środa, 16 marca 2016

Moc słowiańskich Motanek

Słowiańskie lalki nigdy nie posiadały twarzy, oblicza. Bo nigdy to nie były zwyczajne lalki, ale wykonywane według prawideł magii (Mag - znaczyło maguczij, mogący, pełen mocy). Czyli Lalki, Kukły, były wrotami do mocy. Zabawa takimi lalkami, nigdy nie  była zwykła zabawą, ponieważ wyzwalała moc. Motanie Lalki-Kukły, było nawiązywaniem komunikacji z Mocą.
Intencja w jakiej lalka jest motana, nadawała mocy kierunek.
Słyszeliście zapewne o jasnowidzach, potrafiących nawiązać kontakt z zaginionymi osobami, posługując się jakąś częścią z garderoby noszonej kiedyś przez takiego człowieka? Dzieje się to dlatego, że każdy z nas posiada indywidualny rys energetyczny. Niepowtarzalny magiczny podpis, który zostawia na rzeczach z jakimi ma kontakt, odrobiny DNA, które sa antenami do wszechświata.
Dlatego Motanki powinniśmy wykonywać z materiałów pochodzących z indywidualnej, znoszonej odzieży, lub materiałów mających z nami bezpośredni kontakt (np używane prześcieradło). Nie mogą one być jednak syntetyczne, ponieważ syntetyk nie należał nigdy do świata ożywionego. Nadaną rolę spełną przykładowo: bawełna, len, tkanina konopna, wełna, jedwab.
Jeśli robimy Motankę z intencją dostatku domowego, uzywamy rzeczy służących całemu gospodarstwu domowemu, np zużyty obrus, zasłonki i tym podobną materię.
Oprócz tego nadają się wszelkie rzeczy pochodzenia naturalnego, np słoma, pęki trawy, patyki, czesanka lniana, łuski z kolb kukurydzy, łyko.
Wszystko zależy od inwencji twórczyni, oraz zadania jakie ma spełnić Motanka.
Motanka powinna posiadać Duszę. Ta "Dusza" to dodatkowa pomoc od roślin mocy.
Duszą może być np szałwia, mająca moc oczyszczania i ochrony, może być laur sprowadzający prorocze sny, liście jabłonki dla Motanki-mateczki mającej sprowadzić do domu nowe dzieci, brzozę, miętę, magiczną bylicę, albo ziarna i nasiona wszelkiego rodzaju dla Motanki Ziarnuszki utrzymującej ład w domu, żony dla Domowika, duszka pomagającego w gospodarstwie. Ta "Dusza" to coś w rodzaju dodatkowych filtrów oczyszczających intencję i dodających mocy od świata roślinnego.
Ubrania Motanki powinny być tradycyjne, a lalce należy zawiązać chustkę na głowie.

Można zrobić Motankę dla innej osoby, jednak tylko dla osoby bardzo bliskiej, np matka dla córki, babka dla wnuczki, ponieważ istnieje tutaj łączność po linii genetycznej.
Osoba wykonująca taką Motankę, powinna powiadomić  Motankę dla kogo jest wykonywana, oraz poinstruować nową właścicielkę, by uzupełniła Lalkę o materiał należący do jej rzeczy. Nowa właścicielka powinna jej nadać imię nawiązujące do zadania jakie ma spełnić (imię jest sekretne) oraz podarować lalce jakiś ładny drobiazg od siebie, dla ozdoby. Koraliki, wykonać małą bransoletkę, albo np wstążkę do włosów. Korale można wykonać np z pestek od jabłek.

Jeszcze jedną ważną zasadą jest nie używanie do robienia Motanek igieł i nożyczek.
Motankę wykonać należy z materiałów dartych, a jeśli materiału nie da się odedrzeć (np wełna) można uciąć ją wcześniej, przed robieniem motanki i wystrzępić brzeg wyciągając nitki.
Robiąc motankę, chowamy wszystkie ostre i metalowe narzędzia, by nie dotknąć nimi lalki.

Są Lalki o trwałych funkcjach, takie jak Ziarnuszka, czy Motanka zapewniająca dostatek wszystkiego w domu, i są lalki spełniające zadania (Zadanice), takie jak lalka-Mateczka, motana w intencji urodzenia dziecka, oraz lalki spełniające inne pojedyncze życzenia. Takie lalki należy spalić po wykonaniu zadania. Nie damy rady wychować przecież piętnastki dzieci :).
Nigdy nie należy ich prosić o pieniądze. Możemy prosić natomiast o powodzenie w wykonywaniu pracy, co oczywiście przełoży się pośrednio na pensję.
Nie można też zadać jej intencji krzywdzenia kogokowiek.
Lalki mające sprowadzić drugą połowę do Twojego życia, nie powinny być nastawiane na konkretna osobę. To nie jest dobra magia. Możemy dać intencję sprowadzenia najlepszego dla nas partnera i wymienić jego cechy, jednak nie wolno nam ingerować w życie człowieka którego znamy. Jeśli przeznaczony jest dla nas, dostaniemy go i tak, jeśli nie, skrzywdzimy i siebie i jego, ściągając go z przeznaczonej mu ścieżki.
Tak więc Motanka bez twarzy ma już ciało, ubranie, duszę, imię, prezent i zadanie.
Teraz należy zapytać, skąd pochodzi moc do jakiej daje dostęp Motanka.
Otóż, przez tysiąclecia trwania, naród słowiański jednolity genetycznie, wytworzył ogromny zbiornik mocy należący wyłącznie do Słowian. Geny to nie tylko sekwencje białek, ale również anteny do określonej przestrzeni we Wszechświecie. To jak odbiornik radiowy nastrojony na właściwą stację nadawczą.
Tam zgromadzona jest moc i wiedza należące wyłącznie do nas. Nie jest to żadna bajka, bo tylko my posiadamy klucze do tej przestrzeni. Kluczami są geny. Mówiąc językiem współczesnym, Lalka razem z jej intencją jest rodzajem linku do określonego miejsca w tej przestrzeni.
Ta przestrzeń, to nasza NadDusza.
Czystość genów, to nie jest jakiś podły rasizm. Jest w tym głębszy sens. Czystość odbioru informacji. Wymieszana ludzka pulpa nie odbierze czysto żadnej stacji, urwie się łączność z wielotysiącletnimi duszami ożywiającymi narody.
Stąd pisałam na początku, że zabawa Tymi lalkami nigdy nie jest zwykłą zabawą, lecz obrzędem magicznym i należy uważać na zasady zabawy nimi.
Także nasze słowiańskie zabawy nigdy nie były samymi zabawami, ale działaniami magicznymi (mogucznymi, pełnymi mocy) podtrzymującymi naszą zbiorową moc i czerpaniem potrzebnych energii. Zasadą naszych obrzędów, była radość i świętowanie, stąd charakterystyczny rys tej słowiańskiej siły. Jest jasna.

Jeszcze pytanie o twarz lalki?
Jeśli damy jej twarz, moc przestanie przepływać przez nią do nas i naszych spraw, a zatrzyma się na niej. Dając jej twarz, dasz jej osobowość.
Dawniej mówiono, że taka lalka może opętać właściciela i działać według własnej woli.
Sprawdzisz to, wykonując lalkę, że tylko pierwszy impuls do wykonania jet twój, potem lalka "robi się sama" dopasowując do intencji w jakiej ją robisz.
Lalki jakimi bawiły się słowiańskie dzieci, nigdy nie miały twarzy.

Motanki to nie jest żadna zła magia, to jedynie korzystanie z tego co do nas należy.
I korzystajmy z tej mocy, stworzonej siłą wszystkich naszych pokoleń.
I pamiętajmy, że Bogowie umierają, jeśli już nikt o nich nie pamięta.

To wszysto co tu napisałam, to prezent od Motanki, jaką wykonałam wczoraj dla mojej Córki.
Skończyłam ją późnym wieczorem, posadziłam tyłem do lustra i poszłam spać. A nad ranem przyszły wizje tego wszystkiego, co niezbyt poradnie usiłowałam opisać na blogu. Nie jestem w stanie opisać tych wszystkich powiązań jakie istnieją między tą i tamta stroną. Jedno wiem, że potrafię teraz o wiele więcej, choć nie jest to do wypowiedzenia.
I przyszła do mnie wizja trzech moich Motanek razem z ich imionami. Jedna dla Snu, druga dla Jawy, a trzecia dla tej strony niewypowiedzianej, z której wypływa i Sen i Jawa.
No i oczywiście będzie też Ziarnuszka, żeby mój Domowik chętniej utrzymywał porządek w obejściu i dbał o domową zwierzynę w postaci kota Maćka ;)










sobota, 12 marca 2016

O grzybach godnych zielarskiej uwagi.


Nad Ogrodem Na Końcu Świata przeleciały klucze żurawi, odzywają się wiosenne ptaki, pierwsze zielone jedzenie w osobie podagrycznika, zwanego u nas Śnitką, oraz listków ziarnopłonu, wychynęło ponad powierzchnię gruntu i warstwy jesiennych liści.
Z ogrodowych wieloletnich roślin, zieleni się drobny okrągły szczypiorek, natomiast rządek kędzierzawej pietruszki wysiany równolegle do niego, został zeżarty przez jakąś nornicę. Z drugiego rządka pietruszki naciowej o prostych liściach ocalały dwie roślinki. Tutejsze gryzonie odznaczają się wielką namiętnością do pietruszki, niestety.
Zdążyłam posadzić już 30 metrowy rząd żywopłotu z trzmieliny. Przeniosłam ją z wąwozu, gdzie wysiała się i wzrosła w dużych ilościach. Trzmieliny nie trzeba formować, kończy wzrost dotarłszy do ok 3 metrów wysokości. Nie podlałam, a w nocy wyręczył mnie deszcz. Niestety, to jeszcze nie ten, o którym pisała Gorzka Jagoda. Ciągle jeszcze wisi ciężka po-zimowa atmosfera, a w powietrzu nie czuć życia.
Dobrze mają się za to różne dziwne hubowate grzyby, tajemnicze, cudowne istoty.
Półtora roku temu, przemierzyłam wzdłuż i wszerz "mój" las w poszukiwaniu wrośniaka różnobarwnego i doszłam do smutnego wniosku, że niestety, grzyb ten zostanie w Niebieskiej Chacie tylko teorią.
Wrośniak zapalił moją wyobraźnie. Nic dziwnego, należy do rodziny żagwiowatych ;)
Chińczycy używali go tradycyjnie "od zawsze" dla stonizowania energii Qi, do wzmacniania i równoważenia układu immunologicznego, przy kaszlu, chorobach wątroby i nerek, przy chronicznym zmęczeniu, kołataniu serca braku spokoju wewnętrznego i rozproszeniu,zawrotach głowy.
Współczesne badania stwierdziły że wrośniak pomaga odbudować prawidłową mikroflorę układu pokarmowego, skutecznie zwalcza candidozę ponieważ aktywuje receptor rozpoznawania grzybów patogennych, udowodniono, ze działa przeciwrakowo (prostata, rak żołądka, ostra białaczka, chłoniaki, rak mózgu, szyjki macicy, pęcherza moczowego, przełyku, czerniak i in), zabija pierwotniaki (w tym toksoplazmozy i uwaga-malarii, a klimat nam się zmienia ;)
Ponadto działa na gronkowce, wirusy (w tym HIV i wirusowe zapalenie wątroby, opryszczkę).
Z innych właściwości to: przeciwcukrzycowe, przeciwreumatyczne, pomocne przy stwardnieniu rozsianym,bielactwie i mocno antyoksydacyjne oraz odtruwające.
Zwiększa wydolność płuc. Podobno bardzo pomocny w początkowych stadiach boreliozy.
Literatura podaje, że wrośniaka różnobarwnego można bezpiecznie stosować przez długi okres czasu.

Zebranego wrośniaka trzeba ususzyć w temperaturze do 50stC, i przechować w szczelnym słoiku w ciemności. Warto włożyć do słoika bibułę, która ustrzeże przed przypadkowym zwilgotnieniem zbiorów.

Dawka dzienna to ok.10 gram grzyba, w postaci suchego proszku zażytego i popitego gorącym napojem (3xdziennie po 3 gramy), albo w wywarze, gotowanym na niewielkim ogniu około godziny (10 gram na pół litra wody). Połowę wywaru pijemy rano, a połowę wieczorem.
Chińczycy podawali coriolusa w wywarach albo w zupach.
Współczesna farmacja wyodrębniła z grzyba coriolan, substancję czynna, którą sprzedaje się w aptekach pod nazwą Krestin.

Kolory wrośniaka różnobarwnego są zmienne, warto obejrzeć wiele zdjęć tego leśnego klejnotu, aby nabyć jakiejś pewności, że to właśnie z nim mamy do czynienia.
Pocieszeniem jest, że wśród hubiaków nie ma grzybów trujących, najwyżej niejadalne.

Wracając do opowieści o moich poszukiwaniach coriolusa versicolor, to przyroda zrobiła mi kolejną niespodziankę, bo jesienią na jesionowym pniu koło chaty wyrosło coś, co zaczęło przypominać kolonię wrośniaka. I rzeczywiście, teraz na przedwiośniu obejrzałam dokładnie gościa i po próbie organoleptycznej (miły grzybowy zapach i słodkawy smak), charakterystycznej budowie (cienki i elastyczny miąższ bez zgrubienia w miejscu przyrastania, oraz różnokolorowe kręgi przyrostu, z cienkim białym brzegiem), mam pewność że to on.
Pierwsze partie grzyba ususzone i następny eksperyment niebawem się zacznie.
Oczywiście na sobie.
Nie posiadam żadnej z długiej listy wymienionych chorób na które pomaga wrośniak. Interesują mnie właściwości oczyszczające, wzmacniające energię (wiosna) i układ immunologiczny. Wrośniak będzie stanowił jeszcze jeden środek w oczyszczaniu mojego ciała ze wszystkiego, co zgromadziło w czasie miejskiego, wyniszczającego życia.

A swoją drogą, to ciekawe jest, że ilekroć zacznę mieć bzika na punkcie jakiejś rośliny, to po jakimś czasie ona znajduje się na mojej ziemi, a potem rozrasta w większych ilościach. Coriolus versicolor nie jest pierwszy.

Pozdrawiam jeszcze trochę sennie i prawie wiosennie




piątek, 12 lutego 2016

Kolendra, stwardnienie rozsiane i pytanie o nieśmiertelność

Sen.
Zbieram zioła na przedmieściach, jest późne suche lato. Na szczycie stromej skarpy, wysoko nade mną dostrzegam baldachy dojrzałych nasion kolendry.
Kolendra rośnie pod oknami bardzo długiego parterowego budynku, usytuowanego wzdłuż skraju skarpy.
Wiem, że nie uda mi się wdrapać tak wysoko, więc szukam jak obejść wzniesienie.
W następnym obrazie idę już po drugiej stronie budynku, to chyba szpital składający się z wielu osobnych zabudowań. Idę przez parking do tego upatrzonego parterowego, za którym rośnie kolendra. Wszędzie popękany beton, susza, szarobrązowe resztki roślinności. Kurz.
Otwieram drzwi, to sala szpitalna. Leżą w niej na materacach wprost na podłodze w białej szpitalnej pościeli, trzy piękne młode dziewczyny.
Stoję w progu ze swoim koszykiem z uzbieranymi ziołami.
Dzień dobry, to pani- uśmiecha się, rozpoznając mnie jedna z dziewcząt. Ja jej nie znam.
Na co chorujesz, pytam ładnej blondynki, leżącej na materacu na podłodze na wprost wejścia.
Nie wiem, mówi. Ale choruję od dzieciństwa.
Może to grypa, mówi pytającym tonem i spogląda na dwie towarzyszki leżące pod oknami.
Może chorujemy na grypę, mówią niepewnym tonem, spoglądając po sobie.
-Muszę brać ciągle leki, skarży się blondynka.
Czemu nie używasz ziół - pytam.
Nie mogę, muszę brać leki, przecież jestem chora- mówi ona.
Ja używam ziół i nie choruję -odpowiadam
- Nie mogę używać ziół, muszę brać leki, przecież jestem chora.
Otwieram usta, żeby jej odpowiedzieć i nagle czuję, że niemożliwe jest wyrwać jej z tego stanu zaklętego koła. Milczę.

Wtedy słyszę głos zwracający się do mnie: Dlaczego ludzie umierają, skoro są nieśmiertelni?
Nie zapamiętam tego, mówię do głosu, powtórz, żebym zapamiętała.
Wtedy widzę przed sobą księgę otwartą na tym zdaniu:
-Dlaczego ludzie umierają, skoro są nieśmiertelni?

Koniec snu.
Opisałam sen, bo okazało się że śniłam go dla kogoś, kto ma stwardnienie rozsiane.
Kolendra, jest bardzo silnym środkiem oczyszczającym z metali ciężkich. Rtęć jest podejrzewana o wywołanie objawów zwanych stwardnieniem rozsianym.
Według literatury, najlepszym i najtańszym środkiem usuwającym ją, oraz aluminium i ołów jest właśnie zielona kolendra.
Ciekawi niech wpiszą w gógla frazę- chelatacja kolendra.

Oprócz opisów działania kolendry, znajdziecie też sporo straszaków, że uwolniona rtęć krąży po organizmie itd.
Dla mnie ważne są badania, pokazujące że po zjedzeniu kolendry W MOCZU jest rtęć, to znaczy że jest usuwana z organizmu, a nie krąży bez sensu po ciele.
Znaczy to mniej więcej tyle, że nie należy jeść tego kilogramami, ale po troszku, obserwując objawy uwolnienia metali z tkanek i kości do krwi.
Są to zwyczajne objawy zatrucia. Pijemy dużo żeby to wypłukać i wysikać.
Dawki kolendry ustalamy osobiście dla siebie, bo każdy jest inny.
Czytając pomysły ulepszeń kuracji z neta, należy używać głowy.

No i warto poczytać o objawach przewlekłego zatrucia metalami ciężkimi (szczepionki, woda, powietrze, jedzenie, amalgamatowe plomby). Może się okazać że niezidentyfikowane choroby jakie nas nękają, to właśnie to.

Tak na marginesie, kolendrę dawniej nazywano zielem nieśmiertelności ;)

------------------------
Edytowałam post, żeby dodać link do materiałów z badań właściwości kolendry. Opis jest wśród innych środków wspomagających odtrucie z metali ciężkich.
http://www.glutation.info.pl/index.php/chelatacja-witaminami-mineralami-i-pierwiastkami-sladowymi

Dodaję również link do strony dziewczyny która dokonała oczyszczenia organizmu własnie za pomoca kolendry i pięknie to opisała dla tych, którzy potrzebują wiedzy.
http://www.aniamaluje.com/2014/05/jak-pozbyam-sie-metali-ciezkich.html





czwartek, 7 stycznia 2016

Zimowanie

I tak minął rok 2015, pełen nieoczekiwanych zwrotów i niekonwencjonalnych sytuacji.
Niemal do końca roku można było pracować na zewnątrz przy porządkowaniu i organizowaniu ogrodu według nowych planów oraz przy drewnie, tak było ciepło.
W przerwach tych prac wygrzewaliśmy się z Maćkiem kotem na ławeczce pod murowaną ścianą obory, która teraz jest drewutnią.
Ja długo nie wytrzymywałam, bo niskie słońce od południowej strony raziło prosto w oczy. Maćkowe kocie ślepia wydawały się na to nieczułe.
Początek nowego roku przywitał dość silnym mrozem, więc prace przeniosły się do domu. Jest co robić, owszem. Malowanie ścian w kuchni, ale wcześniej wyniosłam stelaż-wielką kobyłę, na którym był zainstalowany zleowozmywak i zrobiłam dopasowaną półotwartą szafkę. Teraz jestem zadowolona. Jako że sama wcześniej wymieniałam instalację hydrauliczną, spapraną przez "fachowca", dopasowanie tego do nowej sytuacji nie sprawiło mi większych problemów. Nawet wycięcie piłą większej dziury w ścianie, żeby dostosować odpływ do obniżonej wysokości zlewozmywaka.
Nie lubię mebli bez nóżek, stojących bezpośrednio na podłodze. Na wsi jest to totalnie niepraktyczne, bo uniemożliwia posprzątanie pod meblami, bez ich przesuwania i daje możliwość ukrycia się przypadkowym myszom, pająkom i innej faunie.
Nowa "szafka" ma nóżki :) Teraz miotła i mop dosięgną wszędzie.
Jak ukończę prace remontowe w kuchni, zabiorę się za pralkę, bo wąż do wylewania wody sparciał i zrobiła mu się dziura. Prać się nie da, bo podczas pracy woda w wężu jest pod ciśnieniem i się robi sikawka. Już raz go skleiłam, ale puścił. Trzeba będzie pewnie przyjrzeć się bliżej urządzeniu i zobaczyć gdzie się rozkręca te blachy, może wąż da się wymienić.

Nie raz pisałam, że równowaga jest w życiu bardzo ważna, więc po wykonywaniu tych wszystkich prac męskich, siadam sobie wieczorkiem przy kubeczku pachnących gorących ziół, po babsku, z drutami i kłębkami wełny. Przerabiam wszystkie swetry których nie noszę. Jeden już gotowy, drugi w trakcie, a następne odłożone i przyglądam im się, żeby wcześniej ujrzeć ich przyszłą postać.
Chcę Wam powiedzieć, że prace przy niciach to jeden z najlepszych sposobów na medytację.
Do drutów wróciłam po wielu latach, myślałam że będzie trudno, ale okazało się że robię na nich o wiele lepiej jak kiedyś. Mam zdezelowany komplet do tej pracy, jedne czwórki aluminiowe (nie cierpię aluminium) i jedne stalowe dwójki.
jest jeszcze cztery i pół z powlekanego aluminium, ale są tak oporne i powolne w pracy, że nie mam do nich cierpliwości. I jestem posiadaczką jednego stalowego szydełka :).
 Marzą mi się fajne komplety drutów stalowych w różnych rozmiarach, bo do takich byłam przyzwyczajona i nie są dla mnie ciężkie po pracy z siekierą, piłą i innymi narzedziami. I jeszcze komplet złożony z kilku rozmiarów krótkich mosiężnych drutów połączonych żyłką, jako wisienka na torcie :) Z tym to już można by było zrobić wszystko.
Dom po wymianie pieca zaczął nabierać kształtów i już niemal nie przypomina wewnątrz tamtej chaty do której się wprowadziłam. Patrzę na wnętrza po swojemu i widzę je teraźniejsze i po przeobrażeniu, dwa obrazy nałożone na siebie.
Tak samo widzę np ogród i pewnie sprawiam ucieszne wrażenie, kiedy staję tak nagle w pół kroku i zapatruję się w bezruchu w przestrzeń.
Takie obrazy mają moc same w sobie.
Przebudowywanie, przemiana, sprawia mi nieustanną frajdę.
I ja też się przebudowuję i zmieniam. Ciekawe, czym będę gdy zima się skończy?
Gorzka Jagoda wysłała mi fajny link.
Przyjemnie było to poczytać, więc przesyłam prezent dalej, z pozdrowieniami ponadnarodowymi dla wszystkich słowiańskich Elfów:
https://slowianowierstwo.wordpress.com/2015/04/11/slowianszczyzna-krolestwo-elfow/#more-1490

piątek, 20 listopada 2015

Różnica między odpoczynkiem a relaksacją, łykendem a zapiątkiem.

I znów naszło mnie na zabawę w odszyfrowywanie znaczeń słów, jakich używamy na codzień. Zabawa zabawą, ale prawdę mówiąc, podświadoma część naszej istoty świetnie rozumie prawdziwe znaczenie słów, warto więc, by i świadomość codzienna zaczęła się zastanawiać, zanim przekręci jakieś słowo, lub da sobie wcisnąć używane w innych krajach, zamiast rodzimego.
Do zrozumienia jednego z określeń, doprowadziła mnie lektura starych polskich książek o ziołach :)

Wracając do rzeczy: Co oznacza dla naszej podświadomości dźwięk : łyk?
Nabranie do ust płynu i przełknięcie.
Jeśli jednak dwa dni są określone słowem łyk-end, to oznacza, że to łykanie jest podstawową czynnością wykonywaną w te dni.
Potocznie ludzie nadużywający napojów alkoholowych, mówią że "łykają".
Skojarzenie dla słowiańskiej podświadomości jest proste : łykanie na koniec tygodnia. Picie, popijanie.
(Rozumiem, że słowo pisze się inaczej, ale używa się je jako dźwięk, stąd piszę je fonetycznie).

Słowo "zapiątek" mieści w sobie 'zapięcie';
nosi w sobie również sens 'minięcie piątku'
czyli jest to jakby zamknięcie, zapięcie na ostatni guzik pięciu dni tygodnia i przejście do dwóch dni zamykających cały tydzień.
Zapiątek: poza piątkiem, zamknięcie pięciu dni (pracy).
Bardzo zgrabne słowo, choć nie stare, ale zbudowane według wszelkich prawideł naszego języka.

W dni zapiątkowe, (lub łykendowe, jak kto woli), z zasady oddajemy się działaniom różnym od pracy zawodowej. Czynności te nagminnie zwane są 'relaksacją'. Tworzy się wiele rzeczy z przydomkiem 'relaksacyjne'.
Otóż na wstępie wzmiankowane książki zielarskie, 'laksacją' nazywają wydalanie odchodów o konsystencji stałej :)
Ooooo, pomyślałam sobie, coś ciekawego, a co znaczy 're'?
'Re' oznacza wykonanie jakiejś czynności jeszcze raz od początku, na nowo.
Tak więc dla naszej podświadomości re-laksacja oznacza hm.... 'wydalenie czegoś, co już raz zostało wydalone'. Czyli co, należy to wcześniej jeszcze raz zjeść?
O kurnasz, że tak niesłowiańsko się wyrażę.
To ja nic nie wiedząc, do tej pory re-laksowałam się w łyk-endy?

Poleciałam sprawdzić, co takiego robili nasi przodkowie, zanim zaczęli się 're-laksować'. Otóż oni 'odpoczywali' a wcześniej 'odpoczyniali' czyli od(chodzili) od 'poczyniania'(czynienia czegoś).

Odpoczyńmy sobie więc w ten miły deszczowy zapiątek,
  choć zdaję sobie sprawę, że niektórzy wybiorą solidną łykendową relaksację :)


niedziela, 4 października 2015

Niespieszność

Uczę się niespieszności, dzień za dniem, słuchania siebie prawdziwej.
Płynięcia z falą przemian przyrody.
Oglądam z oddalenia starą JA.
Umiem ją kochać, upartą, wojowniczą, taką nie-moją.
A jednak to ONA szukała mnie i pracowicie odgarniała śmieci,
to Ona walczyła o mnie, kiedy nie było już nadziei na nic,
wierzyła, że istnieję.
Bo gdybym nie istniała, to nic, tylko śmierć bez powrotu.
Utygan i Ista, Niedźwiedzica i Iskra.
Prawa i lewa strona.
Miłość istnienia

sobota, 3 października 2015

Pierwsze przymrozki

Dostałam nowe sadzonki truskawek. Niespodzianka bardzo miła, sprawiona przez nowo poznaną Wojowniczkę z Żurawlowa, Basię.
Wspaniała, nowa znajomość.

Dla tych truskawek zdjęłam wreszcie czarną folię z kawałka ziemi.
Folia leżała tam od wiosny, kiedy ułożyłyśmy ją wspólnie z Anią z Niemiec.
Kiedy Ania przyjechała do mnie powtórnie u schyłku lata z mężem Tomkiem, folia poprzyciskana cegłami nadal leżała, czekając aż będę miała czas zająć się ogrodem.

Jak wygląda ziemia spod czarnej folii?
Jak dla mnie, bardzo dobrze. Znikła cała roślinność, wyginęły korzenie, oprócz kłączy na samych obrzeżach.
Zachowały się dżdżownice. Ziemia pulchna, mięciutka i wcale nie sucha, bo folia nie była nowa i jest nieco podziurawiona.
Po zwinięciu folii, wystarczyło glebę wzruszyć widłami do kopania, zagrabić i można się było obejść bez karczowania ugoru :)
Folią przykryłam nowy kawałek ziemi  gdzie będzie leżała do wiosny, żeby zrobić miejsce na siew korzeniowych warzyw. Folia ma jakieś 5x5.
Lubię takie rozwiązania, które oszczędzają bezsensownej pracy. Każdego dnia się uczę :)

Zauważyłam, że grządka odgrodzona deskami od reszty przyrody, prawie wcale się nie zachwaszcza. Tak jakby dzikie rośliny respektowały linię graniczną.
Bez takiego odgrodzenia, łąka wpełza w uprawy i trzeba prowadzić wieczną wojnę.
Odgradzam więc swoje grządki, buduję korytka dla uprawnych roślinek, wykładam je skoszoną trawą z kosiarki, bo choć kocham ogrody, to przedkładam jednak kontemplację piękna latem, nad harówkę w upały rzędu 36 stopni. Trzydzieści to też za dużo. Czternaście stopni jak dzisiaj, i lekko zachmurzone niebo, to w sam raz.
Grządka ogrodzona i wyściółkowana sama się obroni przed chwastami i brakiem wody. Latem dokładam tylko skoszonej trawy, bo kosić trzeba minimum raz na 10 dni w sezonie. Takie jest tempo zarastania posesji do stanu, kiedy trzeba użyc maczety, zeby sie dostać do sławojki ;)
Czyli koszę i wykładam grządki, więc dwie prace w jednej. Przecież trawę i tak musiała bym gdzieś wynieść.
W takim układzie, najwięcej prac trzeba wykonać właśnie jesienią, przy szykowaniu nowych grządek, na które zużywam stare deski ze stodoły i resztki ze sprzątania już uprawianej części ogródka, oraz wiosną, do końca maja. Teraz na nową grządkę- wał ogrodzony deskami, trafiają resztki dżungli pomidorowej i dyniowej, oraz wszelkie chwasty bez nasion, a także kretinkowe pagórki, bo zwierzątko niezmordowane jest. Mam też sporo już przepróchniałej słomy i siana z nieuprawianej jeszcze części stodoły.To pójdzie na wierzch.
Próchniczna ziemia jaka się zrobiła z koziego obornika, zasili wiosną truskawki.

No, ale ja o przymrozkach miałam. Otóż w samym środku sadzenia truskawek, zagapiłam się w ogród i po chwili nogi mnie poniosły w dyniowisko, a ręce wyciągnęły się po pierwszą dynię.
Taka piękna pogoda, ciepło, prognozy nie przepowiadają przymrozków, więc może jeszcze je zostawić? otrzeźwiałam.
Ale za chwilę pojawiła się myśl, że należy wierzyć swojej intuicji i skoro tak mnie kusi żeby dynie zebrać, to zbiorę.
I na drugą noc przyszedł przymrozek :)
O co chodzi z dyniami i przymrozkiem? Jeśli mróz poliże dynie, one się bardzo słabo przechowują, szybko dostają plam i się psują.

Zebrałam troszkę hokkaido, najwięcej, bo kilkanaście piżmowych i ze cztery amazonki.
I troszkę ozdobnych, co mnie bardzo cieszy, bo wypróbowałam jedne z nich do zapiekania i były pyszne bardzo. Takie niewielkie kule, zielone gdy niedojrzałe, a żółte po dojrzeniu i bardzo twarde.
Podejrzewam nawet, że to nie są dynie, ale małe tykwy, bo zapiekałam zielone a skóra była cieniutka i twarda, taka celulozowa ścianka. Żółtych (czyli dojrzałych) jeszcze nie sprawdzałam, ani tych podobnych do fantazyjnych patisonów w koronki.
W każdym razie dla pojedynczej osoby lepiej jest upiec trzy minidyńki, niż rozkroić dwukilogramową dynię i jeść ją tydzień.
Fakt, że Maciuś tez jest fanem dyni i frytki wyjęte z pieca, zrobione z hokkaido, polane masłem szałwiowo-czosnkowym wywołały w nim amok, no ale ile taka kocina może w sobie zmieścić zanim przewróci się kołami do góry?
Do zapiekania wykorzystuję komorę paleniskową pieca. To coś w rodzaju bardzo malutkiego chlebowego, bo jest cała z szamotu i nie ma rusztu.
Piekłam już drożdżówkę (z dynią :) i można upiec chleb, wszystko w małej formie. Duża się nie zmieści. Jednak jak na jedną osobę, jest w sam raz.

Poza pracą w ogrodzie, dziś mały spacer po trawę żubrówkę (albo to jest tomka wonna, nie wiem tego na pewno), po liście malin na fermentowaną herbatkę i wracam do pracy w ogrodzie.
Na grzybach nie byłam, jakoś nie bardzo miałam ochotę żeby wybrać się do lasu.
Może jutro, w niedzielę?
Suszarka piecowa cały czas zajęta, ciepła blacha też dobrze służy, zrobiłam dzięki niej koncentrat owocowy: podsuszane marmoladki, które można przechowywać w słoiku bez dalszej konserwacji.
Są bardzo smaczne, goście wyjedli mi latem wszystkie zeszłoroczne, co do jednej :)
Im dłużej są przechowywane, tym smaczniejsze, bo cukier z nich migruje do skórki i robi się na wierzchu skorupka z kryształków, a środek ma konsystencję twardej galaretki.
W tym roku gruszkowo-winogronowe. Gruszki i winogrona od Agaty i Radka.
A suszone po domowemu gruszki są przepyszne, o wiele lepsze od suszonych fig.
Wszędzie jeszcze zielono, trawa szmaragdowa, w powietrzu spokój i rajskie ciepło. Liście jeszcze nie zaczęły spadać z drzew, choć ściana lasu lekko zmienia kolor, na złamaną zieleń, zapowiedź przyjścia Jasienia.