapytałam o Ukrainę, czy będzie wojna na Ukrainie. Dostałam w odpowiedzi kartę Kapłanki, więc Tarot mówi że wojny nie będzie. To co się dzieje na Ukrainie ma głębsze podstawy, których nie uświadamiamy sobie do końca, ale ta karta też mówi, że wszelkie przemiany, choć mogą się wydawać bolesne, wiodą ku dobremu, czego teraz też Ukraińcy mogą nie dostrzegać.
Zapytałam więc po raz drugi, jakie plany ma Putin wobec tego kraju, jak się potoczy jego ingerencja.
W odpowiedzi została wylosowana karta Gwiazda. Karta ta ma wielce wymowne krótkie opisowe hasło: Powrót do źródeł. Czas przed świtem.
Wydaje się, że karty chcą zaznaczyć powrót Krymu do Rosji, o co postulowali (nieskutecznie) mieszkańcy Krymu tuż po rozpadzie ZSRR.
Może oznaczać również zajęcie dalszych części Ukrainy, ale zgodnie z charakterem karty Gwiazda, której patronką jest Wenus.
Wróżba mówi o powrocie do dawnych zamierzeń, które wreszcie można realizować po okresach porażek, ran i ciężkiej pracy. Zwiastuje początek twórczych działań.
Gwiazda z jej patronką- Wenus nie mówi o przemocy, ale o conajmniej dobrowolności. W tym kontekście Putin daje możliwość rozpoczecia związku Ukrainy z Rosją na nowo.
(prosze na mnie nie krzyczeć, mówię co powiedziały karty. Nie zajmuję się polityką, tylko stawiam Tarota)
No tak, przyszło mi do głowy zapytać też co będzie z nami, czyli z Polską.
Taka ciekawa się zrobiłam :)
Zapytałam więc tym razem, co planuje Putin względem Polski.
Wyszedł z talii Rycerz Buław, inaczej Kijów lub Pałek, jak niektórzy wolą.
Czyli planuje być Rycerzem Buław dla Polski. Karta oznacza Tego Który Czyni Swoją Wolę. Rycerze buław są aktywnym ogniem, działają by zwyciężać, nie boją się konfrontacji. Zapytałam więc (aż się boję Wam powiedzieć, no ale zapytałam to powiem) bo takie słuchy chodzą, o następnych rozbiorach, czy po część do Wisły sięgnie Rosja.
W odpowiedzi dostałam dwójkę denarów (lub monet jak kto woli).
Zacznę od tego, że jeśli karta monet wypada przy Rycerzu Buław, to bardzo wzmacnia jego siłę działania, jednocześnie pokazuje ukierunkowanie, czyli sposób działania.
Dwójka denarów to przynależność do organizacji, do struktur i hierarchii na pozycji podwładnego, gdzie trzeba przestrzegać określonych przepisów i pamiętać o swoim miejscu. Specyfika mojego rozmawiania z kartami, dotyczy nie tylko znaczenia kart wg koloru, numeru i nazwy, ale także mówi do mnie sam obraz. Dwójka monet na mojej talii to pajac machający dwiema chorągwiami, jedna czerwona (kolor kojarzony z byłym ZSRR, a druga niebieska- kolor kojarzony z Unią). No i ten numer- dwa.
Tak to właśnie.
Nooo, pomyślałam sobie, a co z zachodnią Polską? Upomną się o nią Niemcy czy nie, skoro pytam o A, zapytam o B.
I teraz właśnie zrobiło się bardzo ciekawie.
Z talii wyjrzała Królowa Buław, reprezentująca panią Merkel, kobietę dobrze wykonującą rzeczy na pokaz, lubiącą okazywać swoją moc, ale której zalezy na poklasku i sławie, bo te gwarantują jej utrzymanie stołka i życzliwość mocodawców. Drugą częścią odpowiedzi była - Uwaga: druga dwójka- dwójka buław. Hasłem tej karty jest: Szukam swego dopełnienia. Czyli zacieśnianie więzów, dla uzyskania energii do działania od drugiej połowy.
Obrazek na karcie, to długi pergamin zwisający z dwóch słupów, na którym są mapy, a odczytuje je i koryguje człowiek z piórem w ręce.
Naturalnym i logicznym następnym pytaniem jest : A Co NATO na to?
I wyszło oj wyszło: Piątka pucharów.
Hasło tej karty to: "Każdy ruch może być fałszywy i ostatni"
Piatki to przemoc, opór, rozpad, kres wytrzymałości, nadchodząca krawędź zdarzeń i przemiana, przy której można przepaść. Silne groźne uczucia żywione dla otoczenia. Piątka pucharów ma tez związek z katastrofami i awariami związanymi z wodą, z autodestrukcją, z akcjami na krawędzi zdrowego rozsądku, z zarażaniem paniką.
Tak mi Tarot określił NATO. ???
Zapytałam więc dlaczego tak i wyszła mi druga piątka! Piątka monet, mówiąca o tym, że koniec kasy. Karta mówi o biedzie, bankructwie. Idą trudne czasy i zaciskanie pasa, poprzestawanie na małym, szykowanie się na chude lata.
Więc NATO na to nic.
I taka to karciana baja na dobranoc.
sobota, 21 września 2013
Bzowe Ucho
pada, leje, siąpi, dżdży, co kto lubi, do wyboru.
Znaczy się, przełamanie na jesień już przyszło.
Na czarnym bzie na miedzy wyrosły śliczne, brązoworóżowe prześwitujące uszy bzowe. Grzybki surrealistyczne, czarodziejsko- nierzeczywiste i jak najbardziej jadalne, a nawet lecznicze. Wyglądają jak miniaturowe ludzkie uszy. Są porównywane w swoich własciwościach i walorach smakowych do chińskich czarnych grzybów Mun, równiez należących do rodziny uszakowatych.
Zbieram więc ucho bzowe i susze w durszlaku na piecu. Schnie bez kłopotu na sztywne kosteczki.
Wypróbuję ich smak kiedy znajdę jakiś ciekawy przepis, a nadają się wszystkie przepisy w jakich występują grzyby Mun.
Ponoć próbowano z bzowego ucha robić kremy do twarzy ..hm?
Zdam realcję ;), chociaż moj świat ulega ciągłemu upraszczaniu sam z siebie i zamiast robic kremy jak kiedyś, wsmarowuję w siebie wyciągi ziołowe pojedynczo, lub mieszam je na poczekaniu na jednorazowe zużycie jak fantazja podpowie, nie bawiąc się w ukręcanie do odpowiedniej konsystencji.
Równie dużemu uproszczeniu uległa kuchnia. Często jakis posiłek jest zastępowany tym, co sobie znajdę pod drzewem lub wyrwę w ogródku.
Czy to lenistwo? być może, ale znajduję jakąś frajdę w upraszczaniu, które stało się niemal automatyczne i zdaję sobie sprawę jak daleko to zaszło w momencie przyjazdu gości, kiedy trzeba zająć się nieco kuchnią. Mieszanie dużej ilości składników w jedzeniu, wydaje mi się takie....bizantyjskie.
Zdaję sobie teraz w pełni sprawę, że więkzość życia ludzkiego kręci sie wokół jedzenia, a samo jedzenie jest nieodzownym składnikiem wszelkich ludzkich spotkań.
Macejko urósł, łapki u niego się wydłużyły, sierść w dotyku przypomina mięsisty śliski jedwab, bo obżarty jest jesiennymi myszorami i odnawianą ciągle zawartością kocich miseczek. Myszy już sam wynosi dumnie z patrolowanej koziarni, bo łowny z niego kocurek.
Potrafi zjeść mysz, zawartość miseczki, popić mlekiem, znów myszora, chrupki i mleko i zaraz wysępić kawałek chlebka, bodaj nawet suchego, a potem dojeść resztki z miseczki Barbarzynki, która go nienawidzi uczuciem szczerym i silnym, lecz opanowanym przez dobre(hm..) wychowanie.
No ale koci dzieć rośnie, coraz rzadziej ma napady wdrapywania się na człowieka i przytulania, za to wytrwale podpatruje rudego wiewióra który wtranżala orzechy włoskie z podwórkowego drzewa, zrzucając na ziemię grube zielone łupiny. Potrafi go tropić godzinami. Lubi także paść się z kozami-pogryzając perz i przebywac w ich bliskości. Sprytnie unika rogów łakomej Wańdzi, traktującej go jak konkurencję do michy.
Maciuś umie wydawać z siebie dziwny dźwięk, ni to głośnie mruczenie, ni to ćwierkanie, które cos robi ze splotem słonecznym człowieka, który skręca się wtedy jak połaskotana stopa.
Dźwięk ten wydaje, jak odzywa mu się diabełek za skórą i rusza z impetem narozrabiac ile się da, nawet za cene oberwania ścierką po tyłku ;)
Z Maciusia zamienia się w Pirania i Rzepióra.
leje, siąpi, dżdży od tygodnia, co przerwało wszelkie prace ogrodowe i przygotowawcze do zimy. Teraz tylko kuchnia- smażenie śliwek i jabłek, oraz leczo z zielonej papryki, bo dojrzeć nie zdążyła. W deszczu pojawiy się na niektórych brzydkie plamki, więc decyzja zapadła- smażę zieloną.
W zeszłym roku który nie był tak goracy i wystarczająco wilgotny jak ten, cała papryka dojrzała bez kłopotu, pomidory też. W tym wydawało by się ponad miarę upalnym 2013 nie zdążyły.
Jedyna papryka jaka dojrzała, to niespodzianka. Jedna z siewek ostrej małej papryczki(siana wprost do gruntu) wyrosła na półtora metra i obrodziła czerwonymi słodkimi papryczkami. Bardzo sa smaczne, lecz dziwo polega na tym, że na tej samej roślinie są słodkie tępo zakończone owoce na przemian ze zwykłymi podłużnymi ostro zakpńczonymi i ostrymi w smaku.
Zebrałam nasiona, zobaczymy co wyrośnie z nich w przyszłym roku.
Na wiosnę przyszłego roku zasieję pomidorki koktajlowe, bo pomimo że małe to są odporne na choroby i plenne aż do przymrozków.
Wypróbowałam tez przepis na kiszoną paprykę- jest kilka słoików. Zobaczymy jak smakuje, jeszcze nie wiem.
Lenistwo razem z deszczem na mnie napadło. Nawet jeść mi się nie chce. Wyjątek to zupa śliwkowo-jabłkowa, której gotuję po południu dwulitrowy garnek żeby na dwa dni starczyło, lecz kończy się ta zupa tego samego wieczoru niestety. Tak mi smakuje, że nie mogła bym pójść spać, wiedząc ze w garnku jeszcze coś jest.
Czego innego tknąć mi się nawet nie chce.
Napisze Wam jeszcze na co jest Ucho Bzowe, bo przepisy na potrawy z grzybów Mun, które można zastąpić Uchem Bzowym, są ogólnie dostępne.
I tak, grzyb ten pozwala wzmocnic się ludzkiemu umysłowi, daje odporność na choroby, wspomaga przy rekonwalescencji, nadciśnieniu, zwyrodnieniu naczyń krwionośnych, odmładza skórę, regeneruje włosy, przeciwdziała sklejaniu sie krwinek (rozrzedza krew), przynosi ulgę przy bólach np. zębów, brzucha, serca.
Najczęściej bierze się 3-5 gram suszonego Ucha, namacza się 12 godzin w pół litrze wody i robi z tego wywar w tej samej wodzie. Grzyby gotuje się na malutkim ogniu nawet do dwóch godzin i wypija to co zostało w dwóch dawkach w ciągu dnia.
Znaczy się, przełamanie na jesień już przyszło.
Na czarnym bzie na miedzy wyrosły śliczne, brązoworóżowe prześwitujące uszy bzowe. Grzybki surrealistyczne, czarodziejsko- nierzeczywiste i jak najbardziej jadalne, a nawet lecznicze. Wyglądają jak miniaturowe ludzkie uszy. Są porównywane w swoich własciwościach i walorach smakowych do chińskich czarnych grzybów Mun, równiez należących do rodziny uszakowatych.
Zbieram więc ucho bzowe i susze w durszlaku na piecu. Schnie bez kłopotu na sztywne kosteczki.
Wypróbuję ich smak kiedy znajdę jakiś ciekawy przepis, a nadają się wszystkie przepisy w jakich występują grzyby Mun.
Ponoć próbowano z bzowego ucha robić kremy do twarzy ..hm?
Zdam realcję ;), chociaż moj świat ulega ciągłemu upraszczaniu sam z siebie i zamiast robic kremy jak kiedyś, wsmarowuję w siebie wyciągi ziołowe pojedynczo, lub mieszam je na poczekaniu na jednorazowe zużycie jak fantazja podpowie, nie bawiąc się w ukręcanie do odpowiedniej konsystencji.
Równie dużemu uproszczeniu uległa kuchnia. Często jakis posiłek jest zastępowany tym, co sobie znajdę pod drzewem lub wyrwę w ogródku.
Czy to lenistwo? być może, ale znajduję jakąś frajdę w upraszczaniu, które stało się niemal automatyczne i zdaję sobie sprawę jak daleko to zaszło w momencie przyjazdu gości, kiedy trzeba zająć się nieco kuchnią. Mieszanie dużej ilości składników w jedzeniu, wydaje mi się takie....bizantyjskie.
Zdaję sobie teraz w pełni sprawę, że więkzość życia ludzkiego kręci sie wokół jedzenia, a samo jedzenie jest nieodzownym składnikiem wszelkich ludzkich spotkań.
Macejko urósł, łapki u niego się wydłużyły, sierść w dotyku przypomina mięsisty śliski jedwab, bo obżarty jest jesiennymi myszorami i odnawianą ciągle zawartością kocich miseczek. Myszy już sam wynosi dumnie z patrolowanej koziarni, bo łowny z niego kocurek.
Potrafi zjeść mysz, zawartość miseczki, popić mlekiem, znów myszora, chrupki i mleko i zaraz wysępić kawałek chlebka, bodaj nawet suchego, a potem dojeść resztki z miseczki Barbarzynki, która go nienawidzi uczuciem szczerym i silnym, lecz opanowanym przez dobre(hm..) wychowanie.
No ale koci dzieć rośnie, coraz rzadziej ma napady wdrapywania się na człowieka i przytulania, za to wytrwale podpatruje rudego wiewióra który wtranżala orzechy włoskie z podwórkowego drzewa, zrzucając na ziemię grube zielone łupiny. Potrafi go tropić godzinami. Lubi także paść się z kozami-pogryzając perz i przebywac w ich bliskości. Sprytnie unika rogów łakomej Wańdzi, traktującej go jak konkurencję do michy.
Maciuś umie wydawać z siebie dziwny dźwięk, ni to głośnie mruczenie, ni to ćwierkanie, które cos robi ze splotem słonecznym człowieka, który skręca się wtedy jak połaskotana stopa.
Dźwięk ten wydaje, jak odzywa mu się diabełek za skórą i rusza z impetem narozrabiac ile się da, nawet za cene oberwania ścierką po tyłku ;)
Z Maciusia zamienia się w Pirania i Rzepióra.
leje, siąpi, dżdży od tygodnia, co przerwało wszelkie prace ogrodowe i przygotowawcze do zimy. Teraz tylko kuchnia- smażenie śliwek i jabłek, oraz leczo z zielonej papryki, bo dojrzeć nie zdążyła. W deszczu pojawiy się na niektórych brzydkie plamki, więc decyzja zapadła- smażę zieloną.
W zeszłym roku który nie był tak goracy i wystarczająco wilgotny jak ten, cała papryka dojrzała bez kłopotu, pomidory też. W tym wydawało by się ponad miarę upalnym 2013 nie zdążyły.
Jedyna papryka jaka dojrzała, to niespodzianka. Jedna z siewek ostrej małej papryczki(siana wprost do gruntu) wyrosła na półtora metra i obrodziła czerwonymi słodkimi papryczkami. Bardzo sa smaczne, lecz dziwo polega na tym, że na tej samej roślinie są słodkie tępo zakończone owoce na przemian ze zwykłymi podłużnymi ostro zakpńczonymi i ostrymi w smaku.
Zebrałam nasiona, zobaczymy co wyrośnie z nich w przyszłym roku.
Na wiosnę przyszłego roku zasieję pomidorki koktajlowe, bo pomimo że małe to są odporne na choroby i plenne aż do przymrozków.
Wypróbowałam tez przepis na kiszoną paprykę- jest kilka słoików. Zobaczymy jak smakuje, jeszcze nie wiem.
Lenistwo razem z deszczem na mnie napadło. Nawet jeść mi się nie chce. Wyjątek to zupa śliwkowo-jabłkowa, której gotuję po południu dwulitrowy garnek żeby na dwa dni starczyło, lecz kończy się ta zupa tego samego wieczoru niestety. Tak mi smakuje, że nie mogła bym pójść spać, wiedząc ze w garnku jeszcze coś jest.
Czego innego tknąć mi się nawet nie chce.
Napisze Wam jeszcze na co jest Ucho Bzowe, bo przepisy na potrawy z grzybów Mun, które można zastąpić Uchem Bzowym, są ogólnie dostępne.
I tak, grzyb ten pozwala wzmocnic się ludzkiemu umysłowi, daje odporność na choroby, wspomaga przy rekonwalescencji, nadciśnieniu, zwyrodnieniu naczyń krwionośnych, odmładza skórę, regeneruje włosy, przeciwdziała sklejaniu sie krwinek (rozrzedza krew), przynosi ulgę przy bólach np. zębów, brzucha, serca.
Najczęściej bierze się 3-5 gram suszonego Ucha, namacza się 12 godzin w pół litrze wody i robi z tego wywar w tej samej wodzie. Grzyby gotuje się na malutkim ogniu nawet do dwóch godzin i wypija to co zostało w dwóch dawkach w ciągu dnia.
niedziela, 23 czerwca 2013
sobota, 4 maja 2013
Zarastamy
Zielenią zarastamy. Trawnik podwórkowy do niedawna płaski i ledwo zielony wypuszyściał, mokry rosą poranną oblepia wilgocią buty i nogawki spodni. Tylko patrzeć, a zakwitnie glistnik, wszędzie łebki z trawy wychylają stokrotki i fioletowe fiołki. Pokrzywa piękna i dorodna, nic tylko kosą kosić to cenne ziele i suszyć na zapas.
Kwitną i pachną dzikie mirabelki.
Kozy mają zieleniny do syta, pasą się od rana do wieczora, a Bazia weszła w fazę mleczną i zbliża się do pełni swojej wydajności. Będzie kozi ser :-)
Mój ulubiony to twaróg ze świeżym tymiankiem, oregano i czosnkiem.
Zazdroszcząc kozom zieleniny, robię dla siebie sałatki z podagrycznika z pokrzywą, ziarnopłonem, szczypiorem z siedmiolatki, albo z mniszkiem, miodunką, młodymi listkami czarnego bzu, gwiazdnicą.
Zastępują sałatę, która dopiero wykiełkowała. Zioła dodaję także do jajecznicy, do zup.
W ostatnich dniach kwietnia wjechał na ogród traktor i przygotowana została ziemia pod siew. Zaorane zostało bardzo dużo, o wiele więcej niż przy poprzednim ogrodzie , więc zapadła decyzja o posadzeniu dużej ilości ziemniaków. Na szczęście sadzarką. Są kozy, to zimą nadmiar zjedzą. Posiałam też więcej grochu i będzie więcej fasoli. Poza tym jak co roku cebula na przemian z marchwią, nieco pietruszki korzeniowej (naciową posiałam na ceglaku, bo jest wieloletnia), buraki, buraki naciowe i licząc na to że przymrozków nie będzie: ogórki, pomidory i paprykę. Poza tym różną wiosenną zieleninę, oraz kwiatki na rozsadę.
Posieję jeszcze dynię, cukinie i różne zioła. Wieloletnie na rozsadnik, a jednoroczne na docelowe miejsce.
W doniczkach mam już wykiełkowane wcześniej pomidory, a także krzewy jagód goji, których jestem bardzo ciekawa.
Dostałam tez od sąsiadów kilka sadzonek czarnej maliny i sadzonkę czerwonych wielkoowocowych winogron. Winogrono posadziłam pod jabłonką, dającą co roku kilka podłej jakości jabłek. Drzewko posłuży za stelaż.
Kicia ma swoją grządkę na ceglaku. Wysiaduje na niej pasjami, ugniata futrzastym tyłeczkiem ziemię na klepisko i pograbuje łapką w ziemi. Na grządce rośnie kilka krzaczków kozłka lekarskiego, wydzielającego zapach waleriany ulubionej przez koty.
Przez opóźnioną wiosnę, spiętrzyły się wszystkie prace i nie zdążyłam zadbać o posadzenie żywopłotu. Może uda się jesienią, jeśli będzie długa i ciepła.
W święta majowe przyjechali zapowiedziani goście i siedząc z nimi przy dużym kuchennym stole, nagle pojawiło się we mnie odczucie deja vu, że kiedyś już ta sytuacja miała miejsce i że ich wszystkich znam, choć naprawdę widzieliśmy się po raz pierwszy. To samo uczucie miał jeden z uczestników zjazdu. Dom i kuchnia z płonącym pod płytą pieca ogniem, były mu dziwnie znajome.
Przy pożegnaniu umówiliśmy się na następne spotkania.
Pierwsza wiosenna burza w naszej okolicy przyszła wczorajszego wieczoru z wielkim hukiem, błyskawicami i ogromną zlewą. Tym samym zaczęła się u nas Prawdziwa Wiosna.
Kwitną i pachną dzikie mirabelki.
Kozy mają zieleniny do syta, pasą się od rana do wieczora, a Bazia weszła w fazę mleczną i zbliża się do pełni swojej wydajności. Będzie kozi ser :-)
Mój ulubiony to twaróg ze świeżym tymiankiem, oregano i czosnkiem.
Zazdroszcząc kozom zieleniny, robię dla siebie sałatki z podagrycznika z pokrzywą, ziarnopłonem, szczypiorem z siedmiolatki, albo z mniszkiem, miodunką, młodymi listkami czarnego bzu, gwiazdnicą.
Zastępują sałatę, która dopiero wykiełkowała. Zioła dodaję także do jajecznicy, do zup.
W ostatnich dniach kwietnia wjechał na ogród traktor i przygotowana została ziemia pod siew. Zaorane zostało bardzo dużo, o wiele więcej niż przy poprzednim ogrodzie , więc zapadła decyzja o posadzeniu dużej ilości ziemniaków. Na szczęście sadzarką. Są kozy, to zimą nadmiar zjedzą. Posiałam też więcej grochu i będzie więcej fasoli. Poza tym jak co roku cebula na przemian z marchwią, nieco pietruszki korzeniowej (naciową posiałam na ceglaku, bo jest wieloletnia), buraki, buraki naciowe i licząc na to że przymrozków nie będzie: ogórki, pomidory i paprykę. Poza tym różną wiosenną zieleninę, oraz kwiatki na rozsadę.
Posieję jeszcze dynię, cukinie i różne zioła. Wieloletnie na rozsadnik, a jednoroczne na docelowe miejsce.
W doniczkach mam już wykiełkowane wcześniej pomidory, a także krzewy jagód goji, których jestem bardzo ciekawa.
Dostałam tez od sąsiadów kilka sadzonek czarnej maliny i sadzonkę czerwonych wielkoowocowych winogron. Winogrono posadziłam pod jabłonką, dającą co roku kilka podłej jakości jabłek. Drzewko posłuży za stelaż.
Kicia ma swoją grządkę na ceglaku. Wysiaduje na niej pasjami, ugniata futrzastym tyłeczkiem ziemię na klepisko i pograbuje łapką w ziemi. Na grządce rośnie kilka krzaczków kozłka lekarskiego, wydzielającego zapach waleriany ulubionej przez koty.
Przez opóźnioną wiosnę, spiętrzyły się wszystkie prace i nie zdążyłam zadbać o posadzenie żywopłotu. Może uda się jesienią, jeśli będzie długa i ciepła.
W święta majowe przyjechali zapowiedziani goście i siedząc z nimi przy dużym kuchennym stole, nagle pojawiło się we mnie odczucie deja vu, że kiedyś już ta sytuacja miała miejsce i że ich wszystkich znam, choć naprawdę widzieliśmy się po raz pierwszy. To samo uczucie miał jeden z uczestników zjazdu. Dom i kuchnia z płonącym pod płytą pieca ogniem, były mu dziwnie znajome.
Przy pożegnaniu umówiliśmy się na następne spotkania.
Pierwsza wiosenna burza w naszej okolicy przyszła wczorajszego wieczoru z wielkim hukiem, błyskawicami i ogromną zlewą. Tym samym zaczęła się u nas Prawdziwa Wiosna.
wtorek, 16 kwietnia 2013
Międzyczasem
Wczoraj było pochmurno i niezbyt ciepło, ziemia jeszcze mokra z łachami śniegu gdzieniegdzie.
Po południu zjawił się sąsiad z piłą spalinową, bo miała być ścięta jedna odnoga rozszczepionej jabłonki, grożąca odłamaniem.
Pień został obcięty, pocięty na klocki, i przyszła kolej na stare, nie owocujące śliwy. Na wpół suche, wysokie, porośnięte mchem, z miotłą liści na czubku. Narobiło się sporo drewna do wędzarki, a chaszcze przejaśniały.
Sąsiad poszedł, a ja zabrałam się za ściąganie gałęzi z wycinki, noszenie klocków drewna i sprzątanie obejścia. Kozom dostały się gałęzie do objedzenia. Obgryzione powędrują na stos ogniska.
Po całym niemal dniu na dworze, wieczorem zrobiło mi się bardzo zimno, aż do kości. Rozpaliłam w ścianówce, a jak się nagrzała, stałam przytulona do niej plecami chyba dwie godziny, odmawiając mantry dziękczynne do kaflaka zanim odważyłam się oderwać ;)
Dzisiaj dzień przywitał się pięknym słoneczkiem i ciepłem.
Rano szybko kawa z kozim mlekiem, a potem jeszcze jedna kawa z mlekiem i idę na inspekcję ceglano-ziołowej górki, która wyłoniona spod kożucha śniegu zdążyła już obeschnąć. Cebula siedmiolatka ma już śliczny blado-zielony szczypior. Niedługo będzie się nadawała do podskubania na kanapki. Szczaw wypuścił listeczki, lebiodka-oregano przezimowała pod śniegiem. Jest wymięta i nieco złachana, ale po poruszeniu ziemi i pędów ogrodniczymi pazurkami, zaczęła nabierać wyglądu. Ślicznie wyglądają zimozielone goździki, o wąskich niebieskozielonych liściach. Wyłażą też małe czubki irysów, przesadzonych tam w zeszłym roku. Ładnie pod śniegiem przechował się tymianek.
Z ziemi wyłaniają się też pączki jeżówki purpurowej. Mam tylko kilka krzaczków, bo na rozsadniku gołębie sąsiada ją wyjadły, razem z siewkami kozłka lekarskiego. Uchowało się po kilka roślinek jednego i drugiego. Teraz zaczynają wegetację. Dosieję niedługo na górkę wieloletnia pietruszkę naciową, by mieć zieleninę na wiosnę najwcześniej jak się da. Jeszcze jest dużo miejsca dla przybyszów.
Po inspekcji górki, wzrok mój padł na będącą w stanie ruiny konstrukcję kuchni letniej (już bez pieca w środku), pokrytą płatami zardzewiałej blachy. . Skręciłam do domu i wyszłam z powrotem w rękawicach roboczych, z siekierą w ręku. I to był koniec owej budowli. Słupy i dobre deski przydadzą się do naprawy ogrodzenia, żeby mi się kozy i domniemany drób który zamierzam mieć, nie urywały na degustację do ogrodu.
Jako że dochodziła jedenasta, czas był na śniadanie jakieś. A w zasadzie na śniadanio-obiad.
Na ogniu w garnku z wodą wylądowała szklanka ryżu, w tym czasie obieram cebulę i pokrojoną w cienkie ćwierć-talarki podduszam na oleju na patelni. Obieram surowego buraczka, ucieram na tarce, dodaję do niego posiekaną małą cebulę, nieco soli i domowego octu jabłkowego. Niech postoi i nabiera smaczku.
Połowę ugotowanego ryżu podsmażam razem z cebulką, na koniec wbijam jajko, posypuję solą i pieprzem, mieszam i dosmażam. Jedzonko gotowe.
Druga połowa ryżu będzie do pomidorowej na jutro. Jak doczeka.
Uwielbiam ryż.
Po obiedzie znów rękawice, grabki i pazurki. Wygrabiam podwórko z resztek po letniej kuchni i zabieram się za porządkowanie górki. O wpół do czwartej jest już bardzo porządną ziołową górką.
Idę zajrzeć do szczodraka i czosnku, który dosadziłam jesienią w międzyrzędziach.
Wszystko pięknie. Szczodrak ma nabrzmiałe pąki, a czosnek wypuścił kiełki. A w zasadzie wielkie kły. W tym miejscu jeszcze za wilgotno, by cokolwiek robić, ziemia lepi się do rąk i narzędzi. Nie całkiem też stopniał tam jeszcze śnieg.
Wchodzę do sieni w domu, odwracam się i spoglądam na nasłonecznione podwórko.
Jak senna zjawa wędruje poprzez nie dziki bażant.
Złoto połyskujący kolorowy pancerz z piór. Migotliwy klejnot. Rozgląda się ciekawie. Zauważa mój ruch, podrywa się ciężko do lotu, aby zniknąć za drzewem.
Czasem włączam radio. Denerwuje mnie zwykle po kilkunastu minutach. Właśnie mnie zdenerwowało. Wyłączam. Śpiewają ptaki.
Łapki bolą, oj bolą.
Może jeszcze pościągam gałęzie na jedną kupę i podpalę wygrabione resztki z trawnika. Może.
Najpierw napiję się kawy. Z kuchennego stołu spoglądają na mnie torebki z nasionami pomidorów i papryki. Może.
A moze bedę odpoczywać i zrobię conieco w Międzyczasie. Tak od niechcenia i mimochodem, co mi w oko i w ręce wpadnie.
Ale za to jutro, wyciągnę ze składziku pralkę "Franię", ustawię ją na ganku, naniosę zapas drewna do pieca, nastawiam garnków z wodą na kuchni, powyciągam miski i całe ciężkie pranie, jakiego nie dałam rady uprać zimą.
Nowe sznurki na podwórku już dziś rozciągnęłam i aby tylko słońce wyszło- upiorę cały dom.
A pojutrze, wymuruję z cegieł i glinianej zaprawy brakujący kawałek ściany przy kominie w ślepej sieni i połatam ubytki w glinianych tynkach. O ile odparuje i zagęści się zbyt rzadka glina. Już wygląda niemal dobrze.
My Polacy mamy dobrze. Istnieje u nas czas tajemny, niedostępny innym narodom. Tajemny, bo nie ujęty w gramatyce.
Jest to Międzyczas.
Dzięki niemu da się zrobić rzeczy, wydawało by się niewykonalne.
Na przykład robimy dwie rzeczy naraz, a w MIĘDZYCZASIE np rozciągamy sznurki na pranie i robimy kupę drobiazgów, które narodom nie posiadającym tajemnicy Międzyczasu, zajmują cały dzień.
Owocnych Wiosennych Międzyczasów życzę.
Po południu zjawił się sąsiad z piłą spalinową, bo miała być ścięta jedna odnoga rozszczepionej jabłonki, grożąca odłamaniem.
Pień został obcięty, pocięty na klocki, i przyszła kolej na stare, nie owocujące śliwy. Na wpół suche, wysokie, porośnięte mchem, z miotłą liści na czubku. Narobiło się sporo drewna do wędzarki, a chaszcze przejaśniały.
Sąsiad poszedł, a ja zabrałam się za ściąganie gałęzi z wycinki, noszenie klocków drewna i sprzątanie obejścia. Kozom dostały się gałęzie do objedzenia. Obgryzione powędrują na stos ogniska.
Po całym niemal dniu na dworze, wieczorem zrobiło mi się bardzo zimno, aż do kości. Rozpaliłam w ścianówce, a jak się nagrzała, stałam przytulona do niej plecami chyba dwie godziny, odmawiając mantry dziękczynne do kaflaka zanim odważyłam się oderwać ;)
Dzisiaj dzień przywitał się pięknym słoneczkiem i ciepłem.
Rano szybko kawa z kozim mlekiem, a potem jeszcze jedna kawa z mlekiem i idę na inspekcję ceglano-ziołowej górki, która wyłoniona spod kożucha śniegu zdążyła już obeschnąć. Cebula siedmiolatka ma już śliczny blado-zielony szczypior. Niedługo będzie się nadawała do podskubania na kanapki. Szczaw wypuścił listeczki, lebiodka-oregano przezimowała pod śniegiem. Jest wymięta i nieco złachana, ale po poruszeniu ziemi i pędów ogrodniczymi pazurkami, zaczęła nabierać wyglądu. Ślicznie wyglądają zimozielone goździki, o wąskich niebieskozielonych liściach. Wyłażą też małe czubki irysów, przesadzonych tam w zeszłym roku. Ładnie pod śniegiem przechował się tymianek.
Z ziemi wyłaniają się też pączki jeżówki purpurowej. Mam tylko kilka krzaczków, bo na rozsadniku gołębie sąsiada ją wyjadły, razem z siewkami kozłka lekarskiego. Uchowało się po kilka roślinek jednego i drugiego. Teraz zaczynają wegetację. Dosieję niedługo na górkę wieloletnia pietruszkę naciową, by mieć zieleninę na wiosnę najwcześniej jak się da. Jeszcze jest dużo miejsca dla przybyszów.
Po inspekcji górki, wzrok mój padł na będącą w stanie ruiny konstrukcję kuchni letniej (już bez pieca w środku), pokrytą płatami zardzewiałej blachy. . Skręciłam do domu i wyszłam z powrotem w rękawicach roboczych, z siekierą w ręku. I to był koniec owej budowli. Słupy i dobre deski przydadzą się do naprawy ogrodzenia, żeby mi się kozy i domniemany drób który zamierzam mieć, nie urywały na degustację do ogrodu.
Jako że dochodziła jedenasta, czas był na śniadanie jakieś. A w zasadzie na śniadanio-obiad.
Na ogniu w garnku z wodą wylądowała szklanka ryżu, w tym czasie obieram cebulę i pokrojoną w cienkie ćwierć-talarki podduszam na oleju na patelni. Obieram surowego buraczka, ucieram na tarce, dodaję do niego posiekaną małą cebulę, nieco soli i domowego octu jabłkowego. Niech postoi i nabiera smaczku.
Połowę ugotowanego ryżu podsmażam razem z cebulką, na koniec wbijam jajko, posypuję solą i pieprzem, mieszam i dosmażam. Jedzonko gotowe.
Druga połowa ryżu będzie do pomidorowej na jutro. Jak doczeka.
Uwielbiam ryż.
Po obiedzie znów rękawice, grabki i pazurki. Wygrabiam podwórko z resztek po letniej kuchni i zabieram się za porządkowanie górki. O wpół do czwartej jest już bardzo porządną ziołową górką.
Idę zajrzeć do szczodraka i czosnku, który dosadziłam jesienią w międzyrzędziach.
Wszystko pięknie. Szczodrak ma nabrzmiałe pąki, a czosnek wypuścił kiełki. A w zasadzie wielkie kły. W tym miejscu jeszcze za wilgotno, by cokolwiek robić, ziemia lepi się do rąk i narzędzi. Nie całkiem też stopniał tam jeszcze śnieg.
Wchodzę do sieni w domu, odwracam się i spoglądam na nasłonecznione podwórko.
Jak senna zjawa wędruje poprzez nie dziki bażant.
Złoto połyskujący kolorowy pancerz z piór. Migotliwy klejnot. Rozgląda się ciekawie. Zauważa mój ruch, podrywa się ciężko do lotu, aby zniknąć za drzewem.
Czasem włączam radio. Denerwuje mnie zwykle po kilkunastu minutach. Właśnie mnie zdenerwowało. Wyłączam. Śpiewają ptaki.
Łapki bolą, oj bolą.
Może jeszcze pościągam gałęzie na jedną kupę i podpalę wygrabione resztki z trawnika. Może.
Najpierw napiję się kawy. Z kuchennego stołu spoglądają na mnie torebki z nasionami pomidorów i papryki. Może.
A moze bedę odpoczywać i zrobię conieco w Międzyczasie. Tak od niechcenia i mimochodem, co mi w oko i w ręce wpadnie.
Ale za to jutro, wyciągnę ze składziku pralkę "Franię", ustawię ją na ganku, naniosę zapas drewna do pieca, nastawiam garnków z wodą na kuchni, powyciągam miski i całe ciężkie pranie, jakiego nie dałam rady uprać zimą.
Nowe sznurki na podwórku już dziś rozciągnęłam i aby tylko słońce wyszło- upiorę cały dom.
A pojutrze, wymuruję z cegieł i glinianej zaprawy brakujący kawałek ściany przy kominie w ślepej sieni i połatam ubytki w glinianych tynkach. O ile odparuje i zagęści się zbyt rzadka glina. Już wygląda niemal dobrze.
My Polacy mamy dobrze. Istnieje u nas czas tajemny, niedostępny innym narodom. Tajemny, bo nie ujęty w gramatyce.
Jest to Międzyczas.
Dzięki niemu da się zrobić rzeczy, wydawało by się niewykonalne.
Na przykład robimy dwie rzeczy naraz, a w MIĘDZYCZASIE np rozciągamy sznurki na pranie i robimy kupę drobiazgów, które narodom nie posiadającym tajemnicy Międzyczasu, zajmują cały dzień.
Owocnych Wiosennych Międzyczasów życzę.
sobota, 7 lipca 2012
Ogród w lipcu
Zdjęcia z ogrodu
Pomidory.
Marchew siana na przemian z cebulą. Robię tak zawsze. Cebula odstrasza
połyśnicę marchwiankę, a marchew zniechęca śmietkę cebulankę. Rośliny są
wyraźnie zdrowsze w swoim towarzystwie.
piątek, 6 lipca 2012
Jest upalnie
Od kilku dni upał śródziemnomorski, ponad 30 stopni, nieruchome powietrze. Dziś ruszył się rześki wiaterek i stało się znośnie.
Poszłam do ogrodu zobaczyć czy da się już podebrać nieco ziemniaczków spod krzaków. Dało się :)
Na obiad więc dzisiaj młode świeżutkie ziemniaki, biała rzodkiew (taka podłużna jak sopel lodu) ze szczypiorem i śmietaną, koperek do ziemniaków. Królewskie jedzenie prosto z ogrodu.
Ogóreczki już są malutkie, pomidory piękne, choć jeszcze zielone.
W zeszłym roku miałam tez piękne pomidory, ale strasznie zachwaszczone, bo musiałam wyjechać na miesiąc. Po powrocie wyrwałam wszystkie chwasty i było bardzo porządnie, jednak w przeciągu kilku dni pomidory zaczęły chorować i na koniec nic z nich nie zostało. Mądrzejsza o doświadczenie nie będę odchwaszczać w tym roku. Skoro lubią towarzystwo, to niech im będzie.
Powietrze drży od żaru i śpiewu. Ptaki i świerszcze w zmęczonej upałem trawie.
Poszłam do ogrodu zobaczyć czy da się już podebrać nieco ziemniaczków spod krzaków. Dało się :)
Na obiad więc dzisiaj młode świeżutkie ziemniaki, biała rzodkiew (taka podłużna jak sopel lodu) ze szczypiorem i śmietaną, koperek do ziemniaków. Królewskie jedzenie prosto z ogrodu.
Ogóreczki już są malutkie, pomidory piękne, choć jeszcze zielone.
W zeszłym roku miałam tez piękne pomidory, ale strasznie zachwaszczone, bo musiałam wyjechać na miesiąc. Po powrocie wyrwałam wszystkie chwasty i było bardzo porządnie, jednak w przeciągu kilku dni pomidory zaczęły chorować i na koniec nic z nich nie zostało. Mądrzejsza o doświadczenie nie będę odchwaszczać w tym roku. Skoro lubią towarzystwo, to niech im będzie.
Powietrze drży od żaru i śpiewu. Ptaki i świerszcze w zmęczonej upałem trawie.
niedziela, 20 maja 2012
Tańcowanie z gracką
Tak wygląda zasiany ogród na Końcu Świata w zachodzącym majowym słońcu.
Pomidory, sałata i papryka (papryka nie ujęta na zdjeciu) są z rozsady, reszta na wyścigi z chwastami kiełkuje z ziemi.
Gracowanie zasianych grządek i wytyczonych ścieżek oszczędza pracy na potem, a ogród wygląda porządnie. Oczywiście trzeba oznaczyć wysiane rzędy. Np.wsiać rzadko rzodkiewkę w rzędy długo kiełkujących roślin (np marchew) i już spokojnie można przetańczyć z gracką w międzyrzędziach.
Pomidory, sałata i papryka (papryka nie ujęta na zdjeciu) są z rozsady, reszta na wyścigi z chwastami kiełkuje z ziemi.
Gracowanie zasianych grządek i wytyczonych ścieżek oszczędza pracy na potem, a ogród wygląda porządnie. Oczywiście trzeba oznaczyć wysiane rzędy. Np.wsiać rzadko rzodkiewkę w rzędy długo kiełkujących roślin (np marchew) i już spokojnie można przetańczyć z gracką w międzyrzędziach.
Teraz to rozrabiaka i strażniczka.
Nowe światy Kota
Pierwszy listek Szczodraka Krokoszowatego
czwartek, 17 maja 2012
Po przeprowadzce
27 kwietnia...
I stało się :)
Przyjechałam na wieś z dorobkiem
zycia, obejmującym trzy pudełka książek: praktycznych, bo
beletrystyki już nie czytuję, komputer, dwie torby ubrań i kotkę.
Kotka jak najbardziej miejska,
wyłącznie mieszkaniowa, pańska skórka.
Aklimatyzacja Baśki nastąpiła
błyskawicznie. Szybko zorientowała się w otoczeniu i za ostoję
bezpieczeństwa uznała dom. Jeśli poczuje się zagrożona, biegnie
galopem do domu.
Założyła własne porządki na
podwórku, wyganiając kotkę sąsiadki. Dwa tutejsze kocury
dostąpiły przychylniejszego przyjęcia. Na ich widok nie zamienia
się w kulę furiackiego futra z lisim ogonem.
Pogoniła również psy sąsiadów.
Omijają teraz szerokim łukiem obejście domu. Przebywać na
podwórku pozwala tylko kasztanowatemu kundelkowi sąsiadki, z którym
poznałam ją osobiście.
Zmieniły się też jej nawyki
żywieniowe. W mieście tylko mięso raz lub dwa razy dziennie,
malutkie porcje z powodu chronicznego braku apetytu. Tutaj nie
gardzi również ziemniaczkami z tłuszczem. Pochłania kilka
posiłków bez marudzenia i przebierania. Cwaniara próbuje nawet
podkradać ze stołu, co w mieście nigdy się jej nie zdarzało.
Przybyła pewnie kilogram od przyjazdu na wieś i widzę, że czuje
się coraz szczęśliwsza i pewniejsza siebie.
Ciekawe czy będzie wiedziała co robi
się z myszami :).
Dzień po przyjeździe orka wiosenna i
bronowanie ziemi pod ogród i jak to się tutaj mówi: sadzenie
ogrodu. Trzeba to robić póki ziemia świeża i wilgotna, bo potem
wysycha.
Została posadzona cebula, (dużo),
posiana marchew, buraczki, szpinak, sałata, koper, rzodkiewka,
posadzone ziemniaki, a na dniach pojadę po rozsadę selera, porów,
kapusty, pomidorów, papryki, oraz kalafiora, a po 8 maja wysieję
fasolki, kukurydzę i ogórki.
Wiosną trzeba przygotować się do
zimy.
Piwnica ziemna to doskonały wynalazek.
O tej porze mam jeszcze z zeszłego roku jędrne i świeże
ziemniaki, marchew, selery, pietruszkę i buraki.
Osobne grządki zajęły zioła
wieloletnie, wysiane na rozsadę. Posadzę je jesienią obok domu, na
istniejącej już, jakby na zamówienie usypanej górce.
Szałwia, melisa, tymianek,
macierzanka, lubczyk i wiele innych. Spróbuję też zaaklimatyzować
lawendę.
Kilka dni po posadzeniu ogrodu, ziemia
przypomina popiół. Czekamy na deszcz.
Piszę ten post do szuflady, bo nadal
nie mam tu internetu. Jest możliwe założenie neta i na dniach
sprawa powinna się wyklarować.
01.maja.
Burza kręci się wokół wsi.
Pada to z prawa, to z lewa, przychodzą wieści o deszczu z Zamościa,
a tutaj nic.
Deszcz przyszedł 3 maja. Piękna burza
z rzęsistą zlewą i ziemia w ogrodach zmieniła barwę z popielatej
na czarną. Wychyla się szczypior z posadzonej cebuli. Od tej pory
popaduje co jakiś czas, na zmianę z pięknym słońcem i puchatymi
mlecznobiałymi poduchami chmur.
W zeszłym roku posiałam z ciekawości
zimową sałatę i okazało się to bardzo udanym posunięciem.
Mam gotową rozsadę w takiej ilości,
że wysadziłam 100 sałat i rozdaję sadzonki wszystkim chętnym
wokół.
Zimowy szpinak też zdał egzamin. Pani
Ala ugotowała z niego miejscowy specjał zwany włokiem. Ciekawa
zbieżność z nazwą naczynia wook.
Na włok można użyć wszelkiej młodej
zieleniny jaka nadaje się do spożycia. Tak więc wykonuje się go
tu z lebiody, szpinaku, pokrzywy, naci buraka, (dla odmiany smaku
można dorzucić nieco szczawiu) i jak się dowiem z czego jeszcze,
to dopiszę, a teraz sposób wykonania włoka.
Młode rośliny (sporo, bo tracą na
objętości) trzeba przebrać i dokładnie opłukać, po czym
pogotować chwilę w niewielkiej ilosci wody. Do donicy (makutry)
wrzuca się drobno pokrojony czosnek, szczypior i ze szczyptą soli
uciera pałką na masę. Lekko odcedzić obgotowane rośliny i
dorzucić je do makutry. Ucieramy wszystko pałką na jednolitą
szmaragdowozieloną pastę.
Teraz przygotowujemy na patelni
zasmażkę z mąki na smalcu z chrupiącymi skwarkami i jak jest już
gotowa, dodajemy zawartość makutry i podgrzewamy do zgęstnienia.
Można dodać łyżkę lub dwie kwaśnej śmietany.
Je się to z chlebem. Bardzo smaczne i
sycące danie.
Nasz włok był ze szpinaku i pokrzywy.
Ja tak opowiadam o deszczu i sadzeniu
ogrodu, o włoku i innych rzeczach i nie mogę dojść do sedna.
Chciałam opowiedzieć o roślinach
adaptogennych. To interesująca z punktu widzenia ludzkiej siły
zyciowej grupa roślin, zwanych „złotymi roślinami” Część z
nich jest znana i popularna w Polsce, a część jedynie poza
granicami naszego kraju. Te znane to żeń-szeń, aralia mandżurska,
różeniec górski, mniej znane to kosmaczek dzwonkowiec,
eleuterokok, cytryniec chiński oraz szczodrak krokoszowaty
(Rhaponticum
carthamoides), zwany inaczej leuzeą, rośliną
życia, korzeniem marala, a po chińsku lou-lu.
Co to jest adaptogen?
Adapto (z greckiego)
przystosować się, a gen ( z greckiego) -powodujący. Zgodnie
z nazwą adaptogen to substancja ułatwiająca przystosowanie się
organizmu do niekorzystnych warunków środowiskowych (Lazariew).
Posłużę się również definicją i
opisem innego rosyjskiego farmakologa i doktora medycyny holistycznej
Breckhmana: „adapotogen to substancja głównie pochodzenia
naturalnego, która musi być nieszkodliwa i może powodować
minimalne zmiany w psychicznych funkcjach organizmu, musi działać
niespecyficznie i wykazywać właściwości normalizujące. Obecnie
uważa się, że rośliny adaptogenne – to takie, które mają
normalizujący wpływ na ludzki ustrój, ale nie nadstymulujący, ani
nie blokujący normalnych jego funkcji, lecz działający raczej jako
tonicum.
Rośliny
adaptogenne stymulują rdzeń nadnerczy, wzmagając zdolność
przystosowawczą organizmu i odporność na przeciążenia”.
Mówiąc
po ludzku, rośliny adaptogenne nie powodują wypalenia resztek
nagromadzonej energii tak
jak stymulanty, (przykładowo
kawa), ale powodują
przemiany budujące
siłę i odporność na niekorzystne warunki, oraz powiększają
wydolność zarówno psychiczną jak i fizyczną, działając przy
tym korzystnie na całość ustroju.
Jakie warunki wg Lazariewa powinna spełniać roślina adaptogenna:
Zwiększenie
odporności ciała ludzkiego
na wysoką i niską
temperaturę, niedobór tlenu, hałas, wibracje, promieniowanie
radioaktywne, trucizny(zanieczyszczenia cywilizacyjne, chemiczne,
alkohol itp.), bakterie, wirusy, grzyby chorobotwórcze.
Adaptogen
powinien normalizować patologiczne procesy fizjologiczne organizmu,
nie wywierając jednocześnie
wpływu na te przebiegające prawidłowo.
Według innych badaczy złotych roślin,
adaptogeny posiadają zdolności wymiatania wolnych rodników,
ochraniające wątrobę i pomagające usuwać toksyny, normalizujące
cukier we krwi, wzmagające czujność i wydolność układu
odpornościowego.
Polepszają koncentrację psychiczną i
zapamiętywanie, zmniejszają nerwowość i wybuchowość,
normalizują sen, powodują samoistny wzrost witalności i siły
mięśni, są pomocne przy zaburzeniach funkcji seksualnych,
zmniejszają pociąg do alkoholu i potrzebę uzywania cukru.
Mają działanie anaboliczne,
zwiększają wydolność pracy fizycznej i umysłowej, dają pogodę
ducha.
Napiszę teraz coś bardzo ciekawego o
tych roślinach. Otóż naukowcy starali się z każdej z nich
wyizolować substancję chemiczną decydującą o jej działaniu. I
co? I nic.
Działanie wykazuje tylko i wyłącznie
cała roślina, lub jej część jaka jest przeznaczona tradycyjnie
do użycia.
Innymi słowami: nie da się
opatentować związku chemicznego i sprzedawać go jako leku, bo
działa jedynie cały niepowtarzalny kompleks składników tych
wyjątkowych roślin.
Próby izolowania poszczególnych
związków chemicznych, dawały produkt nie działający, lub o
działaniu słabym i niepełnym.
Z tego też powodu nie powiodły się
próby standaryzacji składników adaptogenów (choć takie próby są
podejmowane), bo na dobrą sprawę nie wiadomo co tak działa i
dlaczego, więc nie wiadomo co standaryzować, a jednak wybitne i
niepodważalne działanie tych roślin było wykorzystywane przez
wieki historii człowieka z doskonałym skutkiem.
6 maja
Zatrzymam się dłużej na Szczodraku,
korzystając z leniwej majowej niedzieli , oraz z tego powodu, że
oprócz dobytku doczesnego i kota, przybyły ze mną na wieś
stratyfikowane ponad miesiąc w lodówce i kiełkujące już, nasiona
tej złotej rośliny.
Muszę powiedzieć, że jej właściwości
zadziałały mi mocno na wyobraźnię. Poszukiwałam tych nasion
prawie trzy lata, bo nie są łatwe do zdobycia.
Leuzea to roślina występująca
naturalnie jedynie na Ałtaju i Syberii. Gatunkowo jest bardzo stara,
bo jest reliktem plejstocenu. Dorasta do wysokości 150-180 cm, kwiat
ma pojedynczy, purpurowo-fioletowy, a nasiona zaczyna wydawać
zazwyczaj w trzecim roku życia.
Tradycyjnie z tej rośliny korzystała
przez wieki medycyna chińska, tybetańska i mongolska. Stamtąd też
pochodzi jej nazwa Lou-lu. Wykorzystywane były jej liście lub
korzenie (co najmniej trzyletnie). Po rozpadzie ZSRR, powodu sławnego
i niezawodnego działania (wykorzystanie w sporcie), zapotrzebowanie
na Szczodraka było tak duże, że niemal wytrzebiono jego naturalne
stanowiska. Sprzedawano wtedy z Rosji na zachód specyfiki z
mielonego korzenia rośliny. Szybko okazało się, że na masową
skalę nie da się wykorzystywać korzenia, więc sięgnięto po
liście, które okazały się równie cennym, a nawet zasobniejszym w
składniki czynne surowcem. Dodatkowym atutem było to, że plantacja
nie ulegała zniszczeniu. Nad badaniem składu i działania liści,
dr biologii Nikołaj
Piotrowicz Timofiejew, współpracownik Rosyjskiej Akademii Nauk
spędził 12 lat i opracował naukową metodę ich wykorzystywania.
Można
ją streścić w kilku słowach: suszone sproszkowane liście mają
najlepsze działanie, a ich skład okazał
się
korzystniejszy od składu korzenia.
Stąd
też sprzedawane preparaty z Leuzei, składają się wyłącznie
ze sproszkowanych liści, oraz (jeśli są tabletkowane) wypełniaczy,
sklejaczy itp. rzeczy uzywanych do produkcji tabletek.
Oprócz
Rosjan, badaniem wpływu Szczodraka
na organizm człowieka zajmują się najlepsi
biochemicy w
Stanach Zjednoczonych, Japonii UE,
Czechach
i Rosji.
Wtorek, 8 maja.
Dzień pod znakiem leśnych zwierząt.
Od rana sąsiedzi przynoszą wieści, komu dziki wyjadły posadzone
kartofle. Przez okno kuchenne widzę dorodnego zająca, jak w
deszczu, niespiesznie decyduje się przekicać drogę, by zniknąć
na przeciwległym wzgórzu.
Z lasu od strony debry z tupotem
wypadły dwie sarny. Odważniejsza pobiegła na moje obejście, ta
bardziej płochliwa zawróciła do lasu. Szkoda, że nie mam zwyczaju
nosić ze sobą aparatu fotograficznego. Jednak nie spaceruję sobie,
ale cały dzień ręce mam unurzane w ziemi. Trochę szkoda
delikatnego sprzętu.
Mszyce dobrały się do młodziutkich
śliwek. Szukam w notatkach szybkiego naturalnego środka i znajduję.
20 dkg świeżych liści mniszka namoczyć na 3 godziny w 5 litrach
wody, odcedzić i opryskiwać.
Narwałam, posiekałam, zalałam i
czekam teraz aż upłyną trzy godziny. Sprawdzimy efekty.
Niedziela 13 maja
Na dworze zimno jak w psiarni.
Wczoraj od rana był wielki duszny upał
i koszenie przerośniętego trawnika przed domem (a jest co kosić).
Końcówka koszenia i zgrabiania wypadła na lodowaty północny
wiatr i ciężkie chmury niosące zimny deszcz. Najpierw krótkie
spodenki zostały zamienione na długie, potem doszedł sweterek i
kamizelka z polaru. Ostatni kubeł skoszonej elektryczną kosiarką
trawy wylądował w miejscu planowanego kompostownika tuż przed
deszczem. Znalazłam podczas koszenia piękne kute z mosiądzu
strzemię. Wróżba ? :)
Dzisiaj zapaliłyśmy w piecu. W domu
miłe ciepło. Zapowiadają w radio przymrozki, a ja mądra mieszczka
posadziłam przed Zimną Zośką pomidory. Będę je musiała
przykryć na noc włókniną, aby przetrwały.
Szczodrak wypuścił liścienie z ziemi
i niektóre z roślinek mają już zaczątki pierwszych prawdziwych
liści.
Adaptogeny interesują mnie z powodu
inteligentnego działania, dopasowującego się do potrzeb
indywidualnych każdego organizmu. U człowieka zdrowego, powodują
umocnienie zdrowia i wzrost siły i odporności, oraz wydolności
umysłowej i fizycznej, a u człowieka z niedomaganiami, pozwala na
szybsze uporanie się z chorobami, a następnie wejście na
„prawidłowe obroty”. Mają zastosowanie u dzieci i u ludzi
starszych, są nieszkodliwe nawet przy przedawkowaniu.
Uważam, że człowiek jest zdolny żyć
bez chorób i w sprawności fizyczno-umysłowej, aż do naturalnej
śmierci. Czytałam nie raz o chińskich mędrcach i zielarzach,
dożywających wieku matuzalemowego w dobrym zdrowiu i kondycji.
Jestem zainteresowana osobiście, bo nawet powołując się na prawo
reinkarnacji, nie podoba mi się to, ze wszystko zapomnę i będę
zaczynać od początku jako niemowlę. Wolałabym wykorzystać to
życie w pełni do pisanego mi w gwiazdach końca najlepiej jak
potrafię, ucząc się i stosując uzyskaną wiedzę w praktyce.
Podobno komórki watroby są obliczone
na życie przez kilkaset lat, a my wykańczamy ją w lat
trzydzieści-czterdzieści.
Wracając do Szczodraka: literatura
rosyjska podaje http://leuzea.tiu.ru/
, że Szczodrak (Rhaponticum) reguluje układ nerwowy, hormonalny,
wzmaga siłę zmysłów, reguluje układ krążenia i układ
pokarmowy,, metabolizm i gospodarkę energią, odporność i
płodność kobiet i mężczyzn.. Kiedy występują odchylenia i
nieprawidłowości homeostazy, wyzwala samokontrolę organizmu i
mechanizm przywracania funkcji życiowych do optymalnych wartości.
Reguluje produkcję, wykorzystanie i
bilans konkretnych produktów przemiany materii,
poprawia obniżoną lub utraconą
odporność.
Szczodrak ma tonizujące, adaptogenne i
antyoksydacyjne działanie, usuwa reakcje alergiczne,
zapalenie skóry, astmę i choroby
autoimmunologiczne.
Normalizuje aktywność układu
hormonalnego organizmu, przywraca humoralną odporność komórkową,
ma nootropowe i psychoenergetyzujące działanie.
Poprawia jakość odbioru bodźców
docierających przez receptory zmysłów, daje doskonalszą pamięć
i wybitnie poprawia umiejętność logicznego myślenia, sprzyja
koncentracji, stymuluje uczenie się i aktywność mózgu.
Jest szczególnie skuteczny u osób
pod wpływem stresu oraz fizycznych czynników ekstremalnych.
Stosowany jako profilaktyczny środek
przy zmęczeniu mięśni i chronicznym zmęczeniu, przy problemach z
krążeniem krwi, z impotencją, zespołem napięcia
przedmiesiączkowego, wtórną niepłodnością, alkoholizmem.
Pobudza szybkie gojenie ran i urazów,
działa anaboliczne, przeciwdepresyjnie, przeciwbakteryjnie,
uzupełnia mikroelementy i witaminy.
Suszone sproszkowane liście Szczodraka
są podawane najwyższej klasy sportowcom (szczodrak nie jest
uznawany za środek dopingujący) - w celu poprawy wydajności
podczas treningu i uzyskiwania najlepszych możliwych wyników w
zawodach, oraz dla szybkiej rekonwalescencji po przeciążenia i
urazach, oraz dla zwiększenia rezerw energetycznych oraz potencjału
organizmu. Stosowany podczas intensywnego treningu sportowego w
warunkach ubogotlenowych.
Zastosowanie:
w medycynie alternatywnej –
jako afrodyzjak i adaptogen, anabolik,
antydepresant, środek krwiotwórczy, nootrop, środek tonizujący,
przeciwnowotworowy, gojący rany, przeciwsenny (nocne zmiany,
kierowcy, uczenie się itp.).
W naukowej medycynie-
wykorzystywany jest przy zaburzeniach
czynnościowych układu nerwowego, jako antydepresant, przy
zaburzeniach sercowo-naczyniowych, antykoagulant. Również ma
zastosowanie przy hiperglikemii, hipoglokemii, hiperlipidemii,
niedokrwistości, jako środek przeciwbólowy, u osób z
niedociśnieniem, jako środek antytoksyczny, przeciwnowotworowy, w
okresie rehabilitacji po chorobie;
W medycynie sportowej i wojskowej -
w celu poprawy przystosowania ciała
do wysokiej wydolności w stanach niedoborów zywieniowych,
tlenowych, w warunkach toksycznych, przy pokonywaniu ekstremalnego
fizycznego i psychicznego wysiłku;
w praktyce klinicznej – przy
uszkodzeniu sercowego (wieńcowego)układu krążenia, ośrodkowego
układu nerwowego i rozrodczego.
Jak stymulant gojenia się ran i
owrzodzeń, oparzeń.
Stymuluje libido i eliminuje dyskomfort
w życiu seksualnym;
W praktyce domowej, jako podręczny
środek -
przy zmęczeniu nerwowym i mięśniowym,
przy nałogu alkoholowym, impotencji, zespole napięcia
przedmiesiączkowego, wtórnej bezpłodności, jako środek
wzmacniający i pobudzający, gojenie ran, przeciwbakteryjny,
anaboliczny, nootropowy antystresowy, multiwitaminowy i uzupełniający
pierwiastki śladowe.
PRZECIWWSKAZANIA
Przeciwwskazań do stosowania
Rhaponticum carthamoides – brak.
Nieszkodliwy, nietoksyczny, działający
w sposób zdecydowany ale łagodny, nie powoduje uzależnień. Skutki
uboczne i szkodliwe działanie nie zostały zarejestrowane.
Substancje czynne nie mają działania poronnego. W doświadczeniach
na zwierzętach testowano wielokrotne przedawkowanie zielonej masy
przez długi czas, jednak nie miało to negatywnych następstw.
Należy jednak unikać długotrwałego
i niekontrolowanego zażywania leuzei, oraz wysokich dawek, ponieważ
nie można wykluczyć, powstania w takich wypadkach krótkotrwałego
podniesienia ciśnienia wewnątrzgałkowego, wzrostu amplitudy
skurczów serca, pobudzenia układu nerwowego oraz układu krążenia.
JAK ZAŻYWAĆ:
wieczorną dawkę wziąć co najmniej
3-4 godziny przed snem.
Unikać jednoczesnego zażywania
środków psychoaktywnych i nootropowych.
Kobiety ciężarne i karmiące matki,
oraz dzieci poniżej 12 lat powinny wstrzymać się od zazywania bez
konsultacji z lekarzem.
Wpływ na kierowców pojazdów: Zaleca
się dla kierowców w celu zwiększenia reakcji i uwagi
oraz niwelowania fizycznego i
psychicznego zmęczenia, oraz w nocy, jako śordek zapobiegający
zaśnięciu za kierownicą.
Interakcje:
Nie zaleca się
łączyć z innymi złotymi roślinami, w szczególności z cytryńcem
chińskim, i aralią wysoką, oraz roślinami i środkami
psychoaktywnymi, oraz kawą.
DAWKOWANIE
Szczodraka charakteryzuje znaczna
szerokość optymalnej dawki.
Pojedyncza dawka terapeutyczna to 25
mg / wielkość porównywalna do ziarnka pieprzu czarnego/
W sporcie 25-50 mg.
W szczególnych przypadkach jeszcze
więcej.
Sposób stosowania: Najlepiej doustnie,
w postaci suchego proszku „pod językiem”
można zaparzać również wrzątkiem,
jako dodatek do czarnej herbaty, w połączeniu z innymi ziołami w
formie herbaty ziołowej, oraz wyciągów alkoholowych i naparów
W razie potrzeby Szczodraka można
zażyć w każdej chwili:
Wieczorem przed nocną pracą, w celu
usunięcia zmęczenia i senności, oraz utrzymania wysokiej zdolności
do pracy,
Jeśli czujesz, że zaczynasz chorować,
weź częściej- co 3-4 godziny, zwiększając minimalną dawkę
W przypadku choroby pojedynczą dawkę
(25 mg), zaleca się zwiększyć 2 - 3 razy.
Dla sportowców o wysokim poziomie
procesów metabolicznych dawka może być zwiększana stopniowo do
4-10 razy. Przy tym duża dawka powinna być połączona z
odpowiednim obciązeniem fizycznym.
Okres przyjmowania nie jest
ograniczony. Można go przyjmować od 2 do 10 lat.
Zasadniczo proponuje się 1-2 dawki
(25-50mg) - rano, po południu i w godzinach wieczornych.
Znaczący wpływ osiąga się średnio
w 7 dni (indywidualnie od 1-10 dni)
Kuracja, w zależności od wielkości i
częstotliwość dawek może wynosić 30-60 dni, następnie zaleca
się zrobić sobie przerwę na 10-60 dni, po czym można wznowić
zazywanie szczodraka. Fizjologicznie ostatnie efekty interakcji
szczodraka z ludzkim ciałem występują od 1,5 do 2 miesięcy po
przerwaniu zażywania.
Przedawkowanie
Wpływ immuno-stymulujący nie
zwiększa się proporcjonalnie do dawki, więc nie ma sensu wychodzić
poza rozsądne dawkowanie.
Krótkoterminowe lub jednorazowe
przedawkowanie nie przynosi szkody, ale również nie zwiększa
efektów.
Przewlekłe stosowanie dużych dawek
szczodraka jest bezsensowne, gdyż nie przynosi zwiększonych
efektów, ale mogą wystąpić skutki uboczne w postaci
nadwrażliwości - nudności, biegunki, wymiotów, uczucia suchość
w ustach.
Objawy przedawkowania to: zwiększona
drażliwość, zaburzenia snu, kołatania serca, depresja.
Należy zachować ostrożność podczas
podawania szczodraka pacjentom z ciężkimi przewlekłymi chorobami
układu sercowo-naczyniowego (nadciśnienie tętnicze, ciężka
postać arytmii), w ostrych
chorobach zakaźnych, przewlekłej
chorobie nerek, niewydolności wątroby, przy zaburzeniach
psychicznych.
Przy powyższych niedomaganiach
dawkowanie dobrać indywidualnie, zaczynając od minimalnych ilości,
ostrożnie dodając lub w razie potrzeby ujmując 10-20% proszku,
monitorować stan w porozumieniu z lekarzem.
Poniedziałek 14 maja
Maliny, chwasty, chwasty, maliny,
maliny chwasty, chwasty w malinach i truskawkach i tak cały dzień
słuchając wielkiej leśnej ptaszarni medytująco, w gumiakach.
na koniec profilaktyczne okrycie
pomidorów agrowłókniną, kolacja, mycie gorącą wodą nagrzaną
na piecu, notatka i spać :)
Aha i kotka na mnie nakrzyczała bo
kazałam jej do domu, a wieczór taki piękny....
Goracy piec kuchenny pogodził ją z
losem.
Środa 16 maja
Dziś wyjazd do Hrubieszowa w celu
przepisania umowy o dostawy prądu na moje nazwisko, i przy okazji
zakup modemu internetowego. Nie miałam ochoty podpisywać stałej
umowy na dwa lata, więc wybrałam słabszy, ale dający swobodę
wyboru internet na kartę heyah.
Jest naprawdę słaby, ale do czytania
informacji, do bloga, do odwiedzania forum KodCzasu , poczty i do
gg wystarcza.
Subskrybuj:
Posty (Atom)