piątek, 14 sierpnia 2015

Magia tworzenia, Serce domu, Oko cyklonu.

Wielkie upały, nowy piec schnie w oczach, więc pierwsze symboliczne, a zarazem radosne zdarzenie jakim jest rozpalenie malutkiego ogieńka w palenisku- już za mną. Piec zaśpiewał rwąc ogień w podnośnik ciepła, a w kominie ukazał się dym.
Zapalam maleńkie pięciominutowe ogieńki (Garść słomy i garstka drobnych gałązek) wstając o piątej rano, bo wtedy komin nie jest nagrzany słońcem.
I za każdym razem jest to dla mnie wielkie zdarzenie.

Piec jest absolutnie piękny, absolutnie niezwykły i absolutnie jedyny na całym Świecie.
Ma dwie komory, jak prawdziwe serce i jest w środku domu, jak prawdziwe serce.
Zbudowany przez dwóch Mistrzów zesłanych przez przeznaczenie, przy pomocy pomocników zesłanych przez przeznaczenie, bo ze zwoływanych przez pierwszego Mistrza-Artura uczniów, nikt nie zdołał dojechać.

Zachwiania równowagi energii oraz krystalizacji oka cyklonu, dokonała Gorzka Jagoda, (kontaktując jesienią Artura Milickiego- wędrownego artystę od pieców rakietowych, z jedną taką marznącą zimami wiedźmowatą z Niebieskiej Chaty).
Magiczny cyklon uzyskał siłę materializacji zamierzeń z końcem lipca, wraz z przyjazdem Asi i Tomka, oraz przyłożeniem przez Tomka dłuta do starego pieca i wyłamaniem pierwszego kafla (Utygan, czy na pewno? Decyduj).
Cyklon zaczął nabierać mocy wraz z dewastacją starego pieca kuchennego dokonywaną wspólnymi siłami, aż wreszcie dnia czwartego od początku rujnacji pojawił się Artur, a piątego dnia dotarli z pomocnymi dłońmi Agata z Radzikiem, (obydwoje z boskiej wysokości spoglądający na świat, w środku własnego wiru materializacji). Na końcu pewien tajemniczy Barman z całkiem innej bajki.

Wraz z przybyciem reszty ekipy dewastacja dosięgła drugiego pieca, oraz części ścian przyległych, tak że podział na pokoje i kuchnię był czysto symboliczny.
I w tym momencie zaczęła się magia tworzenia.


Artur użył do stworzenia pieca tylko tych materiałów, które wyjęliśmy ze starych pieców, plus glinę z tutejszego złoża.
Miał na to do dyspozycji tylko kilka dni, w ciągu których zaplanował piec, wyznaczył jego miejsce, zbudował komorę paleniska i podnośnik ciepła, oraz podstawę pod drugą komorę odbierającą ciepło, ogrzewającą pokoje.


Opuszczając nas dla oczekującego zlecenia, zostawił wiele wskazówek dotyczących wykończenia pieca, oraz danych technicznych dotyczących budowy pieców rakietowych z paleniskiem Petera Van der Berga .
Dzięki Niemu, dowiedzieliśmy się, jak cudnym materiałem jest glina i glinosłoma, a także mieliśmy możliwość fizycznej pracy z tymi materiałami.
Artur natomiast po raz pierwszy miał możliwość budowania pieca z tak dziwnych i różnorodnych materiałów, które na pierwszy rzut oka wydawały się bezsensowne.

Asi i Tomkowi skończył się urlop, Artur wyjechał do nowego pieca, Agata z Radzikiem pojechali 8 km dalej, do swojego odnalezionego prywatnego raju- gotowego leśnego ogrodu z domkiem do remontu,(który przywołał ich i oczarował kiedy wpadli mnie odwiedzić tylko na chwilę). Ich nowy Dom trzeba ocieplić przed zimą i uruchomić piece.

Zostałam sama ze swym szczęściem zrealizowanym w połowie i włączyłam tryb muła, (czyli nie myśleć i do roboty), żeby zdążyć ukończyć murowanie reszty pieca i komina przed zimą.
Ciąg dalszy "dziania się" spowodował jednak, że w tym samym czasie skontaktowała się ze mną poprzez komentarze na blogu Iwi. Iwonka przybyła następnego dnia po telefonie, a wraz z nią drugi Mistrz, a zarazem Towarzysz jej życia, Piotr- murarz.




To dzięki Piotrowi piec został ukończony i uzyskał kształt ostateczny, a ściany znów oddzielają od siebie pomieszczenia Niebieskiej Chaty.





Do fali materializacji jaka przetoczyła się przez tą czasoprzestrzeń należy zdarzenie poboczne- ocembrowanie źródełka w moim wąwozie tuż przed zjazdem piecowym. Braliśmy z niego wspaniałą wodę do picia, a chłód wąwozu stanowił wytchnienie od afrykańskiego żaru, jakim obdarzyło nas tegoroczne lato.

Budowanie działo się na fali energii wymiany. Stare piece zamieniły się w nowy piec, a my wszyscy wymienialiśmy się pracą za umiejętności i wiedzę.
No cóż, nie ukrywam, że to wszystko było trochę szalonym, ale wspaniałym doświadczaniem.


Z podziękowaniami:

Podaję link do strony z piecami Artura http://pieceartura.pl/category/bez-kategorii/realizacje/
Agacie i Radkowi życzę cudownej, ciepłej zimy we własnym domu
Asi i Tomkowi doczekania upragnionego zdjęcia kajdanek rzeczywistości miejskiej
Tajemniczemu Barmanowi dużo szczęścia (to bywa przydatne :)
Iwonce i Piotrowi założenia najpiękniejszej, wymarzonej Rodowej Siedziby, bo właśnie się wybierają we własne miejsce.

środa, 22 lipca 2015

Prażmo i tsampa

Na temat prażma sporo i przystępnie napisał Mr. Wilson Bushcraft, więc nie będę powielać informacji, ale skieruję zainteresowanych i spragnionych eksperymentów z jedzeniem do źródła:
http://bushcraftwilson.blogspot.com/2013/08/prazmo-tereny-polski-w-dalekiej.html
Zachęcam do pobuszowania po blogu Mr. Wilsona :), jest ciekawie.

Na temat tsampy napiszę krótko, bo wypróbowałam wersję z kaszy jęczmiennej, jako że mam jej spory zapas. Może nie jest to całkiem prawdziwa tsampa bo z kaszy, ale myślę, że oddaje w dużej części smak.

Oryginalnie w Tybecie, moczy się całe ziarno jęczmienia przez dobę, a potem praży na złotobrązowo i mieli w młynach na mąkę.
Proces podobny do procesu uzyskiwania prażma z różnych nasion na słowiańskich terenach. Może poza mieleniem na mąkę, ale tego nie możemy być pewni.
Dzięki wodzie którą wchłonęły nasiona podczas moczenia, skrobia prażonych nasion ulega przemianom, a uzyskana mąka jest produktem, którego nie trzeba już gotować. Wystarczy dodać do osolonej ciepłej wody z rozpuszczonym masłem lub olejem w wersji postnej, a w wersji bardziej rozbudowanej do herbaty z masłem, lub herbaty z mlekiem i masłem (no i sól oczywiście), można dodać tarty ser, lub wykonać ją od początku na słodko. Chłopi dodają często tsampę do piwa. Mieszanie jest całą sztuką, by nie uzyskać kleistego gniota. Miesza się we własnej miseczce delikatnie, własnym czystym paluchem, aż do uzyskania pulchnego i plastycznego ciasta, z którego wyrabia się kulki, kluski i inne formy, oczywiście też własnymi paluszkami. Zjada się to w towarzystwie sosów i innych dodatków- na słono, lub na słodko. Na słodko posmakowała mi bardzo polana miodem.
W Tybecie jest podstawą pożywienia i elementem kultury. Związane sa z nią zachowania kulturowe, piękne zdobione naczynia do podawania i przechowywania, oraz porzekadła.
Nazwa tsampa jest zarezerwowana jedynie dla mąki z prażonego jęczmienia. Podobną mąkę robi się jeszcze z prażonego grochu i stanowi ona dodatek do tsampy dla uboższych ludzi.
Zrobiłam jedną mąkę i drugą. (Groch oczywiście też moczony przed prażeniem).
Zamiast młyna użyłam młynka do kawy, bo mój ręczny młynek do nasion niestety nie pozwala uzyskać drobnego przemiału.

Cóż mogę powiedzieć, tsampa uzależnia :) Jest bardzo smaczna sama i zmieszana z mąką z grochowego prażma. Pasuje smakowo do wszelkich potraw i ja bez problemów zastępuję nią chleb.

Z ciekawostek: do przechowywania tsampy używa się naczyń zwanych tsam-phor, co w sposób prosty kojarzy się z grecką nazwą amfora. Nazwa ta jest równiez określeniem naczynia i kto wie, czy nie przywędrowała z Tybetu.

Aha i z doświadczenia, taka porada (gdyby ktoś miał zamiar pobawić się w robienie tsampy) Dajemy dwie, lub dwie i pół części płynu, na część suchej tsampy.


poniedziałek, 20 lipca 2015

A gdzie moje siwe gąski...

Pasała gąski na Bukowinie
Miała ze sobą skrzypki jedyne

I grała, śpiewała
I te swoje siwe gąski pasała....

Pasła je pasła, aż pogubiła
Cóż ja nieszczęsna będę robiła  :)

A gdzie moje siwe włosy, gdzie? Podziały się, znikły jak poranna mgła.
Nie jestem łysa, nie, tego dobra mam więcej niż wystarczająco i w swoim blond kolorze, fakt, nieco ciemniejszym niż wcześniej.

Gruby płaszcz całkiem białych włosów znikł, jak nocny sen :)
Czy jestem motylem, który śni że jest człowiekiem, czy jestem człowiekiem, który śni, że jest motylem?
Śnienie przenika życie, życie przenika śnienie
Jak sprawić, by sen nie ciągnął na manowce, na siwe od szronu łaki?
Jak nie zgodzić się z milionem much?
Jak śnić swój własny sen, a nie sen flecisty, prowadzącego senne tłumy?

Koniec poezji :)

Surowe drożdże, w połączeniu z moimi sfiksowanymi teoriami, eksperymentami prowadzonymi na sobie pod hasłem "i tak nie mam nic do stracenia", oraz wyżej załączoną "poezją" były ostatnim dotknięciem, które spowodowało przyspieszenie cofania się różnych oznak upływu czasu.
Niemal nie jestem już siwa. Cofanie siwizny zaczęło się powoli, od malutkich pasemek, a teraz dzieje się już w oczach, z tygodnia na tydzień. Ciemny blond o żywym odcieniu opanował moją głowę jak za dawnych czasów.
Naprawdę, naprawdę satysfakcjonujące :)

Chyba nie mam nic do dodania w tym temacie.

Następny eksperyment będzie na Niebieskiej Chacie, ponieważ przyjeżdża już w przyszłym tygodniu Artur Milicki, numer jeden od pieców rakietowych w Polsce i być może już tej zimy nie będę zamarzać razem z wodą  w wiaderku i odejdą zimowe majaki o plaży z palmami, piasku parzącym w stopy, oraz bani która potrafi zagrzać ciało aż do środka kości tak mocno, że żywy śnieg na gołym ciele nie sprawia wrażenia.
Chociaż bania....hmmm
Z tego marzenia pewnie nie zrezygnuję :)

Postaram się na bieżąco pokazywać rozbiórkę starych pieców, oraz budowę nowego ogrzewania, oczywiście za zgodą Artura.

Może w przerwach na przygotowania do rewolucji domowej zdążę napisać jeszcze jeden post, o tym jak przerabiam nadmiar jęczmiennej kaszy na tsampę, której smak i bezproblemowość przyrządzania do jedzenia urzekły mnie, oraz o prażmie z grochu, robionym kiedyś na terenach zamieszkałych przez Słowian.

piątek, 3 lipca 2015

Cud za złotówkę


Dziś o następnym naturalnym suplemencie, skrajnie tanim i dostępnym na wyciągnięcie ręki, albo mały spacer do spożywczaka.

Zawiera składniki niezbędne każdemu ludzkiemu organizmowi do normalnego funkcjonowania, zdrowia i wspaniałego samopoczucia.

Zacznijmy więc od aminokwasów zawartych w tej super żywności:

Walina
aminokwas nie produkowany przez nasze ciała, musimy go zjeść, żeby uzupełnić niedobory.
Jest niezbędny do wytwarzania białek mięśni, a także uwalniania energii do pracy mięśni.
Szybko się go zużywa w stanie stresu i/lub wysiłku fizycznego, a niedobory występują podczas silnych obciążeń i braku dostawy w pożywieniu.
Walina powoduje regenerację mięśni i odbudowę uszkodzonych białek, a także przyrost mięśni w wyniku pracy lub od treningu.
Jeśli mamy odpowiednią ilość waliny, nie odczuwamy szybkiego zmęczenia, jesteśmy w stanie pracować lub trenować dłużej z przyjemnością.
Dobra wiadomość dla cukrzyków jest taka, że aminokwas ten reguluje cukier we krwi.
Dodatkowym bonusem jest ochrona wątroby i oczyszczanie tkanek z amoniaku.

Tyrozyna
Ten aminokwas buduje kolagen w organizmie człowieka. Przypominam, że kolagen jest niezbędnym składnikiem skóry. Bez kolagenu traci ona elastyczność i sprężystość.
Jego niedobór w żywności, powoduje szybkie zmarszczki i wiotczenie skóry. Włosy tracą połysk i zdrowy wygląd.
Tyrozyna jest składnikiem melaniny, a melanina decyduje o kolorze włosów i skóry. Na starość tej melaniny mamy mniej i włosy tracą kolor a potem siwieją, a skóra przybiera charakterystyczny bladawy odcień. Jeśli są braki tyrozyny w młodym wieku, skutkuje to ogólnym wyblaknięciem i mało zdrowym wyglądem.
Jak widać, można już wnioskować, że na starsze lata życia, zapotrzebowanie na tyrozynę wzrasta. (przypominam przy okazji, że składnikami potrzebnymi do wytworzenia kolagenu jest również również wit C oraz krzemionka).
Oprócz tych ciekawych właściwości, tyrozyna jest niezbędna do produkcji hormonów, między innymi hormonów tarczycy, bierze udział w wytwarzaniu substancji neuroprzekaźnikowych,
Brak tyrozyny lub jej niedobór może więc spowodować szybsze zmarszczki, starzenie i siwienie, może być przyczyną szybkiej męczliwości, rozkojarzenia, senności, kłopoty z analizą informacji oraz jej zapamiętywaniem, depresją, szybkim wyczerpywaniem siły, a także z niedoczynnością tarczycy.

Tryptofan
Jest niezbędny na szlaku syntezy serotoniny, hormonu szczęścia i miłości. Przy odpowiedniej ilości serotoniny, odchodzą precz depresje, znika agresja, nie dopadają irracjonalne, lub wyolbrzymione lęki, oraz potrafimy się zakochać.
Nie ma tryptofanu = nie ma serotoniny, a wtedy mamy depresje, lęki, przejawiamy agresję, ale także nie potrafimy regulować apetytu, mamy małą odporność na zachorowanie.
Co jeszcze potrafi tryptofan?
Dzięki niemu matka karmiąca ma pod dostatkiem mleka, bierze udział w syntezie niektórych witamin z grupy B, reguluje przemiany cukru w tkankach, pozwala mieć właściwy poziom hormonu wzrostu.
Ma również wpływ na budowę mięśni, przemianę materii (utrzymanie prawidłowej wagi), a także ma wpływ na prawidłowy poziom neuroprzekaźników, takich jak dopamina, noradrenalina i endorfiny.
Tryptofan jest również niezbędny do wytwarzania melatoniny, a więc dzięki niemu odzyskujemy też zdrowy sen i prawidłową pracę mięśni gładkich (one nie podlegają świadomemu umysłowi).
Przy braku tryptofanu jesteśmy zagrożeni niedokrwistością, zanikiem tkanek, łysieniem, twardnieniem skóry, zwyrodnieniowymi chorobami rogówki oka, zaćmą, stłuszczeniem wątroby.

Treonina
powoduje właściwy poziom wilgoci w skórze. Bez niej skóra jest sucha i żaden krem nie jest w stanie pomóc. Oczywiście doskonałym, pomysłem przemysłu kosmetycznego jest dodawanie treoniny do kosmetyków, jednak najlepszym pomysłem jest dostarczanie jej do wewnątrz, a dopiero potem na skórę. Na skórę najlepiej nakładać ją z \całym kompleksem składników zawartych w opisywanej właśnie super żywności.
Treonina pracując w wątrobie pomaga jej w rozkładaniu tłuszczów, przyswajaniu składników odżywczych, ochrania ją przed stłuszczeniem.
Jest niezbędna do produkcji kolagenu i elastyny (między innymi są to składniki skóry).
Dzięki niej układ nerwowy jest w harmonii. Brak harmonii w układzie nerwowym to splątanie, nadmierne pobudzenie na zmianę z depresją.
Jeśli braki treoniny występują u dzieci, dodatkowo następuje zahamowanie wzrostu.

Metionina
Odtruwa, pozwala spalić tłuszcz, zmniejsza alergie, ma wpływ na prawidłową prace wątroby i woreczka żółciowego.
Ma wpływ na zdrowie skóry i jej ochronę, także przeciw trądzikom i infekcjom.
Pod wpływem prawidłowych dostaw metioniny, wzrost włosów i paznokci jest szybszy, regenerują się kości, chrząstki i skóra.
Metionina ma wpływ na zwiększenie szybkości kojarzenia, zapamiętywanie, oraz ożywianie psychiki.

Lizyna
jest następnym aminokwasem, który musimy dostarczyć z jedzeniem, bo nasze ciała nie umieją jej wytwarzać. Jest bardzo ważna dla dzieci, to dzięki niej uzyskują prawidłowy wzrost i mocne zdrowe kości (wchłanianie wapnia).
Lizyna we współpracy z innymi aminokwasami naprawia tkanki (wytwarzanie kolagenu) i bierze udział w produkcji białek mięśniowych, hormonów, enzymów i budowaniu odporności.
Ma znaczenie podczas rekonwalescencji po urazach i zabiegach chirurgicznych, gdyż dzięki niemu szybko i gładko goją się uszkodzenia ciała. Wzmacnia ścianki układu krwionośnego i serce.
Jeśli mamy za mało lizyny, to znakiem mogą być między innymi przekrwione oczy, osteoporoza (utrata wapnia), anemia, a także brak koncentracji, podatność na zdenerwowanie, brak energii, problemy z układem rozrodczym.

Leucyna
Hamuje rozpad białek (katabolizm). Normalizuje apetyt, pomaga budować mięśnie.
Zwiększa szybkość leczenia urazów mechanicznych, regenerację mięśni.
Bierze udział w produkcji hormonu wzrostu, pomaga utrzymać równowagę cukrową we krwi, zwiększa wrażliwość tkanek na insulinę, zmniejsza cholesterol.
Niedobór leucyny może się objawiać bólami i zawrotami głowy, drażliwością, brakiem siły mięśniowej, spadkami nastroju aż do depresji włącznie, mocniejszym odczuwaniem bólu.

Izoleucyna
Reguluje cukier we krwi, ale także reguluje jej krzepliwość, ma udział w wytwarzaniu hemoglobiny. Podobnie jak leucyna, bierze udział w produkcji hormonu wzrostu.
Dzięki niej przyspiesza regeneracja mięśni, paznokci, skóry i włosów.

Histydyna
warunkuje powstawanie histaminy, mającej udział w reakcjach odpornościowych, zwiększa możliwości magazynowania tlenu w mięśniach, ma swój udział w tworzeniu kwasów nukleinowych, syntezie hemoglobiny.
Prawidłowy poziom histydyny jest szczególnie ważny u małych dzieci. Jej niedobory hamują wzrost i przyrost masy ciała, oraz prowokują stany zanikowe gruczołów.
Niedobór histydyny wykryto u alergików, osób z chorobami psychicznymi (schizofrenie, manie), przy zapalnych chorobach reumatoidalnych.
Histydyna jest produkowana przez bakterie w zdrowych jelitach, gdy są problemy z układem trawiennym (co obecnie jest powszechne), może być potrzeba dostarczania jej dodatkowo z pożywieniem.

Cystyna
zawiera siarkę, a jak wiecie ten piekielny pierwiastek jest niezbędny w syntezie insuliny, oraz osocza krwi. Cystyna z siarką w swym składzie bierze udział w procesach metabolicznych organizmu (czyli przemiany jednych rzeczy w inne, bardziej użyteczne lub poręczniejsze do wyrzucenia).
Cystyna wraz z cysteiną mają działanie przyspieszające odtruwanie organizmu, a więc szczególnie palacze, ludzie narażeni na styczność z metalami ciężkimi oraz alkoholem (wewnętrznie), powinni pamiętać o jej dostarczaniu swojemu cierpliwemu ciału.
Siarka ma wpływ na zdrowotność i grubość włosów, oraz prawidłowość i odporność płytki paznokcia (synteza kreatyny).
Oba aminokwasy mają właściwości przeciwutleniaczy, więc wykazują działanie między innymi przeciwmiażdżycowe, zwalniające procesy starzenia.
Ich brak wyzwala rogowacenie skóry, kruche rozdwajające się, łamliwe paznokcie i włosy, spadek odporności.
Dostarczanie tych aminokwasów, wspomaga odnowę przy chorobach przebiegających z wyniszczeniem ciała.

Arginina
Dzięki niej, możliwa jest synteza tlenku azotu.
Jeśli jesteśmy młodzi, produkujemy argininę w raczej wystarczającej ilości, ale z wiekiem zaczyna się problem jej niedoborów.
Azot, no właśnie, nie jest taki obojętny, jak nas uczono. Tlenek azotu warunkuje prawidłowy przepływ krwi, rozszerzalność naczyń krwionośnych oraz „poślizg” ich ścianek wewnętrznych.
Nieprawidłowości w syntezie tlenku azotu, procentują zmianami miażdżycowymi, nadciśnieniem tętniczym, chorobami wieńcówki, arytmią i innymi przypadłościami w tej dziedzinie.
Jak widać, warto zadbać o dodatkowe dostawy tego aminokwasu.

Kwas asparginowy
Ożywia ludzkie neurony, oraz wspomaga zapamiętywanie, nabywanie nowych umiejętności, kojarzenie, uczenie się, koncentrację i to wszystko przy dobrym samopoczuciu.
Jest anabolikiem (zwiększa masę mięśniową kosztem tłuszczowej), powoduje większą produkcję insuliny i glukagonu.
Farmacja używa go do leczenia wyczerpania psychicznego, stanów osłabienia i wyczerpania fizycznego, przy zaburzeniach rozwoju u dzieci (intelektualnych i fizycznych), a także przy spadku możliwości umysłowych u osób starszych.

Alanina
Bierze udział przy produkcji glukozy ze związków w których nie występują cukry, więc jej odpowiednia ilość jest przydatna w wyczerpujących wysiłkowych treningach.

Super jedzonko które opisuję, zawiera też sporo soli mineralnych, takich jak kobalt, mangan, molibden, cynk, miedź, żelazo, wapń, fosfor, sód, selen, chrom, cyna;
O ich właściwościach i roli w organizmie ludzkim, warto poszukać indywidualnie i poczytać.

Niebagatelna jest zawartość witamin rozpuszczalnych w wodzie, czyli takich które nie mogą być zmagazynowane w naszych tkankach i trzeba je na bieżąco dostarczać z pożywieniem.
Są to :
cholina, ok. 3 000 ug (B4)
inozytol – ok. 3 000 ug, (B8)
biotyna – ok. 1 ug/g, (B7)
kw. foliowy ok. 30 ug/g, (B9)
PABA – ok. 100 ug/1 g; (B10 lub H1)
niacyna – ok. 300 ug/g, (PP, B3, kwas nikotynowy)
kw. pantotenowy – ok. 200 ug/g, (B5)
pirydoksyna – ok. 60 ug/g, (B6)
ryboflawina – ok. 50 ug/g, (B2)
tiamina – ok. 6 ug/g, (B1)

Oraz UWAGA!
Ergosterol, czyli prowitamina D2
(D2- witamina roślinna, w odróżnieniu od D3 pochodzenia zwierzęcego, to coś dla wegetarian)
formowanie układu szkieletowego, działanie systemu nerwowego, regulowanie poziomu cukru we krwi, wchłanianie wapnia i fosforu z pożywienia, oraz wiele innych.
Ergosterol jest prowitaminą i przekształca się w D2 pod wpływem światła słonecznego.

- Lecytyna około 2%
O lecytynie pisać chyba nie muszę.

Bardzo krótko o witaminach z kompleksu B, w sumie same hasła, zaciekawieni poszukają sobie więcej :)
Z kompleksu, ponieważ najlepiej działają razem.

Cholina (B4)
Wspomaga przemiany tłuszczu w energię, odtłuszcza wątrobę, dobra lepkość krwi, ożywia procesy myślowe, wspomaga przekaz impulsów nerwowych, naprawia pamięć, ochrona przeciw wolnym rodnikom, bierze udział w produkcji hormonów, współpracuje z B8 (inozytolem)

Inozytol (B8)
Nie dopuszcza do odkładania tłuszczu, składnik budulcowy błony komórkowej, wspomaga przekazywanie impulsów nerwowych (szybkość reakcji i kojarzenia), powoduje zdolność do relaksacji, normalizuje sen, zmniejsza lęk i napięcie, oraz stany napięciowe mięśni gładkich z powodu stresu.
Brak B8 objawia się wypadaniem włosów, huśtawką nastrojów, dużym cholesterolem, łatwością wpadania w depresję, panikowaniem z byle powodu, natręctwami, chorobami oczu, egzemami.

Biotyna (B7, albo inaczej witamina H)
Niezbędna w przemianie pożywienia w użyteczne cegiełki ( rozkład i synteza - przemiana materii),
współdziała z insuliną i trzustką w przemianach cukrów, a potem wspomaga ich magazynowanie w wątrobie. Już z tego widać, że normalizuje cukier we krwi, co jest ważne dla diabetyków. Ma kontrolę nad przemianami tłuszczu, a więc nad prawidłowym ich obiegiem.
Jak większość witamin B, wpływa na zachowanie dobrego nastroju, żywotność i świeżość umysłu, poprzez zaopatrywanie nerwów w energię, ma znaczenie dla urody i zdrowotności skóry, włosów i paznokci. Współtworzy hemoglobinę.
Jej brak powoduje siwienie, odbarwianie skóry, wypadnie włosów, ma udział w powstawaniu cukrzyc, problemami ze zdrowiem skóry (egzemy, stany zapalne, łojotok, łupież, szara skóra, ) cierpnięcie dłoni i stóp, niedokrwistość, apatię, senność, depresje i lęki, nerwowość.


Kwas foliowy (B9)
wpływa na prawidłowy kod genetyczny poczętego dziecka (brak uszkodzeń), zwany pokarmem dla mózgu.
Nie dostarczając witaminy B9, narażamy się na zaburzenia wzrostu, niedokrwistość, trudności z wchłanianiem i trawieniem pożywienia, a w konsekwencji niedożywienie, osłabienie, rozdrażnienia, bezsenność, nieadekwatne zachowania, bóle głowy. Problemy skórne, pękanie kącików ust.

Niacyna (inaczej PP, B3, lub kwas nikotynowy)
Witamina dla mózgu, warunkuje jego dobre i prawidłowe działanie. Gdy występuje jej brak, zazwyczaj skutkuje to schizofrenią, spadkiem nastroju i depresjami. Pomaga zasnąć spokojnie, utrzymać równowagę psychiczną. U kobiet częściej występują jej braki, a więc i niemiłe skutki.
Nieregularne bolesne miesiączki, migreny, wysokie ciśnienie, szumy uszne, cukrzyce, szorstka szarawa skóra, zaburzenia pamięci.
Poza tym reguluje przemianę materii, uczestniczy w tworzeniu czerwonych ciałek krwi, odtruwa krew, wspomaga produkcję energii, reguluje cholesterol i obniża zawartość tłuszczu we krwi, wspomaga krążenie, podtrzymuje żywy koloryt oraz dobrą kondycję włosów i zdrowy kolor skóry.

Kwas pantotenowy (wit B5)
Możesz mieć jej niedobory, jeśli pieką cię stopy, występują skurcze nóg i rak, za szybko siwiejesz, pękają kąciki ust i oczu, masz częste bóle brzucha, zaparcia, sztywniejące i bolące stawy, szybko się męczysz i często jesteś zmęczony.

B5 pomoże odtruć organizm, usprawnić układ krwionośny i serce, wspomóc układ nerwowy, trawienny, wytworzyć hormony, neuroprzekaźniki, zregenerować tkanki, wygoić rany, zbudować hemoglobinę.
B5 jest potrzebna każdej komóreczce Twojego ciała.

Pirydoksyna (B6)
Możesz ją zgromadzić najwyżej na miesiąc, potem wystąpi niedobór.
B6 jest niemal niezastąpiona, stąd tak szybko się zużywa. Współtworzy enzymy, hormony, czerwone ciałka krwi, aminokwasy, prostaglandyny, wspomaga magazynowanie energii, Dzięki jej obecności prawidłowo działa serce, układ nerwowy, odpornościowy, moczowy, mięśnie.
Objawem jej niedoboru są skurcze mięśniowe, drętwienie rąk, zaburzenia nerwowe, napięcie przedmiesiączkowe, komórki ciała stają się odporne na insulinę (cukrzyca), skurcze astmatyczne, zatrzymywanie płynów w organizmie (obrzęki), znaleziono związki niedoboru B6 z autyzmem u dzieci.

Ryboflawina (B2)
Jak większość witamin z grupy B, ma wpływ na prawidłowe procesy nerwowe, skojarzeniowe, w metabolizmie białek, cukrów i tłuszczów.
Jej niedobór, to chudnięcie, pieczenie skóry, wrażliwe błony śluzowe, zajady, zapalenie rąbka czerwieni warg, czerwone i podrażnione spojówki, nadwrażliwość na światło, anemia, a u dzieci problemy z rozwojem umysłowym.

Tiamina (B1)
Nie da się jej zmagazynować, więc powinna być dostarczana w codziennym pożywieniu.
Niedobory upośledzają układ nerwowy, oraz układ krążenia krwi,
Bierze udział w wydzielaniu niektórych hormonów, w oddychaniu komórkowym, wykazuje działanie przeciwbólowe, gojące.
Jej niedobór, to różne stopnie porażenia nerwowego i atrofii mięśni, oczopląs, problemy z pamięcią i koncentracją, powiększenie serca, tachykardia, obrzęki nóg i rak, problemy z przyjmowaniem pokarmu (nudności, wymioty i biegunki), zaniki gruczołów dokrewnych.

Tak więc to super jedzenie dostępne na wyciągnięcie reki i kosztujące około 1zł, 20 groszy w każdym spożywczaku, to drożdże.
I żeby było jasne, kosteczka drożdży zawiera te wszystkie dobrości wypisane powyżej, w stanie żywym, czyli aktywnym biologicznie. Wystarczy tylko je spożyć.

No i tu Proszę Państwa, zaczynają się schody.

Jest szkoła zażywania drożdży dla zdrowia i urody, kategorycznie i głośno nakazująca zabicie delikwenta wrzątkiem przed konsumpcją i druga szkoła, o głosiku cieniutkim i słabo słyszalnym, mówiąca, że jednakowoż, większość dobroci znajdujących się w drożdżach to aminokwasy, a one są białkami, więc powyżej pewnej temperatury zostają ścięte w kompleksy słabo przydatne i w sumie niewiele odpowiadające wspaniałym opisom, a zdecydowana większość witamin z grupy B, rozpada się pod wpływem wysokiej temperatury.

Pierwsza szkoła twierdzi, że drożdże żywe w jelitach to masakra, bo zjedzą nam tam wszystko, co my wcześniej zjedliśmy i zabiorą nam witaminy B, zamiast je grzecznie oddać.
No, znaczy się, ogołocą nas z wszystkiego co mamy i naprodukują gazu. Trudno się potem takich drożdży pozbyć, bo im u nas dobrze, zjadają co im dajemy i wkrótce możemy zejść śmiertelnie na awitaminozę i niedożywienie.

Druga szkoła twierdzi, że witaminy i aminokwasy są produktem metabolizmu drożdży i grzybek ten WYTWARZA je (syntetyzuje) z dostępnych składników, a nie zabiera ich z naszego organizmu.
(Drożdże zostały wyodrębnione ze skórki winogron i namnożone, więc zjedzenie winogron musiało by być czynem ryzykownym, ponieważ jak wiemy, drożdże mnożą się nieprzytomnie :)

Więc wg surowej szkoły, na zgrabnej symbiozie z sacharomycyne zyskujemy wspomniane aminokwasy, witaminy, inwertazę zamieniającą sacharozę w glukozę i fruktozę już w jelitach, przy czym drożdże te nie są dostosowane do życia długiego w jelitach i trzeba je suplementować, bo po prostu giną.
Głosem za, jest również głos naszych przodków, oraz znanych zielarzy, takich jak Ojciec Sroka.
Oto jego przepis:
 -   Napój drożdżowy poprawia samopoczucie Składniki: 3 dkg świeżych drożdży piekarskich, (w sumie 1/3 10-dekowej kostki), 2 łyżki cukru w szklanka przegotowanej wody Jak go zrobić: Wkładamy drożdże do litrowego naczynia, wsypujemy cukier i zalewamy wodą. Mieszamy. Pozostawiamy w cieple na pół godziny. Potem znowu mieszamy i odstawiamy na 2,5 godziny. Pijemy szklankę napoju raz dziennie, 3 godziny po jedzeniu (potem przez godzinę nie sięgamy po napoje). Po 5 dniach kuracji robimy dziesięciodniową przerwę. Potem znów leczymy się przez 5 dni. Co nam to daje: Drożdże wzmacniają system nerwowy, poprawiają pamięć i zapobiegają depresji. A wszystko to dzięki zawartości witaminy B i łatwo przyswajalnego białka. Dodatkowo oczyszczają skórę z wyprysków.

Moją modyfikacją jest dodawanie zamiast cukru soków owocowych, dżemu domowego lub miodu, ponieważ mnożące się drożdże potrzebują oprócz cukru składników mineralnych i tym sposobem pomnaża się ilość zawartych w nich witamin oraz aminokwasów. Jakość zależy od pożywki. Drugim zyskiem jest to, że „ożywiamy” soki konserwowane na zimę , a sacharoza w nich zawarta zostaje za pomocą inwertazy drożdżowej przemieniona w glukozę i fruktozę.

W starej książce "Kuchnia Polska", są podane przepisy na kwasy owocowe, chlebowe i inne, robione przy pomocy surowych drożdży piekarskich.

No więc, zalewać wrzątkiem, czy nie?
Każdy decyduje sam.


poniedziałek, 29 czerwca 2015

Druga bitwa o pomidory

w której trzeba było poświęcić Królową (kapusta) dla ocalenia Króla (pomidory).
A tak to było: nie zaglądałam do kapusty z bliska od dłuższego czasu. Te parę białych latających nerwowo muszek, zbagatelizowałam, nie rozumiejąc, jaka plaga mi się zagnieździła w uprawie. Dziś rano zaczęłam pielić szczodraki obok kapusty i wtedy uniosła się z wielkich kapuścianych liści biała chmura, tak gęsta, że tylko maskę p-gaz zakładać.
Lipcówka miała pozwijane spore główki, ale późna kapusta jeszcze luźne róże, a pomiędzy liśćmi jak śniegu, jak białego maku -pełno mączlika.
Zadumałam się ja mocno, bo widzę, że te uratowane resztki szczodraka też są podjadane, biała mączka na liściach. Moje pomidory zaraz obok i tylko pewnie dlatego, że kapusta jest słodka i soczysta, muszki jeszcze nie wdarły się do nich.
Z której strony nie popatrzeć, pozbycie się szkodnika było całkiem nierealne, z powodu zakamarków w gigantycznych liściach kapust. Zawsze się kilka kolonii zarodowych uchowa.
Zresztą, jak mnie uświadomił internet, NIE MA dobrego środka na mączlika. Odporna zaraza i mutuje w jeszcze odporniejsze formy, a mnoży się bez opamiętania.
I tu zapadła decyzja szybka (bo jeśli zaczyna się problem, najlepiej uciąć go przy samym tyłku)- wywalamy kapustę na kompostownik. Zawiązane ładne główki lipcówki na szybkie zjedzenie i zakiszenie, a późna, no cóż. I tak bym jej nie uratowała, a rozsiała bym zarazę po całym ogrodzie.
W tym roku w naszym regionie plaga mączlika w ogrodach.
Zabrałam się do wyrywania kapusty, a biała chmura nade mną jak aureola na obrazach świętych, tylko pochodzenie jej piekielne raczej.
Trzy pełne taczki kapusty wyjechały na kompost. Żal.
A mączlik poleciał do pomidorków, ogóreczków, dyniek, szczodraka, siewek jarmużu i zaczął się nerwowo krzątać, szukając nowych miejsc.
Pomyślałam sobie, że może zapach mięty go zdezorientuje i zniechęci do skonsumowania mojego ogrodu. Poleciałam po ręczny opryskiwacz, wlałam wodę i kilka kropli olejku miętowego. Wypróbowałam na szczodrakach i ogórkach. A gdzie tam. Nic im to nie przeszkadzało.
Wracam więc poszukać wskazówek jakichkolwiek w internecie, może ktoś, coś kiedyś zrobił co poskutkowało i zostawił ślad.
Nie było.
Ale było coś innego. Było o ekologicznym środku, składającym się ze specjalnych szczepów grzybów o specjalnej pokręconej nazwie i ten grzyb był skuteczny.
Hah, myślę sobie. Przecież na zarazę i inne choroby pomidorów, tez były drożdże o mocno specjalnych nazwach, w specjalnych preparatach, a zwykłe z kostki skutkują genialnie.
Nie poddam się za nic. Rozpuściłam drożdże i poleciałam pryskać szczodraki, choć w to nie wierzyłam. Dwa razy pod rząd ten sam numer i to taki niemożliwy? Nie ma mowy.
Ludzie kochani, ja też nie mogłam uwierzyć. Te upierdliwe owady uciekały od roślin spryskanych drożdżami.
Patrzyłam i myślałam sobie, że czasem są takie sny, w których wszystko jest tak realne, że nawet lepsze od jawy i może to taki sen?

Skojarzyłam wtedy, że mączlik nie skolonizował pomidorów, ogórków i dyń być może dlatego, że były pryskane kilka razy drożdżami, więc nie bardzo miał na nie ochotę. Jak mu zabrałam kapustę, to poszedł w resztę upraw, bo już dawno nie pryskałam.
Kapusta nie miała szczęścia by zetknąć się z tym eliksirem, bo do tego czasu była zdrowa i czysta.
Opryskałam wszystko dokładnie, mączlik poszedł precz, potem za chwilę spadł lekki deszczyk. Jak skończyło padać, mączlika dalej nie było w ogrodzie. Zabłąkane pojedyncze muszki, ale wysoko nad ogrodem, żeby nie za blisko drożdży, kierowały się w stronę lasu. Opryskałam mocno nawet ziemię po kapuście.

I kto by pomyślał.
Druga bitwa wygrana :)

Tak sobie myślę, że dużo dobrego robią zwykłe piekarskie drożdże i może jednak opublikuję ten post o nich, co go trzymam w prywatnym archiwum...

Podzielę się dzisiejszym wschodem słońca. Lipcowe lilie rozkwitły.



A to Hlebosolnyj, rozmiar mniej więcej naturalny. To jedna niewielka gałązka z krzaka. One są samokończące.



wtorek, 23 czerwca 2015

Ogród na stodole


W komentarzach nadmieniałam o tym, ze na miejscu po stodole mam teraz zaczątek nowego ogrodu. Zaczątek, bo na wschodnich krańcach świata naszego, południowoamerykańska "maniana" czyli "wieczne jutro" jest sprawą normalną, a poślizg do roku czasu jest przyjęty zwyczajowo. I tak to, zanim zrealizowała się obiecana pomoc w zniesieniu najcięższych słupów ze stodoły (którą licząc na ogród w tym roku rozbierałam sama zimą i wiosną -znając system maniany), zaczął mijać czas siewów, a trawa runęła zarastając wszystko po pas, w tym rzeczone słupy leżące w miejscu gdzie miał być początek sadu.
Drzewka które już miałam, posadziłam gdzie indziej, a nowych nie nabyłam, bo uległy by zadeptaniu podczas czyszczenia tej części placu po stodole.
Rok w tą czy w tamtą, jakie to ma znaczenie. Obyśmy zdrowi byli.
Poważnie :)

Jednak trochę ponad połowę po stodole udało mi  się przygotować pod ogród i powiem Wam, że to był strzał w 10-tkę :)
Próchnica gruba na pół metra, w niektórych miejscach ponad 70 cm. Wszystko rośnie fantastycznie wielkie i mocne.
W połowie maja posadziłam kapustę z kupionej rozsady- takie szczurze ogonki na wielkość, a już wczoraj ugotowałam pierwszą kapustę zasmażaną (lipcówka)


Na pierwszym planie lipcówka.

Sałaty są koncertowe, odmiana masłowa i rzymska wysiewane w marcu do gruntu, nie wybijające szybko w kwiaty dostarczają codziennie pysznego jedzenia.
Kapusta liściasta mizuna,  dwa pokolenia rzodkiewek, wczesny szpinak i inne krótkotrwałe zieleniny (wszystko wysiewane w marcu) przeszły już do historii, ustępując miejsca rozrastającym się pomidorom.
Nawet nie zauważyłam, jak z dziczyzny (oczywiście zielnej :) przeszłam w większości na jedzenie ogrodowe.

No i pomidory, nadal zdrowe, co kilka dni przybywa im na wysokość i szerokość. Po jednym paliku nie starczało, więc przeszłam na system palików i sznurków.


 Widać jak całość podłoża jest wyścielona zmieloną przez kosiarkę trawą.
Trawa rośnie i co kilka dni trzeba kosić, więc ogródek na tym korzysta.
Podłoże jest tak miękkie, że na ścieżkach położyłam deski, by nie ugniatać  ziemi.

Te syberyjskie odmiany sprawdzają się jak dotąd bardzo dobrze. Wysadzone w ostatnich dniach kwietnia radzą sobie bez osłon ze zmienną pogodą i dużymi wahaniami temperatury. Z obserwacji wynika, że najwcześniej zawiązał owoce Hlebosolnyj.
Korol Gigantow sięga mi niemal do pasa, w opisie jest informacja że dorasta do 160cm. Oczywiście wszystkie już pięknie kwitną.



Rosa Vetrov

Zdjęcia są sprzed kilku dni, pomidory urosły od tego czasu gdzieś o 1/4 i przybyło palików i sznurków. Co jakiś czas pryskam drożdżami nowe przyrosty na wszelki wypadek i wydaje się, że one to lubią, że wchodzą z drożdżami w jakąś symbiozę, co się uwidacznia nasileniem rośnięcia i jednocześnie grubością i mocą pędów.
Bardzo malutko wyszło buraczków i marchewki, cebula- dużo wszędzie gdzie popadło, nieco czosnku. To wszystko na tyle, na ile uwolniłam miejsca zajętego ekspansywnie przez przyrodę. Ona nie znosi pustki. Ziemniaków nie mam, ale też jakby od zeszłego roku przestałam je tak chętnie jeść, stąd nie żałuję.
Truskawki posadziłam na miejscu które chyba ulubiły pędraki. Znikają krzaczek po krzaczku, więc już szykuję nowe miejsce na późno-letnie przesadzanie.
Poprzedniej plantacji nie znalazły.

Z wiedźmińskich zajęć:
zbiory i suszenie ziół - melisa, szałwia, kwiat czarnego bzu, jaskółcze ziele, konyza (po raz pierwszy w tym roku), nieco tymianku. Do "żniw" dojrzała lawenda, ale dziś pada, więc poczeka na pogodę. Na dniach zbiorę oregano.


Obieranie listeczków melisy z ususzonych gałązek.
Takie oberwane listki w całości idą do zakręcanych słoików.

Ukręciłam maść na niespokojne nogi dla osoby ze wsi, działa bez pudła. Użyczona przez  nią do posmarowania innej osobie -ze stanem zapalnym żylaków, w kilka godzin "schowała" te żylaki i uśmierzyła ból i stan zapalny. U innej zdjęła opuchlizny nóg i ból stawów.
A miała być tylko na zespół niespokojnych nóg. Użyta do masażu sparaliżowanej osoby z przykurczami dłoni i stóp, spowodowała wyluzowanie ścięgien i zmniejszenie przykurczy, poruszyła zastoje limfy.
No, ludzka wynalazczość, do czego można użyć maści na niespokojne nogi jest wielka :)
Są potrzebujący, więc ukręcam, ukręcam...

Testuję też na sobie sok z jaskółczego ziela. Nawyciskałam z ciekawości w najlepszym do tego czasie, kiedy kwitnie i ma zaczątki zielonych owoców. Przepis z rosyjskiej książki (książka niestety po rosyjsku) o przetworach leczniczych z glistnika. Sok zadziałał mi na wyobraźnię, jest samokonserwujący i z tego co widzę, to prawda.
Napiszę o nim więcej kiedy indziej, bo rozpisałam się bardzo.
Ostrzegam, że będzie ciekawie :)

 
Przydomowe kwiaty. To białe wyglądające zza węgła to parzydło leśne, lecznicze.
Żółte kwiaty to tojeść kropkowana, oczywiście lecznicza. Mam jeszcze obok domu sporo dziko zarastającej tojeści rozesłanej, płożącej się po ziemi delikatnej roślinki o złotych kwiatkach. W tle te wysokie patyki, to pędy kwiatowe lipcowych lilii.

wtorek, 2 czerwca 2015

Pomidorowa historyjka


Zacznę od tego, że kocham jeść pomidory. I jestem bardzo nieszczęśliwa, bo to co teraz można kupić pod nazwą „pomidory”, wcale nie przypomina tego cudnie pachnącego, pełnego smaku owocu.
Dlatego co roku próbuję z uporem maniaka wyhodować własne pomidorki i co roku przezywam klęskę. I nie jest to klęska urodzaju niestety, ale pełnowymiarowe Waterloo w postaci miseczki parchatych na wpół dojrzałych kulek.

Jakież było więc moje szczęście, kiedy otrzymałam od Gorzkiej Jagody nasionka syberyjskich pomidorów o poetyckich nazwach: Róża Wiatrów, Gregor iz Altaju, Król Gigantów, Chlebosolnyj, Niedźwiedzia Łapa, Black from Thula (czarny z Tuły), polską starą odmianę Opalka, oraz rosyjską Ośle Uszy, przezwaną przeze mnie na koniec Ośli Ogon.

Stara moja chatka ma niewielkie okna bez parapetów, siłą rzeczy niedostatek światła dla siewek. Jest tu również masakrycznie zimno z powodu starych niewydolnych pieców. Dlatego nasionka posiałam dopiero po połowie marca, by podarować im szansę przeżycia.

Wykiełkowały delikatne roślinki z którymi galopowałam w słoneczne dni pod nagrzaną południową ścianę obory, bo było tam o wiele cieplej i jaśniej niż w domu.
Dostałam po 5 nasionek z każdej odmiany, wyszły z ziemi po trzy lub cztery, Ośle Uszy z opóźnieniem. Myślałam już, że wcale nie wzejdą.

Przesadziłam je w połowie kwietnia do osobnych doniczek, czego część nie polubiła, szczególnie Ośle Uszy, z których pozostały tylko dwa.

W ostatnie dni kwietnia, pomidory poszły do gruntu (bez osłony) w postodolnianą próchnicę. Tak wcześnie, bo na dworze cieplej jak w domu, a poza tym minęła pełnia księżyca i pogoda zmieniła się na wilgotną i ciepłą, więc majowe przymrozki były jak dla mnie nieprawdopodobne i rzeczywiście, nie było u nas przymrozków. Spodobało im się mocno, choć Oślim Uszom raczej niekoniecznie. Zastanawiały się czy rosnąć czy nie, w końcu zapadła decyzja pozytywna i napięcie puściło ;)

Z czterech Wiatrowych Róż zostały mi trzy, bo coś urwało jedną przy samej ziemi.

I nadciągnęła groza, jakaś galopująca zaraza zaczęła dopadać moje skarby. Krzaczek opadał w sobie i szybko czerniał, wyglądał jakby coś na niego ogniem chuchnęło.
Najpierw dwa, jedno Ośle Ucho, a drugi Gregor iz Ałtaju. Wyrzuciłam je natychmiast, by zaraza się nie rozniosła, ale gdzie tam, następne były jedna Opalka i jeden Król Gigantów i tez zostały wyrzucone a mi się zrobiło kwaśno w buzi. Znów polegnę w boju?

Zaczęłam szukać ratunku, ale nie chemicznego, bo chemiczne pomidory są wszędzie, a ja nie po to mam ogród, żeby jeść chemię. Nie przemawiały do mnie gnojówki z pokrzyw, skrzypy i inne wyciągi roślinne, bo działają powoli, a to jakby galopowało zbyt szybko. Doba wystarczała..
Kiedy znalazłam ratunek, chory był następny Król Gigantów i ostatnie Ośle ucho, nazwane przeze mnie pieszczotliwie Oślim Ogonem.
Oprysk zupełnie naturalny i błyskawiczny w wykonaniu.
Ostatnich chorych pomidorów nie wyrzuciłam, opryskiwałam wszystkie z nastawieniem: niech się dzieje co chce, najwyżej wszystkie padną, bo może zamiast ratunku ściągam na krzaczki nową zarazę.

Słuchajcie, słuchajcie, a przede wszystkim ci, którzy mają i kochają pomidory :)
Po oprysku te zdrowe ruszyły z kopyta, rosły wręcz w oczach, stały się krępe i mocne.
Chore krzaczki zostały uratowane (!), choć były tak uszkodzone, że Król Gigantów dopiero w ostatnich dniach zdołał wydusić z siebie nowy stożek wzrostu i zakwitł świeżym pióropuszem liści, natomiast Ośli Ogon, no cóż, stoi w miejscu. Nie choruje, pozieleniał po całości, ale widać, że to mocno wrażliwa roślinka.

Opryskałam pomidorowe poletko jeszcze dwa razy od tamtego czasu i oprysk działa mocno odżywczo i zabija zdaje się choroby grzybowe i bakteryjne. Czy wirusowe nie wiem, ale ta bitwa została wygrana :)

Hlebosolnyje mają już zamknięte zielone kulki kwiatów, do kwitnięcia będzie się zbierał Czarny z Tuły.

Zapytacie co to za dziwny lek dla pomidorów? No więc zwyczajne drożdże spożywcze w kostce.
Bierze się tego pół kostki na 8-10 litrów letniej wody i tak mocno spryskuje krzaczki, żeby aż ziemia wkoło nasiąkła.

Z tego co wiem, działa na choroby malin, truskawek, ogórków (więc zapewne dyniowatych też). Jak myślę, zadziała tez na choroby bakteryjne i grzybowe ziemniaków (psiankowate jak pomidory)
Resztkami z opryskiwacza potraktowałam małą brzoskwinkę, oczywiście truskawki dostały pełnowymiarowa dawkę.

Warto poeksperymentować i wypróbować na drzewkach owocowych, bo szkodzić nie szkodzi, a roślinki dostają dobrego kopa do rozwoju.

Poza tym sezon na zbiory i suszenie ziół rozpoczęty glistnikiem i wielką ilością szałwii której spodobała się chyba pogoda, bo całe naręcza wnosiłam na strych po uginającej się drabince.
Mokra wiosnozima wykończyła większość moich szczodraków, te co przeżyły przesadziłam, ale zbiory będą w tym roku malutkie.
Zaskoczył mnie za to przyjemnie  jiaogulan (gynostemma), adaptogen opisywany jako zioło życia lub ziele długowieczności. Posadzony pod wypróchniałym pniakiem schował się  na zimę kłączami wewnątrz a teraz wylazł gęstymi gałązkami na słoneczko i zrobię mu trochę sznurków, żeby miał się do czego wąsami przyczepiać.

Oprócz suszenia glistnika, zrobiłam kilka litrów nalewki glistnikowej na winie domowym porzeczkowo-czarnobzowym i czysty sok glistnikowy wg przepisu z rosyjskiej książki, a są tam naprawdę ciekawe rzeczy.
Sokowi przyglądam się na razie z lekka podejrzliwością, ale wygląda i pachnie dobrze. Wypróbowuję go na sobie wcierając wg ksiązki dwa razy dziennie w skórę, bo chcę na własne oczy zobaczyć, jak to działa.
Obalony został jeden mit krążący po internecie, że sok glistnikowy jest żrąco parzacy i należy uważać żeby nie zaczepić nim zdrowej skóry. Wcieram go proszę ja Was w całą twarz i w dłonie, no i pięknie jest :)
Można nim jak piszą wyleczyć wszelkie schorzenia zatok i nosogardzieli, w tym polipy, narośla i inne cuda . Nie omieszkam go wypróbować na zatoki, jak tylko uda mi się pojechać do cywilizacji i kupić zakraplacz.
No, to na dzisiaj tyle, pozdrawiam wszystkich czerwcowo.