poniedziałek, 29 czerwca 2015

Druga bitwa o pomidory

w której trzeba było poświęcić Królową (kapusta) dla ocalenia Króla (pomidory).
A tak to było: nie zaglądałam do kapusty z bliska od dłuższego czasu. Te parę białych latających nerwowo muszek, zbagatelizowałam, nie rozumiejąc, jaka plaga mi się zagnieździła w uprawie. Dziś rano zaczęłam pielić szczodraki obok kapusty i wtedy uniosła się z wielkich kapuścianych liści biała chmura, tak gęsta, że tylko maskę p-gaz zakładać.
Lipcówka miała pozwijane spore główki, ale późna kapusta jeszcze luźne róże, a pomiędzy liśćmi jak śniegu, jak białego maku -pełno mączlika.
Zadumałam się ja mocno, bo widzę, że te uratowane resztki szczodraka też są podjadane, biała mączka na liściach. Moje pomidory zaraz obok i tylko pewnie dlatego, że kapusta jest słodka i soczysta, muszki jeszcze nie wdarły się do nich.
Z której strony nie popatrzeć, pozbycie się szkodnika było całkiem nierealne, z powodu zakamarków w gigantycznych liściach kapust. Zawsze się kilka kolonii zarodowych uchowa.
Zresztą, jak mnie uświadomił internet, NIE MA dobrego środka na mączlika. Odporna zaraza i mutuje w jeszcze odporniejsze formy, a mnoży się bez opamiętania.
I tu zapadła decyzja szybka (bo jeśli zaczyna się problem, najlepiej uciąć go przy samym tyłku)- wywalamy kapustę na kompostownik. Zawiązane ładne główki lipcówki na szybkie zjedzenie i zakiszenie, a późna, no cóż. I tak bym jej nie uratowała, a rozsiała bym zarazę po całym ogrodzie.
W tym roku w naszym regionie plaga mączlika w ogrodach.
Zabrałam się do wyrywania kapusty, a biała chmura nade mną jak aureola na obrazach świętych, tylko pochodzenie jej piekielne raczej.
Trzy pełne taczki kapusty wyjechały na kompost. Żal.
A mączlik poleciał do pomidorków, ogóreczków, dyniek, szczodraka, siewek jarmużu i zaczął się nerwowo krzątać, szukając nowych miejsc.
Pomyślałam sobie, że może zapach mięty go zdezorientuje i zniechęci do skonsumowania mojego ogrodu. Poleciałam po ręczny opryskiwacz, wlałam wodę i kilka kropli olejku miętowego. Wypróbowałam na szczodrakach i ogórkach. A gdzie tam. Nic im to nie przeszkadzało.
Wracam więc poszukać wskazówek jakichkolwiek w internecie, może ktoś, coś kiedyś zrobił co poskutkowało i zostawił ślad.
Nie było.
Ale było coś innego. Było o ekologicznym środku, składającym się ze specjalnych szczepów grzybów o specjalnej pokręconej nazwie i ten grzyb był skuteczny.
Hah, myślę sobie. Przecież na zarazę i inne choroby pomidorów, tez były drożdże o mocno specjalnych nazwach, w specjalnych preparatach, a zwykłe z kostki skutkują genialnie.
Nie poddam się za nic. Rozpuściłam drożdże i poleciałam pryskać szczodraki, choć w to nie wierzyłam. Dwa razy pod rząd ten sam numer i to taki niemożliwy? Nie ma mowy.
Ludzie kochani, ja też nie mogłam uwierzyć. Te upierdliwe owady uciekały od roślin spryskanych drożdżami.
Patrzyłam i myślałam sobie, że czasem są takie sny, w których wszystko jest tak realne, że nawet lepsze od jawy i może to taki sen?

Skojarzyłam wtedy, że mączlik nie skolonizował pomidorów, ogórków i dyń być może dlatego, że były pryskane kilka razy drożdżami, więc nie bardzo miał na nie ochotę. Jak mu zabrałam kapustę, to poszedł w resztę upraw, bo już dawno nie pryskałam.
Kapusta nie miała szczęścia by zetknąć się z tym eliksirem, bo do tego czasu była zdrowa i czysta.
Opryskałam wszystko dokładnie, mączlik poszedł precz, potem za chwilę spadł lekki deszczyk. Jak skończyło padać, mączlika dalej nie było w ogrodzie. Zabłąkane pojedyncze muszki, ale wysoko nad ogrodem, żeby nie za blisko drożdży, kierowały się w stronę lasu. Opryskałam mocno nawet ziemię po kapuście.

I kto by pomyślał.
Druga bitwa wygrana :)

Tak sobie myślę, że dużo dobrego robią zwykłe piekarskie drożdże i może jednak opublikuję ten post o nich, co go trzymam w prywatnym archiwum...

Podzielę się dzisiejszym wschodem słońca. Lipcowe lilie rozkwitły.



A to Hlebosolnyj, rozmiar mniej więcej naturalny. To jedna niewielka gałązka z krzaka. One są samokończące.



wtorek, 23 czerwca 2015

Ogród na stodole


W komentarzach nadmieniałam o tym, ze na miejscu po stodole mam teraz zaczątek nowego ogrodu. Zaczątek, bo na wschodnich krańcach świata naszego, południowoamerykańska "maniana" czyli "wieczne jutro" jest sprawą normalną, a poślizg do roku czasu jest przyjęty zwyczajowo. I tak to, zanim zrealizowała się obiecana pomoc w zniesieniu najcięższych słupów ze stodoły (którą licząc na ogród w tym roku rozbierałam sama zimą i wiosną -znając system maniany), zaczął mijać czas siewów, a trawa runęła zarastając wszystko po pas, w tym rzeczone słupy leżące w miejscu gdzie miał być początek sadu.
Drzewka które już miałam, posadziłam gdzie indziej, a nowych nie nabyłam, bo uległy by zadeptaniu podczas czyszczenia tej części placu po stodole.
Rok w tą czy w tamtą, jakie to ma znaczenie. Obyśmy zdrowi byli.
Poważnie :)

Jednak trochę ponad połowę po stodole udało mi  się przygotować pod ogród i powiem Wam, że to był strzał w 10-tkę :)
Próchnica gruba na pół metra, w niektórych miejscach ponad 70 cm. Wszystko rośnie fantastycznie wielkie i mocne.
W połowie maja posadziłam kapustę z kupionej rozsady- takie szczurze ogonki na wielkość, a już wczoraj ugotowałam pierwszą kapustę zasmażaną (lipcówka)


Na pierwszym planie lipcówka.

Sałaty są koncertowe, odmiana masłowa i rzymska wysiewane w marcu do gruntu, nie wybijające szybko w kwiaty dostarczają codziennie pysznego jedzenia.
Kapusta liściasta mizuna,  dwa pokolenia rzodkiewek, wczesny szpinak i inne krótkotrwałe zieleniny (wszystko wysiewane w marcu) przeszły już do historii, ustępując miejsca rozrastającym się pomidorom.
Nawet nie zauważyłam, jak z dziczyzny (oczywiście zielnej :) przeszłam w większości na jedzenie ogrodowe.

No i pomidory, nadal zdrowe, co kilka dni przybywa im na wysokość i szerokość. Po jednym paliku nie starczało, więc przeszłam na system palików i sznurków.


 Widać jak całość podłoża jest wyścielona zmieloną przez kosiarkę trawą.
Trawa rośnie i co kilka dni trzeba kosić, więc ogródek na tym korzysta.
Podłoże jest tak miękkie, że na ścieżkach położyłam deski, by nie ugniatać  ziemi.

Te syberyjskie odmiany sprawdzają się jak dotąd bardzo dobrze. Wysadzone w ostatnich dniach kwietnia radzą sobie bez osłon ze zmienną pogodą i dużymi wahaniami temperatury. Z obserwacji wynika, że najwcześniej zawiązał owoce Hlebosolnyj.
Korol Gigantow sięga mi niemal do pasa, w opisie jest informacja że dorasta do 160cm. Oczywiście wszystkie już pięknie kwitną.



Rosa Vetrov

Zdjęcia są sprzed kilku dni, pomidory urosły od tego czasu gdzieś o 1/4 i przybyło palików i sznurków. Co jakiś czas pryskam drożdżami nowe przyrosty na wszelki wypadek i wydaje się, że one to lubią, że wchodzą z drożdżami w jakąś symbiozę, co się uwidacznia nasileniem rośnięcia i jednocześnie grubością i mocą pędów.
Bardzo malutko wyszło buraczków i marchewki, cebula- dużo wszędzie gdzie popadło, nieco czosnku. To wszystko na tyle, na ile uwolniłam miejsca zajętego ekspansywnie przez przyrodę. Ona nie znosi pustki. Ziemniaków nie mam, ale też jakby od zeszłego roku przestałam je tak chętnie jeść, stąd nie żałuję.
Truskawki posadziłam na miejscu które chyba ulubiły pędraki. Znikają krzaczek po krzaczku, więc już szykuję nowe miejsce na późno-letnie przesadzanie.
Poprzedniej plantacji nie znalazły.

Z wiedźmińskich zajęć:
zbiory i suszenie ziół - melisa, szałwia, kwiat czarnego bzu, jaskółcze ziele, konyza (po raz pierwszy w tym roku), nieco tymianku. Do "żniw" dojrzała lawenda, ale dziś pada, więc poczeka na pogodę. Na dniach zbiorę oregano.


Obieranie listeczków melisy z ususzonych gałązek.
Takie oberwane listki w całości idą do zakręcanych słoików.

Ukręciłam maść na niespokojne nogi dla osoby ze wsi, działa bez pudła. Użyczona przez  nią do posmarowania innej osobie -ze stanem zapalnym żylaków, w kilka godzin "schowała" te żylaki i uśmierzyła ból i stan zapalny. U innej zdjęła opuchlizny nóg i ból stawów.
A miała być tylko na zespół niespokojnych nóg. Użyta do masażu sparaliżowanej osoby z przykurczami dłoni i stóp, spowodowała wyluzowanie ścięgien i zmniejszenie przykurczy, poruszyła zastoje limfy.
No, ludzka wynalazczość, do czego można użyć maści na niespokojne nogi jest wielka :)
Są potrzebujący, więc ukręcam, ukręcam...

Testuję też na sobie sok z jaskółczego ziela. Nawyciskałam z ciekawości w najlepszym do tego czasie, kiedy kwitnie i ma zaczątki zielonych owoców. Przepis z rosyjskiej książki (książka niestety po rosyjsku) o przetworach leczniczych z glistnika. Sok zadziałał mi na wyobraźnię, jest samokonserwujący i z tego co widzę, to prawda.
Napiszę o nim więcej kiedy indziej, bo rozpisałam się bardzo.
Ostrzegam, że będzie ciekawie :)

 
Przydomowe kwiaty. To białe wyglądające zza węgła to parzydło leśne, lecznicze.
Żółte kwiaty to tojeść kropkowana, oczywiście lecznicza. Mam jeszcze obok domu sporo dziko zarastającej tojeści rozesłanej, płożącej się po ziemi delikatnej roślinki o złotych kwiatkach. W tle te wysokie patyki, to pędy kwiatowe lipcowych lilii.

wtorek, 2 czerwca 2015

Pomidorowa historyjka


Zacznę od tego, że kocham jeść pomidory. I jestem bardzo nieszczęśliwa, bo to co teraz można kupić pod nazwą „pomidory”, wcale nie przypomina tego cudnie pachnącego, pełnego smaku owocu.
Dlatego co roku próbuję z uporem maniaka wyhodować własne pomidorki i co roku przezywam klęskę. I nie jest to klęska urodzaju niestety, ale pełnowymiarowe Waterloo w postaci miseczki parchatych na wpół dojrzałych kulek.

Jakież było więc moje szczęście, kiedy otrzymałam od Gorzkiej Jagody nasionka syberyjskich pomidorów o poetyckich nazwach: Róża Wiatrów, Gregor iz Altaju, Król Gigantów, Chlebosolnyj, Niedźwiedzia Łapa, Black from Thula (czarny z Tuły), polską starą odmianę Opalka, oraz rosyjską Ośle Uszy, przezwaną przeze mnie na koniec Ośli Ogon.

Stara moja chatka ma niewielkie okna bez parapetów, siłą rzeczy niedostatek światła dla siewek. Jest tu również masakrycznie zimno z powodu starych niewydolnych pieców. Dlatego nasionka posiałam dopiero po połowie marca, by podarować im szansę przeżycia.

Wykiełkowały delikatne roślinki z którymi galopowałam w słoneczne dni pod nagrzaną południową ścianę obory, bo było tam o wiele cieplej i jaśniej niż w domu.
Dostałam po 5 nasionek z każdej odmiany, wyszły z ziemi po trzy lub cztery, Ośle Uszy z opóźnieniem. Myślałam już, że wcale nie wzejdą.

Przesadziłam je w połowie kwietnia do osobnych doniczek, czego część nie polubiła, szczególnie Ośle Uszy, z których pozostały tylko dwa.

W ostatnie dni kwietnia, pomidory poszły do gruntu (bez osłony) w postodolnianą próchnicę. Tak wcześnie, bo na dworze cieplej jak w domu, a poza tym minęła pełnia księżyca i pogoda zmieniła się na wilgotną i ciepłą, więc majowe przymrozki były jak dla mnie nieprawdopodobne i rzeczywiście, nie było u nas przymrozków. Spodobało im się mocno, choć Oślim Uszom raczej niekoniecznie. Zastanawiały się czy rosnąć czy nie, w końcu zapadła decyzja pozytywna i napięcie puściło ;)

Z czterech Wiatrowych Róż zostały mi trzy, bo coś urwało jedną przy samej ziemi.

I nadciągnęła groza, jakaś galopująca zaraza zaczęła dopadać moje skarby. Krzaczek opadał w sobie i szybko czerniał, wyglądał jakby coś na niego ogniem chuchnęło.
Najpierw dwa, jedno Ośle Ucho, a drugi Gregor iz Ałtaju. Wyrzuciłam je natychmiast, by zaraza się nie rozniosła, ale gdzie tam, następne były jedna Opalka i jeden Król Gigantów i tez zostały wyrzucone a mi się zrobiło kwaśno w buzi. Znów polegnę w boju?

Zaczęłam szukać ratunku, ale nie chemicznego, bo chemiczne pomidory są wszędzie, a ja nie po to mam ogród, żeby jeść chemię. Nie przemawiały do mnie gnojówki z pokrzyw, skrzypy i inne wyciągi roślinne, bo działają powoli, a to jakby galopowało zbyt szybko. Doba wystarczała..
Kiedy znalazłam ratunek, chory był następny Król Gigantów i ostatnie Ośle ucho, nazwane przeze mnie pieszczotliwie Oślim Ogonem.
Oprysk zupełnie naturalny i błyskawiczny w wykonaniu.
Ostatnich chorych pomidorów nie wyrzuciłam, opryskiwałam wszystkie z nastawieniem: niech się dzieje co chce, najwyżej wszystkie padną, bo może zamiast ratunku ściągam na krzaczki nową zarazę.

Słuchajcie, słuchajcie, a przede wszystkim ci, którzy mają i kochają pomidory :)
Po oprysku te zdrowe ruszyły z kopyta, rosły wręcz w oczach, stały się krępe i mocne.
Chore krzaczki zostały uratowane (!), choć były tak uszkodzone, że Król Gigantów dopiero w ostatnich dniach zdołał wydusić z siebie nowy stożek wzrostu i zakwitł świeżym pióropuszem liści, natomiast Ośli Ogon, no cóż, stoi w miejscu. Nie choruje, pozieleniał po całości, ale widać, że to mocno wrażliwa roślinka.

Opryskałam pomidorowe poletko jeszcze dwa razy od tamtego czasu i oprysk działa mocno odżywczo i zabija zdaje się choroby grzybowe i bakteryjne. Czy wirusowe nie wiem, ale ta bitwa została wygrana :)

Hlebosolnyje mają już zamknięte zielone kulki kwiatów, do kwitnięcia będzie się zbierał Czarny z Tuły.

Zapytacie co to za dziwny lek dla pomidorów? No więc zwyczajne drożdże spożywcze w kostce.
Bierze się tego pół kostki na 8-10 litrów letniej wody i tak mocno spryskuje krzaczki, żeby aż ziemia wkoło nasiąkła.

Z tego co wiem, działa na choroby malin, truskawek, ogórków (więc zapewne dyniowatych też). Jak myślę, zadziała tez na choroby bakteryjne i grzybowe ziemniaków (psiankowate jak pomidory)
Resztkami z opryskiwacza potraktowałam małą brzoskwinkę, oczywiście truskawki dostały pełnowymiarowa dawkę.

Warto poeksperymentować i wypróbować na drzewkach owocowych, bo szkodzić nie szkodzi, a roślinki dostają dobrego kopa do rozwoju.

Poza tym sezon na zbiory i suszenie ziół rozpoczęty glistnikiem i wielką ilością szałwii której spodobała się chyba pogoda, bo całe naręcza wnosiłam na strych po uginającej się drabince.
Mokra wiosnozima wykończyła większość moich szczodraków, te co przeżyły przesadziłam, ale zbiory będą w tym roku malutkie.
Zaskoczył mnie za to przyjemnie  jiaogulan (gynostemma), adaptogen opisywany jako zioło życia lub ziele długowieczności. Posadzony pod wypróchniałym pniakiem schował się  na zimę kłączami wewnątrz a teraz wylazł gęstymi gałązkami na słoneczko i zrobię mu trochę sznurków, żeby miał się do czego wąsami przyczepiać.

Oprócz suszenia glistnika, zrobiłam kilka litrów nalewki glistnikowej na winie domowym porzeczkowo-czarnobzowym i czysty sok glistnikowy wg przepisu z rosyjskiej książki, a są tam naprawdę ciekawe rzeczy.
Sokowi przyglądam się na razie z lekka podejrzliwością, ale wygląda i pachnie dobrze. Wypróbowuję go na sobie wcierając wg ksiązki dwa razy dziennie w skórę, bo chcę na własne oczy zobaczyć, jak to działa.
Obalony został jeden mit krążący po internecie, że sok glistnikowy jest żrąco parzacy i należy uważać żeby nie zaczepić nim zdrowej skóry. Wcieram go proszę ja Was w całą twarz i w dłonie, no i pięknie jest :)
Można nim jak piszą wyleczyć wszelkie schorzenia zatok i nosogardzieli, w tym polipy, narośla i inne cuda . Nie omieszkam go wypróbować na zatoki, jak tylko uda mi się pojechać do cywilizacji i kupić zakraplacz.
No, to na dzisiaj tyle, pozdrawiam wszystkich czerwcowo.


sobota, 24 stycznia 2015

Zapomniane jedzenie

Dziś króciutko, jak uzupełnić braki składników w zwyczajowym jedzeniu.

Wodniki nie kochają systematycznych pracowitych wysiłków, wobec tego, muszą czymś zastępować tą doskonałą cechę gatunku ludzkiego. Do tego służy im wynajdowanie różnych rozwiązań, które pozwalają ominąć nudną rutynę powtarzalnych czynności, uzyskując efekt nie gorszy od reszty świata.

Na tapetę więc poszedł problem, w jaki sposób wręcz niezauważalnie wziąć swoją dawkę ziół uzupełniających mikro i makroelementy, oraz cenne substancje , które przestały już występować w ludzkim jedzeniu.
Parzenie ziółek jest ok, wtedy gdy prowadzimy jakąś kurację, lub wypijamy filiżankę herbaty ziołowej dla jej smaku i zapachu. Jednak gdy używamy ziół jako suplementów, staje się nieco upierdliwe ciągłe pamiętanie o zaparzeniu ziółek. Przyszła pora na ziółka i czy chcesz czy nie, parzysz i pijesz ziółka, albo wykonujesz z nich skomplikowane mikstury ( co samo w sobie jest fajne, o ile nie staje się rutynowym zajęciem).

Pomysł podsunął mi żal. Tak, żal jaki ogarnął mnie przy ścinaniu jesienią bujnych liści żywokostu. Była ich masa. Patrząc po składzie, doskonały suplement. Krzemionka, allantoina działającą gojąco, powlekające śluzy, cholina potrzebna do funkcjonowania każdej komórki ciała (składnik lecytyny), cenne kwasy organiczne i wiele innych.
Dzięki swoim składnikom, ziele takie działa na organizm ludzki gojąco, leczy wrzody układu trawiennego, śluzy osłaniają układ trawienny i działają łagodząco podczas przeziębień na układ oddechowy, jest przeciwzapalne, rozkurczowe, wzmacnia cały organizm, wspomaga wydzielanie żółci, osłania wątrobę, normalizuje przemianę materii. Likwiduje nadkwaśność, zaparcia, łagodzi przebieg chorób gardła, przeziębieniowych i zakaźnych.
Co ciekawe, przy zażywaniu tego ziółka, regenerują się kości, mięśnie, skóra właściwa (a więc nie sam nabłonek), błony śluzowe. Skóra wraca do wyglądu ze świetniejszych czasów- to znaczy że jest szansa na znikanie zmarszczek, pojędrnienie i lepszą zdrowotność skóry i włosów.
Co ciekawe, młode liście żywokostu można traktować jak jedzenie, przygotowując z nich "szpinak".

No tak. Ususzyłam więc liście na strychu i zmieliłam je potem maszynką do mięsa na drobno. Upchnęłam w słoiki z napisem "Liść żywokostu", po czym postanowiłam dodawać je do zup. Liście mają neutralny smak który wtapia się w smak zupy. Oczywiście nie dodaję do np ogórkowej, ale do grochówki, krupników, grzybowej, kartoflanki itp. Dodaję tak, żeby się pogotowały z zupą jakieś 5-10 minut, dla uwolnienia krzemionki (Bardzo cenny składnik. Szkielet komórek, współbudowniczy kości, ścięgien, sprawca pięknych lśniących włosów i ładnych paznokci).

Tak to uwolniłam się od wymyślania mikstury a potem jej pracowitego zażywania.
Jak już wpadłam na pomysł z liśćmi żywokostu, postąpiłam tak samo z cudownym chwastem- żółtlicą i koniczyną czerwoną, których osobne słoiczki posiadam  także i dodaję do potraw. Nie muszę pamiętać o przerwach w zażywaniu, ponieważ nie zawsze gotuje się zupy, w których potrafi "zginąć" dwie-trzy pełne łyżki suszonych ziół. Słoje tego suszu stoją w szafce razem z przyprawami.
Z wymienionej trójcy, jedynie żółtlica ma posmaczek wpływający na zmianę smaku zawartości garnka. Często na plus, ale zależy to oczywiście od indywidualnego wyczucia smaku.

Dla porządku o żółtlicy: Źródło witaminy C, potasu, żelaza, krzemu,ziółko odtruwające i oczyszczające organizm. Wzmacnia i odżywia, dobre przy osłabieniu i złym samopoczuciu. Reguluje przemianę materii, osłania i regeneruje wątrobę, działa zbawiennie na regularność porannego galopowania do królewskiego przybytku. Poza tym nieszkodliwe, jadane również jako sałatki lub "szpinak".

Koniczyna: wapń, potas, sód, magnez, fosfor, siarka, krzem, żelazo, mangan, miedź, molibden, cynk, kobalt. Witaminy C, B, K, E, i inne także. Również sporo białka. Koniczynka rozpędza zastoje limfy, a więc zdejmuje obrzęki. Ze składu już widać, że jest odżywcza, remineralizuje organizm. Poza tym czyści krew, wzmacnia naczynia krwionośne, jest przeciwzakrzepowa, przeciwzapalna, działa zbawiennie na drogi moczowe. Koniczyna to zioło kobiece, reguluje miesiączkowanie.

Do tej trójcy ziół w przyszłym roku dołączę pokrzywę, której jest ci u nas dostatek i bogactwo nieprzebrane (bo kłujące) i pokażcie mi, jaki preparat jest zdolny przebić taki zestaw.
Nie wykluczone, że do tej czwórki dołączy jeszcze jakieś ziółko o właściwościach odżywczych, a będzie to najprawdopodobniej liść winorośli.

Taka Złota Piątka Utygan.

Liść winorośli ma fantastyczne działanie na ludzki organizm, a jest nieznany i niedoceniany w tej roli. Występuje także jako jedzenie (liście są kiszone lub używane do zawijania gołąbków, nie występuje tutaj również niebezpieczeństwo przedawkowania)
O liściu winorośli następnym razem, bo miało być krótko, a wcale nie było.

Pozdrawiam :)


czwartek, 15 stycznia 2015

Zimowe grzybobranie

Wiosenka się zrobiła w środku stycznia, słoneczko i ciepło, więc rozbieram dalej stodołę. Wiatr, słońce i ciepło podsuszyły zmoknięte deski, więc pracuje się szybko i dobrze. Zostały mi już tylko wielkie słupy i masa popróchniałych resztek, czasochłonne śmieciowisko. W perspektywie odpalenie piły, żeby to co się nie nadaje do zachowania pociąć. Koło wielkich słupów chodzę jak kot koło gorącej miski i zastanawiam się jak to ruszyć.
 Wybieram się też na spacery do lasu i do wąwozów. Znalazłam wczoraj zimowe grzyby jadalne- zimówkę aksamitnotrzonową. Miałam wątpliwości, bo nigdy ich nie zbierałam, ale zrobiłam wg. rady grzybiarzy  wysyp zarodników. Okazał się biały, więc w zestawieniu z innymi charakterystycznymi cechami, jest pewność że znalazłam zimówki. Zdążyły niestety wyschnąć zanim nabrałam pewności, więc degustacji nie było. Oczy mi się zapaliły na grzybne polowanie i dzisiaj z samego rana znów weszłam w las, w poszukiwaniu zimówek- aksamitek. Nie znalazłam ani jednej, za to las uraczył mnie prawdziwym rarytasem- pniakiem obrośniętym boczniakami.
Na obiado-kolację po pracy: uduszone z cebulką w śmietanie, z kasza jęczmienną i kiszonymi ogórkami. Wystarczy jeszcze na jutrzejszy obiad i kolację, więc nie będę tracić czasu na gotowanie, a wykorzystam pogodę na dalsze prace porządkowe.
I zmieścił się jeszcze dzisiaj w czasie udany eksperyment: podłączenie piecyka-kozy w kuchni przez drzwiczki paleniska. Długa rura od kozy sięga przez palenisko prawie na sam koniec pieca. Rozpaliłam i jest ciąg !
Nareszcie w mojej lodowatej kuchni zrobiło się ciepło, wręcz gorąco po chwili palenia i można się było umyć po pracy bez gęsiej skóry na plecach.
Tak że pięknie jest niemożebnie, a nawet tak pięknie że aż strach i co tu więcej można dodać :)

Internet mi strajkuje od świąt, wszystko ładuje się całą wieczność.
Uparłam się i czekam na załadowanie bloga od 19.30. Załadowało stronę wpisywania postu o 21.02, nie działa jeszcze pole tytułu posta. Czekam :)



21.11, wysyłam

czwartek, 27 listopada 2014

Samojedność

Tak więc stodoła padła, rozbieram ją powoli, na ile starcza sił i pogoda pozwala. Dotarłam do połowy.
Rozbieram ją samojedna - łomem zrobionym z kawałka żelaza. Wczoraj pracowałam samowtór, czyli z jednym pomocnikiem ze wsi, który rąbał pniaki w oborze, żeby się zrobiło miejsce na drewno z rozbiórki i pomógł mi wnieść te słupy drewniane, które były już dla mnie za ciężkie. Stodoła zwalana była samotrzeć, czyli ja i dwóch pomocników ze wsi. Fajne te stare słowa.
Samoczwór, samopiąt...... hehehe, marzenia.
Przyszło zimowe powietrze, inne od jesiennego, rześkie, podszyte lekkim mrozem i tym jedynym, cudownym zapachem sniegu.
Praca na zewnątrz jest przyjemna, odczuwa się ciepło i nawet przesiąknięte na wylot roztopionym śniegiem rękawice są ciepłe w środku. Chyba, że się je zdejmie na chwilę, wtedy woda ziębnie i mróz przejmuje lodem dłonie.
Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że nie jestem stworzeniem tropikalnym. Lubię zimę, lubię jak ciało rozgrzewa się od ruchu na mrozie, lubię śnieg i lodowe firanki po roztopach i lubię ogień w zimie, brnięcie w zaspach (oczywiście, jeśli nie jest podyktowane przymusem ;), roztapianie się płatków śniegu na twarzy, patrzenie prosto w niebo jak pada śnieg- do zawrotu głowy,  lubię jaskrawe słońce, sprawiające że świat jest zbyt jasny, by patrzeć na niego w pełni otwartymi oczami, lubię patrzeć na "moją" górę, ośnieżoną, z gołymi drzewami, taką inną, przejrzystą, nieruchomą i spokojną.

Maciuś po namolnym upraszaniu, dostał miseczkę piekielnej zupy dyniowo-paprykowej z ciecierzycą. Ku mojemu zdumieniu pożarł ją i wylizał naczynie do czysta. Wcale mu nie przeszkadzała piekielność, dokładka była mile przyjęta.
Teraz byczy się na piecu z anielskim wyrazem pyszczka.


piątek, 21 listopada 2014

O przybywaniu i ubywaniu

czyli o anabolizmie i katabolizmie, jakie znaczenie mają dla nas, jako istot cielesnych.

Anabolizm, czyli wzrost, przybywanie, życie, a katabolizm - niszczenie  i ubywanie, droga do śmierci.

Życie ludzkie popularnie jest rozpatrywane jako wzrost ciała od urodzenia do dojrzałości, krótkie trwanie w równowadze, a potem niszczenie, ubywanie tkanek i ich sprawności w drodze do śmierci.
W naszych czasach jest to jeden nieprzerwany cykl, trwający niepełen wiek.

Dlaczego piszę, że w naszych czasach? ponieważ anabolizm i katabolizm, to finezyjna gra życia i śmierci, w których biorą udział ciało, emocje i umysł.
Umysł dysponuje świadomą wiedzą, dotyczącą obsługi ciała, oraz powinien kierować emocjami- narowistymi końmi, czarnym i białym, by zgodnie ciągnęły wóz w sensownym kierunku, a nie rozbiły go na pierwszym trudnym zakręcie.

O tym jak umysł obejdzie się w ziemskim cyklu życia ciała z emocjami i organizmem, zależy od jego dojrzałości i wiedzy.
Wiedza dla umysłu o kierowaniu ziemskim ciałem była kiedyś przekazywana z pokolenia na pokolenie i zachowała się jeszcze w tradycyjnej Medycynie Chińskiej i hinduskiej Ajurwedzie. One wskazują jak finezyjnie zachować równowagę między anabolizmem a katabolizmem, by utrzymać wysoką sprawność, odporność i doskonałe samopoczucie, moc.
Dla nas, jako Europejczyków, Ajurweda jest lepszym wyborem.

Wiedza, jaką dysponują obecnie umysły zdecydowanej większości ludzi, pochodzi z popularnych publikacji sponsorowanych przez koncerny, chciwe zarobku na chorobach i nieopanowanej konsumpcji podłej jakości paszy oraz sprzedaży chemicznych smarowideł i srodków czystości, wprowadzających błyskawicznie przez delikatną skórę ludzką do krwioobiegu niebezpieczne składniki chemiczne, których nie powinno tam być. Kierowanie się ich wskazówkami powoduje  przewagę katabolizmu nad anabolizmem (czyli niszczenia nad wzrostem), już w wieku, w którym człowiek nie osiągnął jeszcze dojrzałości. Stąd częste i trudne choroby przypisywane kiedyś wiekowi starczemu, występujące już w wieku dziecięcym i młodzieżowym.

Wiedza serwowana obecnym pokoleniom jest łatwa, przyjemna i poparta "licznymi badaniami" i autorytetem instytutów, oraz naukowymi pieczeciami, więc w umysłach ludzkich niepodważalna, w porównaniu z "zabobonami" z przeszłości.
Jedz dużo tego i tamtego, zazywaj to i tamto, smaruj się środkami na UV, a potem jedz suplementy uzupełniające wit D. Jeśli będziesz jeść masło, to umrzesz w boleściach.
Generalnie, uczy się nas, co mamy w paszczę włożyć i na siebie nasmarować (najlepiej dużo), żeby być pięknym, zdrowym i szczęśliwym. Jeśli nie uzyskujemy obiecanego efektu, mówią: Zjedz tego więcej.

Nikt jednak nie mówi, co mamy zrobić ze śmietnikiem w ten sposób powstałym w naszych ciałach, który zdusza ogień życia i sprawia, że ciała stają się kalekie, a umysły zamglone i niewydolne.

I tu wracamy do kwestii anabolizmu i katabolizmu.
Przepis na dobre samopoczucie i zdrowie, jest prosty.
W życiowym cyklu wzrostu, równowagi a potem spadku sił, powinny mieć miejsce krótkie cykle, najlepiej półroczne, sterowane za pomocą umysłu i poparte dobrymi emocjami. Są to cykle pozbywania się złogów, czyszczenia ciała z zatorów śmieci i chorych komórek, a potem rozsądnego anabolizmu, w czasie którego dostarczamy sobie  TYLKO I WYŁĄCZNIE pełnowartościowego (enzymy, witaminy, minerały), żywego i ekologicznie czystego pożywienia (zróżnicowanego wg. pór roku), dzięki któremu jest możliwa regeneracja narządów, kości, mięśni i skóry, do poziomu niemal idealnego. W rezultacie można zapewnić sobie spowolnienie dużego cyklu i utrzymanie wysokiej sprawności i doskonałego stanu aż do śmierci.
Należy jeszcze pamiętać o tym, że nieużywane narządy zanikają, więc wskazana jest w czasie regeneracji aktywność fizyczna, skierowująca energię na rozwój mięśni i kości.

Sztuczny katabolizm, to post, pełen albo częściowy. Podczas niego organizm zużywa najpierw tłuszcz, uwalniając z niego zmagazynowane toksyny, następnie chore, nie rokujące nadziei komórki, likwiduje ogniska zapalne, pozbywa się "lokatorów na gapę". Są to generalne porządki.
Żeby ogień życia się palił, trzeba wyczyścić ruszt, komin, wyrzucić popiół.
Żeby piec był sprawny i znów szybko się nie zatkał, nie palimy w nim więcej plastikiem i oponami, ani starymi butami, tylko dobrym, suchym drewnem, przeznaczonym dla pieca.
Podczas rozsądnej, przemyślanej regeneracji,  oczyszczony organizm odbudowuje za pomocą pełnowartościowego pożywienia (bez toksyn), narządy wewnętrzne, naczynia krwionośne, nerwy, kości, mięśnie i skórę, oraz funkcjonowanie do poziomu wręcz zaskakującego. Miło zaskakującego.

Wiem, że nic nowego, ale nie ma innego sposobu na pozbycie się chorób, ociężałości, spadku sprawności fizycznej i umysłowej, oraz uzyskanie równowagi emocjonalnej.

U mnie zima się zaczyna, popruszyło delikatnie, myszy z poczatkiem listopada zakończyły grę w "domki do wynajęcia" i przestały nachodzić chatkę.
Kiciuś Maciuś jest w fazie zdecydowanego anabolizmu. Żąda przedśniadania zanim nad ranem wyjdzie na dwór, potem wraca koło siódmej i wymusza śniadanie, potem drugie śniadanie, potem przedobiad...no może na tym skończę. W każdym razie nawet kawłek samego chlebka jest godny gorliwej uwagi.
W sumie jest dość sprawiedliwy, uważa że podział mojego talerza na pół, jest ok. On jest jeden i ja jedna ;) Osiągnął wagę dwóch solidnych cegieł, a futro to gęsty krótki puch niemożliwy do rozgarnięcia.
W fazę katabolizmu wejdzie zapewne w marcu, kiedy kocie śpiewanie będzie ważniejsze od jedzenia.
 Jeden z moich znajomych mówi, że Maciek ma jedną wadę, powiniem mieć czarne futro, skoro należy do czarownicy, a on biały w bure łatki gdzieniegdzie.
Nooo... odpowiadam, jaka czarownica, taki kot ;)