Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czarny bez. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czarny bez. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 czerwca 2016

Ona

Nie pisałam Wam, ale stałam się jakiś czas temu właścicielką maszyny do szycia.  Napadła na mnie ta maszyna i po nocach się śniła, a potem zmaterializowała się bezboleśnie i zajęła honorowe miejsce na stole w dużym pokoju.
Okazją dla mnie do nauki szycia stał się Dzień Dziecka - W ramach odwdzięczenia się za sąsiedzką pomoc, za maszyny sprawą pojawiła się na świecie Ona, prezent dla małej dziewczynki.To była pierwsza sensowna motywacja do nauki obchodzenia się z maszyną do szycia, wypróbowania jej funkcji, zmiany stopek, nawijania nici, robienia dziurek na guziki itp.

Szybka sesja zdjęciowa dziś z samego rana i Ona, jeszcze bez imienia, poszła na służbę :)
Fotki nie najlepsze, bo robione w pośpiechu.

Sweterek w paski na szydełku zrobiła Gorzka Jagoda :)











Ja i Maszyna rozumiemy się całkiem dobrze i pewnie niedługo przyjdzie czas  na szycie pierwszych prostych rzeczy, bo małe naprawy i poprawki różnych nadpruć i niedoskonałości odzieżowych mam już za sobą.

Zieleń szaleje, pierwszy pomidor (Sibirjak) otworzył żółte kwiatki.
Zeszły rok był Rokiem Pomidorów. Ten powinien nazywać się Rokiem Trawy, bo nie można przestać kosić.
Pod ściółkę ze skoszonej trawy na grządkach- odkąd straciłam kilka siewek ogórków, zaczęłam układać liście i młode pędy czarnego bzu, bo nornice nie znoszą tego zapachu. Jak dotąd jest spokój, a ściółka nie zmierzwiona przez te zwierzątka. Wydaje się więc, że to działa.
W zasadzie polecana jest gnojówka z bzu, jednak wilgotne liście pod ściółką z trawy też odpowiednio "pachną".




niedziela, 13 września 2015

Plony lata

Sporo czasu minęło od ostatniej relacji, więc najpierw o piecu.
Piec daje bardzo fajne ciepło. Inne nawet niż ciepło mojego byłego pieca kaflowego. Gorące cegły i glina emitują podczerwień nagrzewającą dom. Takie domowe słońce. Jest to ciepło inne niż kaloryferów, ponieważ nie nagrzewa bezpośrednio powietrza, lecz obiekty znajdujące się "w polu rażenia". Stąd stopy mam teraz ciągle gorące, a zawsze marzły. Bardzo miłe zaskoczenie.
Być może kaflowy nie dawał takiego dobrego ciepła choć bywał gorący, bo miał kafle pomalowane przez byłych właścicieli farbą olejną. Kilka warstw.

Piec nie jest żarłoczny, a po ok 2 godzinach palenia nie sposób dotknąć pierwszej komory, druga jest ciepła. Po zakończeniu dokładania, konsumuje jeszcze długo gorąco żaru i dopiero nabiera temperatury, a zarazem wyrównuje ją. Tego pieca nie wolno zakręcać zanim zje żar do końca, bo otrzymuje się węgiel drzewny.  Po 12 godzinach jest jeszcze gorący, a temperaturę ludzkiego ciała osiąga po ok 18 godzinach.
Narazie palę w nim raz na dobę z przerwami w cieplejsze dni, a na test mocniejszego rozgrzania drugiej komory przyjdzie czas, jak spadną temperatury. Będę palić w nim wtedy co 12 godzin.
Teraz chodzę po domu w koszulce i na bosaka, więc wystarczy.

Pomimo że nie jest to piec do gotowania, została wstawiona blacha żeliwna, która jest cały czas bardzo gorąca. Jeszcze kilka godzin od rozpalenia można powoli podgrzewać na niej jedzenie, a potem utrzymywać temperaturę, lub odparowywać powidła. Stoi tam gar z zawsze gorącą wodą do użytku domowego, oraz szklany dzbanek z wodą do picia. Fajnie zaparza się zioła, a herbata nie stygnie. Rano czeka ciepła woda do mycia.
Na szczycie pierwszej komory w kuchni, gdzie panuje mocne ciepło, urządziłam suszarkę na warzywa i owoce. Suszę teraz jabłka i pomidory. Cały szczyt komory zajmują trzy duże sita, jedno nad drugim, okryte gęstą muślinową firanką, żeby owocówki i inne latające stworzenia nie mogły się do tego dobrać. No bo się człowiek napracuje, a to przyleci i napaskudzi.
Maciusiowi udało się wytłumaczyć, że tam spał nie będzie.
Z nadejściem chłodniejszych dni i deszczów, Maciuś przestał wyglądać jak coś niedojedzonego przez mole i zapomnianego na strychu, a zaczął przypominać kota. Wyładniał, wygładził się i zaczął nabierać futra na nowy sezon, jak zwykle krótkiego na kilka milimetrów z tak gęstym podszerstkiem, że pewnie by nie przemókł wrzucony do wody.
W upalne lato futro miał wyskubane i nabite kurzem, a wojenne blizny i świeże rany nie dodawały mu urody.
Z ran na karku z ostatnich dni widać, że coś dużego próbowało go zjeść.

Ogród?
Ogrodu trochę się wstydzę, ale pocieszam się, że w to upalne lato nie ja jedna miałam trudności z pracą w takich temperaturach.
Pomidory? Poradziły sobie beze mnie. Nie podlałam ich wredna taka ani razu.
No ale jak pomidor ma konary grubości dziecięcego nadgarstka, to jakie ma korzenie?
W moim ogrodzie panowała w tym roku wolna amerykanka. Wygrały pomidory, wśród których świetnie dały sobie radę pory. Drugie miejsce przyznaję dyniom. Późno posiane, ale błyskają spod liści odcieniami miedzi, złotej żółci i zieleni.
One udusiły jarmuż, papryczki i troszkę ziół posianych w sąsiedztwie. Co tam się ulęgło, zobaczymy jak liście zaczną więdnąć, albo meteo postraszy przymrozkami.
Posiałam bezłuskową, uschiko kuri, piżmową i coś, czego nazwy nie pamiętam, mała, okrągła i pomarańczowa. Chyba amazonka.
Plonuje też patison, jakaś udana odmiana, bardzo smaczna. Duszony z cebulką i pomidorami jest wyjątkowo dobry.
Poza konkurencją jest cebula, ślicznie urosła, wielka jak w poprzednich latach, ale mało jej posadziłam, nie miałam przygotowanej ziemi. Rosła w truskawkach, a truskawki w połowie opędzlowały pędraki, potem pędraki załatwiła susza.
Mam dla truskawek już nowe miejsce, a na tym posadzę miętę, melisę i oregano. Pędraki nieszczególnie je lubią chyba. Miejsce dość pędrakowe jest.
Ogórki nieciekawie z powodu suszy.
Trochę ich jeszcze plonuje, więc spróbuję je ukisić bez gniazd nasiennych wspólnie z patisonem. To co dotychczas zebrałam, nadawało się do utarcia i zakiszenia na zupę, oraz zjedzenia na surowo. Wiele też zagapiłam z powodu pracy przy piecu, przecież zajęło to ponad miesiąc wyłącznej uwagi i solidnej pracy.
Kukurydza, o wstydzie jeszcze na grządkach, Będzie na suche ziarno.
Do marchwi, pietruszki i buraczków nie zagladałam, żeby im nie psuć homeostazy z chwastami ochraniającymi wilgoć. Podbierałam z brzeżku i wyglądają dobrze.
Teraz też nie odchwaszczam, bo już nie ma po co.
Można to nazwać "ogród dla leniwca" Po wiośnie nie robiłam w nim już nic, oprócz wynoszenia plonów.
A pomidory dały czadu :)
Te kilkanaście krzaków sprawiło mi masę radości, dając plony przepyszne i bogate. Jeszcze dziś (sobota) przyniosłam po trzech dniach nie zbierania ciutek ponad szesnaście kilo. W pełni sezonu na oko było to ponad 20 kilo co drugi-trzeci dzień.
Pierwsze owoce dojrzały około 20-go lipca, a z końcem lipca zaczęły wchodzić w pełnię owocowania, trwającą przez sierpień.
Przede wszystkim były jedzone na surowo. Jestem maniaczką pomidorów, a Iwi i Piotr którzy u mnie wtedy przebywali, a potem większość gości na szczęście także :)
Smak niesamowity. Na śniadanie do teraz jem około kilograma samych pomidorów posypanych lekko solą (na ten kilogram składają się dwa najładniejsze owoce). Samych, bez niczego. No czasem dodaję ząbek czosnku albo małą słodką cebulkę, i polewam olejem słonecznikowym, ale nic więcej, żadnego chlebka.
Pierwszeństwo przyznaję Róży Wiatrów (rosa vetrov) Różowy ogromy pomidor o wspaniałej konsystencji i smaku. Żadnej paciary z nasionami w środku. Skórka schodzi sama, tak samo jak we wszystkich tych pomidorach, które mam.
Nie musi się jej ściągać, no ale człowiek rozpustny bywa :)
Potem sama już nie wiem, który z nich lepszy. Smakuje równie dobrze chlebosolnyj, niedżwiedzia łapa, oraz korol gigantow, dający gładkie ogromne owoce.
Dziwny jest czarny z Tuły. Jest ciemnoczerwony z dużą zieloną piętką, tak że patrząc na niego z góry, ma się wrażenie, że jest zupełnie niedojrzały.
Smak przyjemny, jednak z uwagi na tą nierównomiernmość dojrzewania, raczej nie posieję go w przyszłym roku.
Nie posieję też Grzesia z Ałtaju. Mały owoc z dużymi gniazdami nasiennymi. Smak fajny, ale smaczniejsze są wcześniej wymienione.
No i Opałka. Inwazyjny i plenny. Owoce fajnie się suszą i to właśnie Opalkę suszę na piecu. Troche słabo dojrzewa, może potrzebuje osłon?

Sadziłam pomidory w gruncie, bez żadnej osłony. Dałam im tylko na początku paliki, takie zgrabne, jak się daje pomidorom, ale jak nie zaglądałam do nich bo budowaliśmy piec, to potem było za późno dać im coś większego. Opanowały wszystko razem z przejściami i pozrywały się ze sznurków.
Zbieranie owoców to streczing na 20m kw. Słupki które miały służyć pomidorom, służą mi do utrzymywania się w niewiarygodnych pozycjach przy sięganiu po owoce.

Wielkość pomidorów? Te odmiany które mam są wielkoowocowe (oprócz gregor iz altai, opalki i black from Tula)
Owoców od 60dkg do ponad kilograma było gdzieś 1/2, reszta nieco mniejsza. Plamy miało kilkanaście owoców z pierwszej dojrzewającej tury, a potem już zdrowe. Na te plamy nie pryskałam ich drożdżami, bo w takim gąszczu nie miało to sensu.
Nic im nie urywałam i przysięgam, że żadnemu pomidorowi nic nigdy nie urwę, oprócz owoców :)
Dam im dużo miejsca i solidnie podeprę, być może kratownica będzie dobrym rozwiązaniem (o ile uda mi się coś takiego skonstruować własnymi siłami).
Posadzę w jednym rzędzie i nie będę się bawić w naprzemienność w dwóch rzędach.
One same zadbają o wypełnienie wolnej przestrzeni. Tak jak Krystyna uważam, że pomidory same najlepiej wiedzą jak rosnąć, a dużo liści to dużo jedzenia dla owoców. I jak zauważyłam, nieprawda jest, że nie dojrzeją zawiązane owoce jeśli jest ich za dużo. Dojrzeją, moje zrobiły to w gruncie.
Porządnie wykształcone owoce mogą dojrzeć jeszcze w domu, jeśli się je zabierze przed przymrozkami.
Teraz padają deszcze i nie zauważyłam, żeby pomidorom zaszkodziła wilgoć.
Owoce leżące na ziemi są zdrowe, tak samo jak te wiszące wyżej.
Bardzo podobają mi się te odmiany.
Muszę Wam napisać, że mam dodatkowego amatora pomidorów, jakiś szczurek degustuje co któregoś owoca od kilku dni. (Maciuś ma oczywiście inne zajęcia ;) Najbardziej smakuje mu Opałka, bo zeżarł prosiak aż połowę dużego owocu.
Z innych wieści zwierzątkowych: Stały mieszkaniec podziemi trawnikowych, pieszczotliwie nazywany przeze mnie  Kretinkiem,  przeszedł sam siebie w wielkości kopców i uparł się je budować tuż przed wejściem do domu. Zabieram mu tą ziemię i wynoszę do zasypywania wałów tworzących nowe grządki, ale on sobie chyba mocno upodobał to miejsce.
Z obserwacji już wiem, że robi kopce wtedy, kiedy można spodziewać się deszczu. I pada. Zabiorę mu te kopce jak przeschną po opadach, na razie robię slalom, by nie wdepnąć w mokrą ziemię.

Co robię z taką ilością pomidorów? Jem do oporu i żałuję, że sezon się skończy (fantastyczna uczta, wymarzona od lat), rozdaję i przerabiam do słoików. Obdarowani chomikują nasiona na własny siew.
Ja tez zabezpieczam nasiona na przyszły rok, jednak rozważam jeszcze kupno nasion z pomidorowej doliny. Szczególnie chciała bym coś podobnego do Opałki, ale małego, żeby kroić tylko na pół  do suszenia. Opałka jednak ma spore owoce.

Przerabiałam śliwki czerwone mirabelki. Węgierki się nie udały tego roku. Jabłek też wiele nie mam (przemienność owocowania), stąd cenne jest każde jabłko jakie daje stara kosztela. Jej ususzone owoce są słodkie jak miód. Dobrze łagodzi też w dżemach kwaśność mirabelek.
Antonówka urodziła osiem owoców, zarezerwowanych do podrasowania soku z czarnego bzu. W zeszłym roku obłamały się jej gałęzie od urodzaju, zanim zdążyła dojrzeć.

No i tak to u mnie jest. Zapowiadało się i przyjeżdżało do mnie w tym roku sporo osób na dzień lub na kilka dni. I ciągle się to dzieje. Mam przyjemność znać teraz osobiście wielu fantastycznych ludzi.
 Ziół mało zebrałam z powodu pieca (dzięki Ani i Tomkowi zostały szybciej porobione ostatnie po-piecowe porządki koło domu), oraz robienia potrzebnych do przeżycia zimy zapasów. Czas sobie biegnie, a rączki do pracy są tylko dwie. Coś trzeba wybrać.

Nie ma we mnie pośpiechu, jest czucie, że wszystko dzieje się tak jak ma być.
I że to co się dzieje, jest dobre.
No i wdzięczność za każdy dzień, za taki w którym pada deszcz i taki w którym słońce piecze mirabelki w trawie i trzeba uważać, żeby sobie o nie bosych stóp nie poparzyć wieszając pranie na sznurze.
I za chłodne wieczory jakie przyniósł wrzesień, za asystę przy moich zajęciach i tańce radości Maćka i za to, że wiszą na krzewach jeszcze ostatnie kiście przejrzewającego czarnego bzu i że można jeszcze pójść po przesuszone jagody aronii których nikt już nie zbiera od lat, że kilka kilogramów żagwi łuskowatej urosło na pniu po starym drzewie na trawniku i była uczta i sporo słoików duszonego grzyba w pomidorach jest w szafie w spiżarce i pasta żagwiowa do chleba tez z pomidorami :), oraz suszona żagiew do nadania smaku warzywnym bulionom zimowym.


Operator internetu od dwóch tygodni "modyfikuje usługę" i sms doładowujący jest odrzucany systemowo. Prawdopodobnie wymusza porzucenie tej usługi na rzecz nowej, którą promuje. Na tej szybkości internetu jaka mam, nie mogę nawet wejść na zaplecze własnego bloga.

No cóż, cierpliwe oczekiwanie na "zmodyfikowanie usługi" nie przynosiło efektu Zmusiło mnie to do przyjęcia innej usługi operatora. Fakt faktem, modyfikacja nastąpiła, tyle że u mnie :)
No i mogę wreszcie wysłać nowy post.


niedziela, 23 marca 2014

Sobota

Porządki, porządki wokół domu od kilku dni. Wygrabianie trawników, cięcie zeszłorocznych gałęzi i dwa ogniska dla palenia resztek. Otoczenie wygładza się i nabiera właściwego kształtu, który jest dopełnieniem wiosennego słońca i ciepła. Kozy szczęśliwe na pastwisku, Macejko upierdliwie pomaga we wszystkich moich zajęciach, igły świerka Marszałka połyskują na lekkim wietrze, ptaki się nawołują ze wszystkich stron. Wieś cała sprząta i pali wiosenne ogniska.
Na szybki obiad- ugotowana wczoraj kasza i surówka wiosenna z młodziutkiego podagrycznika, ziarnopłonu, roszponki, pączków czarnego bzu z wyzierającymi już listkami i szczypiorku siedmiolatki, przyprawiona czosnkiem roztartym z solą, surowym olejem słonecznikowym i odrobiną domowego octu jabłkowego. Na progu domu.

Prasowanie duszy


sobota, 21 września 2013

Bzowe Ucho

pada, leje, siąpi, dżdży, co kto lubi, do wyboru.
Znaczy się, przełamanie na jesień już przyszło.
Na czarnym bzie na miedzy wyrosły śliczne, brązoworóżowe prześwitujące uszy bzowe. Grzybki surrealistyczne, czarodziejsko- nierzeczywiste i jak najbardziej jadalne, a nawet lecznicze.  Wyglądają jak miniaturowe ludzkie uszy. Są porównywane w swoich własciwościach i walorach smakowych do chińskich czarnych grzybów Mun, równiez należących do rodziny uszakowatych.
Zbieram więc ucho bzowe i susze w durszlaku na piecu. Schnie bez kłopotu na sztywne kosteczki.
Wypróbuję ich smak kiedy znajdę jakiś ciekawy przepis, a nadają się wszystkie przepisy w jakich występują grzyby Mun.
Ponoć próbowano z bzowego ucha robić kremy do twarzy ..hm?
Zdam realcję ;), chociaż moj świat ulega ciągłemu upraszczaniu sam z siebie i zamiast robic kremy jak kiedyś, wsmarowuję w siebie wyciągi ziołowe pojedynczo, lub mieszam je na poczekaniu na jednorazowe zużycie jak fantazja podpowie, nie bawiąc się w ukręcanie do odpowiedniej konsystencji.
Równie dużemu uproszczeniu uległa kuchnia. Często jakis posiłek jest zastępowany tym, co sobie znajdę pod drzewem lub wyrwę w ogródku.
Czy to lenistwo? być może, ale znajduję jakąś frajdę w upraszczaniu, które stało się niemal automatyczne i zdaję sobie sprawę jak daleko to zaszło w momencie przyjazdu gości, kiedy trzeba zająć się nieco kuchnią. Mieszanie dużej ilości składników w jedzeniu, wydaje mi się takie....bizantyjskie.
Zdaję sobie teraz w pełni sprawę, że więkzość życia ludzkiego kręci sie wokół jedzenia, a samo jedzenie jest nieodzownym składnikiem wszelkich ludzkich spotkań.

Macejko urósł, łapki u niego się wydłużyły, sierść w dotyku przypomina mięsisty śliski jedwab, bo obżarty jest jesiennymi myszorami i odnawianą ciągle zawartością kocich miseczek. Myszy już sam wynosi dumnie z patrolowanej koziarni, bo łowny z niego kocurek.
Potrafi zjeść mysz, zawartość miseczki, popić mlekiem, znów myszora, chrupki i mleko i zaraz wysępić kawałek chlebka, bodaj nawet suchego, a potem dojeść resztki z miseczki Barbarzynki, która go nienawidzi uczuciem szczerym i silnym, lecz opanowanym przez dobre(hm..) wychowanie.
No ale koci dzieć rośnie, coraz rzadziej ma napady wdrapywania się na człowieka i przytulania, za to wytrwale podpatruje rudego wiewióra który wtranżala orzechy włoskie z podwórkowego drzewa, zrzucając na ziemię grube zielone łupiny. Potrafi go tropić godzinami. Lubi także paść się z kozami-pogryzając perz i przebywac w ich bliskości. Sprytnie unika rogów łakomej Wańdzi, traktującej go jak konkurencję do michy.
Maciuś umie wydawać z siebie dziwny dźwięk, ni to głośnie mruczenie, ni to ćwierkanie, które cos robi ze splotem słonecznym człowieka, który skręca się wtedy jak połaskotana stopa.
Dźwięk ten wydaje, jak odzywa mu się diabełek za skórą i rusza z impetem narozrabiac ile się da, nawet za cene oberwania ścierką po tyłku ;)
Z Maciusia zamienia się w Pirania i Rzepióra.

leje, siąpi, dżdży od tygodnia, co przerwało wszelkie prace ogrodowe i przygotowawcze do zimy. Teraz tylko kuchnia- smażenie śliwek i jabłek, oraz leczo z zielonej papryki, bo dojrzeć nie zdążyła. W deszczu pojawiy się na niektórych brzydkie plamki, więc decyzja zapadła- smażę zieloną.
W zeszłym roku który nie był tak goracy i wystarczająco wilgotny jak ten, cała papryka dojrzała bez kłopotu, pomidory też. W tym wydawało by się ponad miarę upalnym 2013 nie zdążyły.
Jedyna papryka jaka dojrzała, to niespodzianka. Jedna z siewek ostrej małej papryczki(siana wprost do gruntu) wyrosła na półtora metra i obrodziła czerwonymi słodkimi papryczkami. Bardzo sa smaczne, lecz dziwo polega na tym, że na tej samej roślinie są słodkie tępo zakończone owoce na przemian ze zwykłymi podłużnymi ostro zakpńczonymi i ostrymi w smaku.
Zebrałam nasiona, zobaczymy co wyrośnie z nich w przyszłym roku.
Na wiosnę przyszłego roku zasieję pomidorki koktajlowe, bo pomimo że małe  to są odporne na choroby i plenne aż do przymrozków.
Wypróbowałam tez przepis na kiszoną paprykę- jest kilka słoików. Zobaczymy jak smakuje, jeszcze nie wiem.
Lenistwo razem z deszczem na mnie napadło. Nawet jeść mi się nie chce. Wyjątek to zupa śliwkowo-jabłkowa, której gotuję po południu dwulitrowy garnek żeby na dwa dni  starczyło, lecz kończy się ta zupa tego samego wieczoru niestety. Tak mi smakuje, że nie mogła bym pójść spać, wiedząc ze w garnku jeszcze coś jest.
Czego innego tknąć mi się nawet nie chce.
 Napisze Wam jeszcze na co jest Ucho Bzowe, bo przepisy na potrawy z grzybów Mun, które można zastąpić Uchem Bzowym, są ogólnie dostępne.

I tak, grzyb ten pozwala wzmocnic się ludzkiemu umysłowi, daje odporność na choroby, wspomaga przy rekonwalescencji, nadciśnieniu, zwyrodnieniu naczyń krwionośnych, odmładza skórę, regeneruje włosy, przeciwdziała sklejaniu sie krwinek (rozrzedza krew), przynosi ulgę przy bólach np. zębów, brzucha, serca.

Najczęściej bierze się 3-5 gram suszonego Ucha, namacza się 12 godzin w pół litrze wody i robi z tego wywar w tej samej wodzie. Grzyby gotuje się na malutkim ogniu nawet do dwóch godzin i wypija to co zostało w dwóch dawkach w ciągu dnia.











niedziela, 18 sierpnia 2013

Chwaścianka

Chwaścianka, czyli zupa chwastowa, której recepturę ustaliliśmy z Radkiem, podczas jego pobytu w moim gospodarstwie.
Wyszła mocno smacznie i znikła ze sporego garnka niemal od razu.
Zrobiłam dziś powtórkę z małą modyfikacją: zamiast tasznika którego nie znalazłam w najbliższej okolicy, dałam liście babki jajowatej.

Chwaścianka

Trzy średnie marchewki
pietruszka z nacią
duża cebula albo dwie średnie
ziemniaki (na oko)
czosnek
garść żółtlicy
garść podagryczniika
garść pokrzywy
garść babki jajowatej albo rozety tasznika
nasiona kolendry
kminek
papryka ostra
liść laurowy
ziele angielskie
świeży tymianek lub oregano, ewentualnie bazylia(do smaku)
olej- minimum 4 łyżki
śmietana do zabielenia

Na rozgrzany w garnku olej wrzucamy kminek i kolendrę. Kiedy zaczną pachnieć i strzelać, wrzucamy pokrojoną w  słupki marchewkę i pietruszkę. Podsmażamy i dorzucamy cebulę skrojoną w drobną kostkę, zgnieciony ząbek czosnku i mieszając doprowadzamy do zeszklenia i zmięknięcia cebuli. Wtedy dorzucamy skrojoną drobno zieleninę (łącznie z nacią pietruszki, można dać dwie gałązki selera, nie zaszkodzi) i smażymy przez chwilę to wszystko razem. Na tym etapie prawdopodobnie trzeba będzie dolać nieco oleju  i podlewać nieco wody, w miarę odparowywania, tak by wszystko się poddusiło niemal do miękkości. Sprawdzamy marchewkę. Jeśli jest miękka, ale leciutko chrupka, to dolewamy 1,5 litra wody, solimy wstępnie, przykrywamy i gotujemy z liściem laurowym, zielem angielskim. W tym czasie obieramy ziemniaki i kroimy je w kostkę. Dorzucamy do gotującej się zupy i kiedy są już miękkie, zabielamy śmietaną, doprawiamy jak lubimy.
Ja doprawiam na ostro papryką, można dodać pieprz czarny, a dla zapachu oregano, tymianek bądź bazylię- do wyboru, a także rozgnieciony ząbek czosnku lub więcej, według uznania.

Zupie charakterystycznego niepowtarzalnego smaczku nadaje żółtlica.
Żółtlica jest odtruwająca, wzmacniająca, przeciwzapalna, jest ziołem trawiennym i żółciopędnym. Reguluje przemianę materii, pobudza regenerację watroby. Surowa żółtlica utarta z masłem lub olejem jest lekiem na skórę z AZS, łuszczycę, oraz chorująca z innych powodów skórę. Nawilża, leczy i goi.

Mały Macejko rośnie, wydłużają mu się łapki i potrafi wtrząchnąć więcej niż Barbarzynka.
Dziś na kolację wrąbał dużą mysz przyniesioną przez Baśkę, po chwili poprawił kocimi chrupkami, popił wody i poprosił żeby mu dać co tam mam w swoim talerzu. Nalałam mu miseczkę chwaścianki z warzywami, zjadł, poprawił dokładką w tej samej ilosci i zjadł jeszcze dokładkę dokładki. Czwarta miseczka jest już tylko w połowie pełna. Pewnie za godzinę lub dwie dopadnie i wyliże do czysta.
Maciuś to chłopski syn, je ziemniaki z tłuszczem, chleb, pije mleko i je mleczne zupy, oczywiście mięsko z hrabianką Barbarzynką również. I myszy. Ogólnie nie ma z nim problemu jeśli chodzi o jedzenie.
Łobuz z niego i przylepa. Pierwszy raz widzę u kota brązowo-piwne oczy.
Jak Baśka woła z podwórka że mysz przyniosła, leci na złamanie karku w takich podskokach, ze można go z latającą wiewiórką pomylić.
Baśka go nie cierpi i podejrzewam że nosi mu te myszy, żeby się od niej choć na chwilę odczepił.
Na jego widok klnie po kociemu i ostrzega, by za bardzo się nie zbliżał, bo oberwie. Oczywiście wcale jej nie słucha. Obrywa i wraca.

Pierwszy dojrzały czarny bez zagotowany z kwaśnymi jabłkami. Jutro podgrzeję jeszcze raz, przecedzę i dodam do soku cukru. Do butelek i do spiżarki.

Trwa szykowanie drewna na zimę.

Skubanie słonecznika wciąga.... :) Mam go dużo w tym roku. Pewnie z kozami damy mu radę przez zimę.
Chce uzbierać dla kóz ( dla kozów, jak mówią u mnie we wsi) żołędzi na zimę. Myślę, to może być dobre dodatkowe źródło białka.

sobota, 4 maja 2013

Zarastamy

Zielenią zarastamy. Trawnik podwórkowy do niedawna płaski i ledwo zielony wypuszyściał, mokry rosą poranną oblepia wilgocią buty i nogawki spodni. Tylko patrzeć, a zakwitnie glistnik, wszędzie łebki z trawy wychylają stokrotki i fioletowe fiołki. Pokrzywa piękna i dorodna, nic tylko kosą kosić to cenne ziele i suszyć na zapas.
Kwitną i pachną dzikie mirabelki.
Kozy mają zieleniny do syta, pasą się od rana do wieczora, a Bazia weszła w fazę mleczną i zbliża się do pełni swojej wydajności. Będzie kozi ser :-)
Mój ulubiony to twaróg ze świeżym tymiankiem, oregano i czosnkiem.
Zazdroszcząc kozom zieleniny, robię dla siebie sałatki z podagrycznika z pokrzywą, ziarnopłonem, szczypiorem z siedmiolatki, albo z mniszkiem, miodunką, młodymi listkami czarnego bzu, gwiazdnicą.
Zastępują sałatę, która dopiero wykiełkowała. Zioła dodaję także do jajecznicy, do zup.
W ostatnich dniach kwietnia wjechał na ogród traktor i przygotowana została ziemia pod siew. Zaorane zostało bardzo dużo, o wiele więcej niż przy poprzednim ogrodzie , więc zapadła decyzja o posadzeniu dużej ilości ziemniaków. Na szczęście sadzarką. Są kozy, to zimą nadmiar zjedzą. Posiałam też więcej grochu i będzie więcej fasoli. Poza tym jak co roku cebula na przemian z marchwią, nieco pietruszki korzeniowej (naciową posiałam na ceglaku, bo jest wieloletnia), buraki, buraki naciowe i licząc na to że przymrozków nie będzie: ogórki, pomidory i paprykę. Poza tym różną wiosenną zieleninę, oraz kwiatki na rozsadę.
Posieję jeszcze dynię, cukinie i różne zioła. Wieloletnie na rozsadnik, a jednoroczne na docelowe miejsce.
W doniczkach mam już wykiełkowane wcześniej pomidory, a także krzewy jagód goji, których jestem bardzo ciekawa.
Dostałam tez od sąsiadów kilka sadzonek czarnej maliny i sadzonkę czerwonych wielkoowocowych winogron. Winogrono posadziłam pod jabłonką, dającą co roku kilka podłej jakości jabłek.  Drzewko posłuży za stelaż.
Kicia ma swoją grządkę na ceglaku. Wysiaduje na niej pasjami, ugniata futrzastym tyłeczkiem ziemię na klepisko i pograbuje  łapką w ziemi. Na grządce rośnie kilka krzaczków kozłka lekarskiego, wydzielającego zapach waleriany ulubionej przez koty.
Przez opóźnioną wiosnę, spiętrzyły się wszystkie prace i nie zdążyłam zadbać o posadzenie żywopłotu. Może uda się jesienią, jeśli będzie długa i ciepła.

W święta majowe przyjechali zapowiedziani goście i siedząc z nimi przy dużym kuchennym stole, nagle pojawiło się we mnie odczucie deja vu, że kiedyś już ta sytuacja miała miejsce i że ich wszystkich znam, choć naprawdę widzieliśmy się po raz pierwszy. To samo uczucie miał jeden z uczestników zjazdu. Dom i kuchnia z płonącym pod płytą pieca ogniem, były mu dziwnie znajome.
Przy pożegnaniu umówiliśmy się na następne spotkania.

Pierwsza wiosenna burza w naszej okolicy przyszła wczorajszego wieczoru z wielkim hukiem, błyskawicami i ogromną zlewą. Tym samym zaczęła się u nas Prawdziwa Wiosna.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Woda Życia

Śniegi niemal stopniały, temperatura jest powyżej zera. Przyszedł czas na sok z brzozy - Wodę Życia.
Wczoraj wieczorem wybrałam dużą brzozę w debrze i nawierciłam ręczną wiertarką otwór, w którym mieści się wężyk. Wężykiem ścieka sok do butli.
Klarowny, przezroczysty, lekko słodkawy, o delikatnym, na granicy wyczuwalności aromacie. Rano miałam ponad litr soku. Popijam go cały dzień małymi łyczkami i tak będzie, dopóki nie skończy się sezon na sok. W tym roku będzie to chyba szybko, bo widzę, że drzewa i rośliny nadganiają zaległy czas. Czarny bez wypuszcza już gdzieniegdzie mikroskopijne listeczki, a jaskółcze ziele ma spore pióropusze liści, które urosły w trakcie ciepłej nocy.
Sprawdziłam tez stan nasadzonych jesienią brzózek. Wydaje się ok, tylko kilka z nich legło na ziemi pod ciężarem śniegu, ale podeprę je jak stopnieje tam do końca śnieżna skorupa, bo zalega w tym miejscu jeszcze grubą warstwą.

Tradycyjnie sokiem brzozowym leczyło się artretyzm, choroby nerek i układu moczowego, kamicę nerkową, anemię z wykrwawienia, reumatyzm.
Sok odnawia skórę, oczyszcza watrobę,  zwiększa odporność na infekcje, oczyszcza krew.
Jest moczopędny i reguluje układ trawienny.
Zawiera wiele cennych składników, od kwasów organicznych, cukrów, witamin, prowitamin, po mikro i makroelementy.
Ma właściwości energetyzujące i tonizujące. Odnawia i ożywia ciało po zimie.
Zewnętrznie stosowany do przemywania skóry i okładów na oczy.
Również do wcierania w skórę głowy i we włosy, ale wtedy należy go zmieszać 1:1 z alkoholem.
Wyraźnie zauważalne skutki picia soku z brzozy wystąpią po trzech-czterech dniach picia. Literatura odnośnie tego tematu jest niespójna, jeśli chodzi o ilość soku który należy-można wypić. Od "2x dziennie po 100 ml" do "nie przekraczania trzech szklanek" .
No to nie przekroczę trzech szklanek. Mam takie duże do napojów, po 300ml ;)

Przy okazji odwiedzania brzózki, podskubuję i pojadam słodkawe listki ziarnopłonu i pękające pączki bzu czarnego. Są bardzo smaczne.

Jutro nawiercam drzewo klonu, ciekawa jestem jego soku.

środa, 7 listopada 2012

Degustacja

Przelewałam dziś po raz kolejny wino z kwiatów czarnego bzu. Jak je nazwać- Bziak?
Nie chce się do końca sklarować. Jest jasno-słomkowe ze słonecznymi refleksami, jednak przez delikatną mgiełkę refleksy są w tonacji opalu, a nie kryształu.
Zapach niesamowity, magiczny z nutką skórki cytrynowej.
Pierwsze spróbowanie- przez chwilę rozczarowanie, lekko miodowa słodycz z wyważoną kwaskowatością, nic szczególnego, a za półtorej sekundy bomba przedziwnego smaku, jak dla mnie zachwycająca, lekko muszkatołowa, pikantna, by za następne sekundy przejść w ściagąjącą cierpkość, przeradzającą się w lekką, acz dobrze wyczuwalną goryczkę, by na sam koniec zostawić na języku pikantną słodycz posmak miodu na podniebieniu, a w całej paszczy zapach nieznanych rajskich ogrodów.
Posiada tą piękną oleistość jaką mają wina na dzikich drożdżach- zostawia powłoczkę na ściankach kieliszka.
Ma niespodziewanie mocny i zaskakujący smak.
Zdecydowanie nie jest to bziak, ale Kompletny Bzik Kwiatowy.

Siedzę, piszę i degustuję :)
W następnych łyczkach juz się nie wyczuwa tak mocno cierpkości i goryczki, bo podejrzewam że za długo macerowana cała cytryna (ze skórką), która nadała winu tą cierpkość i goryczkę, działa lekko znieczulająco na kubki smakowe.

Wniosek na przyszłość: albo wyjąć cytryne po kilku dniach, albo obrać ją i wrzucić tylko trochę skórki.

Wniosek drugi: To nie jest wino dla koneserów, którzy lubią delikatnie doszukiwać się smaczków i posmaczków.
To wino jest jak rzeźbiona w rajskie kwiaty maczuga. Nie nadaje się do żadnej potrawy jaką znam, bo chyba nie umie być dopełnieniem do czegoś.
Jeśli ono, to już nic.
Pasuje jedynie do fotela i rozpalonego wieczorem kominka.
Może zniesie kilka palonych słonych orzeszków?