piątek, 21 listopada 2014

O przybywaniu i ubywaniu

czyli o anabolizmie i katabolizmie, jakie znaczenie mają dla nas, jako istot cielesnych.

Anabolizm, czyli wzrost, przybywanie, życie, a katabolizm - niszczenie  i ubywanie, droga do śmierci.

Życie ludzkie popularnie jest rozpatrywane jako wzrost ciała od urodzenia do dojrzałości, krótkie trwanie w równowadze, a potem niszczenie, ubywanie tkanek i ich sprawności w drodze do śmierci.
W naszych czasach jest to jeden nieprzerwany cykl, trwający niepełen wiek.

Dlaczego piszę, że w naszych czasach? ponieważ anabolizm i katabolizm, to finezyjna gra życia i śmierci, w których biorą udział ciało, emocje i umysł.
Umysł dysponuje świadomą wiedzą, dotyczącą obsługi ciała, oraz powinien kierować emocjami- narowistymi końmi, czarnym i białym, by zgodnie ciągnęły wóz w sensownym kierunku, a nie rozbiły go na pierwszym trudnym zakręcie.

O tym jak umysł obejdzie się w ziemskim cyklu życia ciała z emocjami i organizmem, zależy od jego dojrzałości i wiedzy.
Wiedza dla umysłu o kierowaniu ziemskim ciałem była kiedyś przekazywana z pokolenia na pokolenie i zachowała się jeszcze w tradycyjnej Medycynie Chińskiej i hinduskiej Ajurwedzie. One wskazują jak finezyjnie zachować równowagę między anabolizmem a katabolizmem, by utrzymać wysoką sprawność, odporność i doskonałe samopoczucie, moc.
Dla nas, jako Europejczyków, Ajurweda jest lepszym wyborem.

Wiedza, jaką dysponują obecnie umysły zdecydowanej większości ludzi, pochodzi z popularnych publikacji sponsorowanych przez koncerny, chciwe zarobku na chorobach i nieopanowanej konsumpcji podłej jakości paszy oraz sprzedaży chemicznych smarowideł i srodków czystości, wprowadzających błyskawicznie przez delikatną skórę ludzką do krwioobiegu niebezpieczne składniki chemiczne, których nie powinno tam być. Kierowanie się ich wskazówkami powoduje  przewagę katabolizmu nad anabolizmem (czyli niszczenia nad wzrostem), już w wieku, w którym człowiek nie osiągnął jeszcze dojrzałości. Stąd częste i trudne choroby przypisywane kiedyś wiekowi starczemu, występujące już w wieku dziecięcym i młodzieżowym.

Wiedza serwowana obecnym pokoleniom jest łatwa, przyjemna i poparta "licznymi badaniami" i autorytetem instytutów, oraz naukowymi pieczeciami, więc w umysłach ludzkich niepodważalna, w porównaniu z "zabobonami" z przeszłości.
Jedz dużo tego i tamtego, zazywaj to i tamto, smaruj się środkami na UV, a potem jedz suplementy uzupełniające wit D. Jeśli będziesz jeść masło, to umrzesz w boleściach.
Generalnie, uczy się nas, co mamy w paszczę włożyć i na siebie nasmarować (najlepiej dużo), żeby być pięknym, zdrowym i szczęśliwym. Jeśli nie uzyskujemy obiecanego efektu, mówią: Zjedz tego więcej.

Nikt jednak nie mówi, co mamy zrobić ze śmietnikiem w ten sposób powstałym w naszych ciałach, który zdusza ogień życia i sprawia, że ciała stają się kalekie, a umysły zamglone i niewydolne.

I tu wracamy do kwestii anabolizmu i katabolizmu.
Przepis na dobre samopoczucie i zdrowie, jest prosty.
W życiowym cyklu wzrostu, równowagi a potem spadku sił, powinny mieć miejsce krótkie cykle, najlepiej półroczne, sterowane za pomocą umysłu i poparte dobrymi emocjami. Są to cykle pozbywania się złogów, czyszczenia ciała z zatorów śmieci i chorych komórek, a potem rozsądnego anabolizmu, w czasie którego dostarczamy sobie  TYLKO I WYŁĄCZNIE pełnowartościowego (enzymy, witaminy, minerały), żywego i ekologicznie czystego pożywienia (zróżnicowanego wg. pór roku), dzięki któremu jest możliwa regeneracja narządów, kości, mięśni i skóry, do poziomu niemal idealnego. W rezultacie można zapewnić sobie spowolnienie dużego cyklu i utrzymanie wysokiej sprawności i doskonałego stanu aż do śmierci.
Należy jeszcze pamiętać o tym, że nieużywane narządy zanikają, więc wskazana jest w czasie regeneracji aktywność fizyczna, skierowująca energię na rozwój mięśni i kości.

Sztuczny katabolizm, to post, pełen albo częściowy. Podczas niego organizm zużywa najpierw tłuszcz, uwalniając z niego zmagazynowane toksyny, następnie chore, nie rokujące nadziei komórki, likwiduje ogniska zapalne, pozbywa się "lokatorów na gapę". Są to generalne porządki.
Żeby ogień życia się palił, trzeba wyczyścić ruszt, komin, wyrzucić popiół.
Żeby piec był sprawny i znów szybko się nie zatkał, nie palimy w nim więcej plastikiem i oponami, ani starymi butami, tylko dobrym, suchym drewnem, przeznaczonym dla pieca.
Podczas rozsądnej, przemyślanej regeneracji,  oczyszczony organizm odbudowuje za pomocą pełnowartościowego pożywienia (bez toksyn), narządy wewnętrzne, naczynia krwionośne, nerwy, kości, mięśnie i skórę, oraz funkcjonowanie do poziomu wręcz zaskakującego. Miło zaskakującego.

Wiem, że nic nowego, ale nie ma innego sposobu na pozbycie się chorób, ociężałości, spadku sprawności fizycznej i umysłowej, oraz uzyskanie równowagi emocjonalnej.

U mnie zima się zaczyna, popruszyło delikatnie, myszy z poczatkiem listopada zakończyły grę w "domki do wynajęcia" i przestały nachodzić chatkę.
Kiciuś Maciuś jest w fazie zdecydowanego anabolizmu. Żąda przedśniadania zanim nad ranem wyjdzie na dwór, potem wraca koło siódmej i wymusza śniadanie, potem drugie śniadanie, potem przedobiad...no może na tym skończę. W każdym razie nawet kawłek samego chlebka jest godny gorliwej uwagi.
W sumie jest dość sprawiedliwy, uważa że podział mojego talerza na pół, jest ok. On jest jeden i ja jedna ;) Osiągnął wagę dwóch solidnych cegieł, a futro to gęsty krótki puch niemożliwy do rozgarnięcia.
W fazę katabolizmu wejdzie zapewne w marcu, kiedy kocie śpiewanie będzie ważniejsze od jedzenia.
 Jeden z moich znajomych mówi, że Maciek ma jedną wadę, powiniem mieć czarne futro, skoro należy do czarownicy, a on biały w bure łatki gdzieniegdzie.
Nooo... odpowiadam, jaka czarownica, taki kot ;)


poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Sierpniowy żar

Żar obejmuje wszystko, ptaki milczą, Wiewiór z samego rana przybiegł sprawdzić czy śliwki na węgierce pod oknem dojrzały- nie dojrzały.
Pięknie rudy, z pysznym ogonem lekko pobiegł dalej po gałęziach mirabelki i jabłonki. Niedościgniony wzór dla Maćka, który za każdą wizytą Wiewióra trzęsie się z emocji.
Żniwne maszyny jadą po polach zostawiając ścierń, trochę zboża zebrał ogień, który w falującym upale zaprósza się z byle krzywego słowa, niedopałka.
Ulgę przynosi wieczór, zamiast ptasiego śpiewu, słychać sierpniową muzykę świerszczy, niektóre są wielkie na pół dłoni, jasnozielone. Dużo ich w tym roku.
Nie da się pracować w taki upał, trochę rano, trochę wieczorem, środek dnia to sjesta jak w krajach południowych.34st w cieniu.
Dojrzewają sukcesywnie owoce róży jadalnej, bardzo duże i przyjemne w zbieraniu, jeśli już uda się przemknąć pod lasem, gdzie czyha na śmiałków banda wygłodzonych bąków. Nieco mniej przyjemne jest wyciąganie kłujących pestek. Owoce są tak duże, że aby porządnie doschły, trzeba je kroić.
Pierwszy zbiór róży zrobiłyśmy z Kasią, która wiedziona duchem intuicji przyjechała do Niebieskiej Chaty na tydzień. Odżywiałyśmy się niemal witariańsko, robiąc wyjątek dla kromki chlebka, albo gotowanego ziemniaczka lub łyżki kaszy. Obu nam nieziemsko smakowały zielone surowe sosy zjadane z surowym kalafiorem, cukinią, pomidorem lub ogórkiem, cebulką i inną zieleniną. Kasia nauczyła się ode mnie robić sosy, a ja od niej surowe lody na bazie bananów i innych owoców. Garście świeżych przypraw, takich jak młody czosnek, oregano, tymianek, "magia" lub cząber dodawały smaku i fantastycznego zapachu.
Nie przepuszczałyśmy słodkawym, lekko chrupiącym cukiniowym kwiatom, których wiele zakwitło na poletku pod ceglaną górką. Tak wiele, że przejeść dyniowatych się nie da, tym bardziej, że nie pomogą mi już w tym kozy. Równie smaczne lecz pikantne jak chrzan są kwiaty nasturcji. Na środowym targu skusiłyśmy się na brzoskwinie i duże wczesne śliwki. U mnie na razie tylko czerwone mirabelki.
Podstawę sosów robiłyśmy z fantastycznego chwastu, na który nigdy się nie gniewam, choć panoszy się bez umiaru. Ma neutralny choć swoisty smak, pasujący do wielu potraw, zawiera wiele witamin, prowitamin (karoten), proteiny, sole mineralne i związki powodujące  że działa odżywczo, żółciopędnie, odtruwająco, wzmacniająco, poprawia kondycję skóry, powoduje lepsze samopoczucie, a u osłabionych chorobą szybszy powrót do pełni sił.
Jest to oczywiście żółtlica :) Ziółko można traktować jako roślinny lek, albo pożywienie.
W sumie było to czyste witariańskie obżarstwo :)

Tak to mniej więcej wyglądało.W tle ogórki małosolne i słój z wodą krzemową robioną na krzemieniach.



Robiłyśmy również surowy krem do twarzy, na bazie oleju kokosowego, słonecznikowego, wosku i lanoliny bezwodnej, z dodatkiem złota, pyłku pszczelego, mleczka orzechowego, świeżego wyciągu z żywokostu dla regeneracji skóry i gwiazdnicy-powodującej przenikanie kremu w głębsze warstwy skóry. Lubię dodawać do kremów nieco białej glinki, ponieważ działa ona leczniczo i daje przyjemny lekko świetlisty wygląd skóry.
Kremy konserwuję olejkami eterycznymi- tutaj lawendowy (lecz zapach zginął pod wybijającym się orzechowym aromatem), oraz niewielkim dodatkiem nalewek ziołowych, dzięki czemu kremy są dość trwałe. W sumie dodaję nalewkę na złocie z płatkami złota. Full-wypas, jak mawia moja miejska koleżanka, fanka moich kremów.
Ten krem jest dość ciężkim kremem typowo odżywczym i regenerującym, a dzięki temu że jest w nim dodatek wosku, pięknie chroni skórę przed wysychaniem w upały. Przepis autorski ;)
Oczywiście kluczowym składnikiem każdego udanego kremu jest intencja, ożywiająca całość.
Włączyło mi się gadanie (pisanie) więc dodam nieco o ziołach użytych w kremie: Żywokost- zawiera alantoinę,przyspiesza regenerację skóry właściwej, jest przeciwzmarszczkowy i pojędrniający, nawilżający i odżywczy, leczy choroby skórne.
Gwiazdnica- witaminy A, C, F, PP,- wszystkich dość dużo, rutyna uszczelniająca naczynka, saponiny powodujące głębsze wnikanie kremu w komórki skóry.
Działa przeciwzapalnie, zmniejsza reakcje alergiczne, zmiękcza skórę, wspomaga leczenie AZS, zwiększa wilgotność i elastyczność skóry. Inicjuje wzrost i regenerację nabłonka i naskórka.

Tak skromnie brzmi skład ziołowy: Żywokost i gwiazdnica, a okazuje się że full i na dodatek wypas ;)

Nadal chodzę zbierać różę, susze kolejne zbiory, a z części nastawiłam duży słój na ocet różany. Sama jestem ciekawa, jaki będzie efekt.
I coraz więcej słoików zapełnionych suszonymi ziołami. Schnie wszystko pięknie w lipcowo/sierpniowym upale.


sobota, 5 lipca 2014

Sztuka bez morału


"Rozmowa Dwóch Wiewiórek"
Sztuka bez morału
( o matrixie, systemie i ograniczeniach świadomości)


Udział biorą:
Z- Zaiwaniająca w kółku wiewiórka
W- Wolna, leśna wiewiórka

W- Słuchaj, dlaczego ty biegasz w kółku?
Z- / milczy/
W-/ ze zdziwieniem/     Ty mnie nie słyszysz?
Z- Jestem zajęta, nie widzisz?
W- No, ja ciebie widzę nie pierwszy raz, ale nie rozumiem co ty robisz.
Z- Nie widzisz? Pracuję!
W- A co to znaczy?
Z- /na ułamek sekundy zamiera w zdziwieniu, ale natychmiast podejmuje bieg/  Jak to co? Praca!
W- I...?
Z- Co "i"? Ty całkiem nienormalna, czy co?
W- Nie, ja poprostu chcę się dowiedzieć, co to takiego.
Z- Zaczniesz pracować- to się dowiesz!
W- No...nie chcę....eee....pracować....
Z- No to gdzie się podziejesz?
W- Mnie to niepotrzebne, nie będę pracować.
Z- Jak zakończysz naukę, będziesz, moja droga.
W- A ja....uczyć się też nie chcę.
Z- /zadyszana od biegu w kółku/      To ty pasożytka, na cudzy rachunek żyjesz?
W- Na jaki rachunek? Ja w lesie żyję.
Z-/ Z honorem/      Tam żyć się nie da!!
W- Jeszcze jak się da!
Z-/ na boku do siebie/      Całkiem jej się klepki pomieszały. Biedna..
W- A gdzie bym mogła jeszcze po gałęziach skakać i radować się, jak nie w lesie?
Z-/prześmiewczo/      Po śmierci. Naukowo wykazano, że drzewo nie utrzyma wszystkich wiewiórek. Reszta to stare zabobony. I powietrze w lesie trujące.
W- /ze zdziwieniem/      A kto tobie to wszystko powiedział. Z lasem wszystko w porządku, a gałęzie takie bywają, ze dziesięć wiewiórek wytrzymają. I powietrze tam o wiele czystsze niż tutaj.
Z-/pouczająco/      To wszytstko to bajki, trzymaj się rozumu. Bierz się do pracy, póki młoda jesteś.
W- Jak to tak?
Z- Ucz się biec prosto, i jak najszybciej, tylko tak możesz w życiu sobie poradzić, przeżyć.
W.- Ja i tak to umiem i skakać mogę - w bok i w górę, jak mi wygodnie.
Z- Skakać nie wolno, to jest złe, dlate.....      / utyka w pół słowa, ze zdziwieniem patrząc na skaczącą rozmówczynię/     ......A TO.. co TO jest?
W- /przestając dokazywać/     Co takiego?
Z- TO?....Puszyste?
W- /oglądając siebie/     Ach to? To mój ogon.
Z-No to niemożliwe!
W- Dlaczego?    /oglądając rozmówczynię/     A gdzie twój?
Z- Jak gdzie? Odcinają je przecież w dzieciństwie, żeby nie plątały się pod nogami i nie zaklinowały przypadkiem koła.
W- Jaki żal!
Z-/z zastanowieniem/     A tak po prawdzie....czy on nie przeszkadza?
W- No co ty, ani ciut, nawet odrobinkę.
Z- /spochmurniała/     Ale przecież......
W- Posłuchaj, dlaczego ty cały czas biegniesz, zatrzymaj się w końcu.
Z-No co ty! Wtedy mnie koło przychwyci i będzie mną kręcić do śmierci!
W- Ale ty sama nim kręcisz! Jeśli nie będziesz biec, samo się zatrzyma!
Z- Nie wierzę ci. Tym bardziej, że jeśli ono się zatrzyma, ja zostanę bez jedzenia.
W- Nie zostaniesz bez jedzenia. Poczekaj chwilę    /znika/
Z-/mamrocze do siebie/       Niewiarygodne........ale ten ogon....dlaczego tak....okazuje się....potrzebny...
W- /pojawiwszy się znów, wysypuje garść orzechów/     To dla ciebie, trzymaj
Z- Co to takiego?
W- Jak to co, ORZECHY!!!!
Z- Nimi nie wolno się żywić, one są twarde i niepełnowartościowe.
W- Jakie głupoty! Ty choć je powąchaj.
Z- /przechylając się w stronę orzechów/     No tak, pachnie zdrowo! /pochmurnieje/    , no ale ja i tak nie mam nic w zamian.
W- /ze zdziwieniem/     Co to znaczy "w zamian"? Ja niczego nie potrzebuję, to wszystko dla ciebie.
Z- /zastygnąwszy na sekundę ze zdziwienia/ ..... Jak?
W-/uśmiechając się/     o prostu tak. No zatrzymaj się w końcu na chwilę.
Z-/mrocznie/     Ale ja nie mogę.
W- Dawaj, dawaj, po prostu spróbuj.
Z- /podejrzliwie/     Dlaczego ty sama nie przestajesz się ruszać?
W- Z przyjemnością bym przestała biegać, ale wszystko się kręci i ja podejść nie mogę. Po prostu przyhamuj trochę.
Z- /z obawą/     dobrze, teraz spróbuję.
W- Tylko nie bój się...
Z- Och..../zaczyna zwalniać/
W- Powolutku...po cichutku...
Z- Jak dziwnie, ciało całe nieprzywykłe do odpoczynku i chce biegnąć dalej.
W- Nic takiego, odpoczniesz, nic złego ci się nie stanie.
Z- /ze strachem wczepia się w zatrzymane wałki koła/       Straszno! Ja za chwilę ulecę!
W- /podchodząc bliżej/    Nie bój się, to wszystko się już skończyło. Nigdzie nie ulecisz. Przecież ja nie ulatuję    / poruszając kołem to w jedną, to w drugą stronę/     Widzisz, bez ciebie ono nie porusza się.
Z- /porażona/    Jak to możliwe, to przeciw wszelkim zasadom!
W- Masz, jedz    /podsuwa orzech/
Z- /rozmyśla/     Na pewno ja w jakimś wadliwym kole byłam..... /bierze orzech/
W- No jak?
Z- /zachwycona/    To dopiero jedzenie! Mmmm.... /je dalej/
W- No proszę, a ty żyjesz.
Z- /dojadając orzech/   To i las jest prawdą? Nie jest trujący? I ja mogę tam kręcić koło?
W- Oczywiście, że las nie jest trujący, ale kół tam nie ma.
Z- Bez kół? No jak to możliwe?
W- Bardzo prosto. Koło ci niepotrzebne.
Z- Ale jeśli nie będę kręcić koła, nie będę mieć jedzenia, ani celu w życiu.
W- To wszystko głupoty! W lesie pełno orzechów i przestrzeni dla życia.
Z- Jeśli każdy wyjdzie z koła, to chaos nastanie!
W- To jest życie! Ty nic nie rozumiesz? To jest istnienie i miejsca wszystkim wystarczy.
Z-/ rozmyślając/    Ale nie wolno tak całkiem bez koła, oczywiście, ono nie jest idealne....na pewno trzeba osłonić szprychy po bokach, które tak boleśnie biją, a wałki zrobić miękkie...
W- /podchodząc całkiem blisko/    Popatrz na mnie! Ja NIE MAM koła!
Z- /z przestrachem/    No jak? Nie wolno tak całkiem bez niego!
W- Ty po prostu wyjścia nie widzisz. Oto ono: między szprychami!
Z- Mnie tam przetną.
W- Kto ciebie przetnie? Ty przecież sama nimi kręcisz! Jak nie kręcisz, one stoją w miejscu.
Z- One zawsze boleśnie biją.
W- Popatrz, ja ich dotykam.
Z- Ty jesteś na pewno zaczarowana.
W- Och, jak z tobą trudno..../ogląda się i podnosi orzech/   no popatrz, orzechowi też nic się nie stanie.... /dotyka orzechem szprychy/
Z- Łatwo ci mówić, nic się nie stanie.
W- Dotknij na sekundę.
Z- /ostrożnie dotyka szprychy/ Oj.Aj...
W- Spokojnie, wszystko będzie w porządku.
Z- /drżąc/     I prawda, nic się nie stało.
W- No to wyłaź!
Z-/ ostrożnie, wciąż jeszcze drżąc, wychodzi z koła/.... jaki wstyd.
W- I widzisz, wszystko w porządku. Tyle wysiłku odpadło.
Z- Ja po prostu nie wierzę, na co to wszystko potrzebne? Ale to przecież taka wielka konstrukcja i taka piękna...
W- /uśmiechając się/     Idziemy, ty jeszcze lasu nie widziałaś!

Koniec sztuki

Przetłumaczone z rosyjskiego
tekst źródłowy:
Realstrannik.ru VOWA

sobota, 28 czerwca 2014

Popiół czy diament

Długo nie pisałam, ponieważ przechodziłam wewnętrzna przemianę, kolejną w ciągu trwania mojego trochę ponad półwiecznego życia.
"Półwiecznego" brzmi poważnie, bo to przełom jest całego stulecia, którego to stulecia dożyć życzę każdemu w doskonałej kondycji- (by móc wleźć na drzewo po upatrzone jabłko :) zdrowiu, klarowności umysłu i słonecznej równowadze ducha.
Otóż wydawało by się, że nic się nie dzieje, że czas płynie trybem wstępnie ustalonym dla mojego wiejskiego życia, że praca przy ziemi, kozach, prostuje moja pokręconą miejskimi warunkami duszę, ściera niszczące mnie oprogramowanie i odnawia ciało, tak.
I nie.
Otóż od jakiegoś czasu zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, ze zatrzymałam się w pół drogi, co ja mówię, w ćwierć drogi niespełna, a całą moją uwagę i energię zabierają sprawy gospodarskie. Wszystkie wydarzenia które spychały moją uwagę i ukierunkowanie sił z tego toru, traktowałam jako przeszkodę.
Prosto rzecz ujmując, próbowałam obrastać. Zamiast upraszczać, komplikowałam, układając plany rozwoju gospodarstwa w takim, albo innym kierunku.

Nie zdałam sobie z tego sprawy na poziomie umysłu, lecz odczułam bierny opór wewnętrzny, smolistość i ciężkość. Po spokojnym rozpakowaniu problemu, wyłoniła się przyczyna: ONA, podstępna rutyna.
Mechaniczność, zegarek, kalendarz, przymus.
Zrozumiałam, że przeniosłam tu ze starego życia jeden z programów, który nie jest dobry dla ciała i umysłu.
Program ten nakazywał mi zawsze skierowanie uwagi na zewnętrzną stronę istnienia, ustanawiał ją najwyższym priorytetem w hierarchii.
Pojawił się i zdawał egzamin w czasach, gdy trzeba było utrzymać dom i dzieci, zaspokajać cudze potrzeby,  kompletnie inne od moich. Ale tu jego funkcja nie jest już potrzebna. Niestety, z biegiem czasu stał się częścią mojej osobowości, automatem, kształtującym moje postępowanie na poziomie podświadomym.
Zrozumiałam, że NIE MA RÓŻNICY między moim starym życiem, a nowym. Różni się tylko zdrowe środowisko i czystość od chemii jedzenia jakie spożywam, oraz dostęp do wielkiej rozmaitości dobrej jakości ziół.

Jak bardzo prawdziwe jest powiedzenie, że możesz uciec na koniec świata, ale zawsze zabierzesz tam siebie z całym majdanem swoich programików-demoników, które ułożą twoje życie tak samo jak w miejscu, z którego odszedłeś.
Wiele programów przy okazji przeprowadzki na wieś, udało mi się zlokalizować i usunąć, ale nie ten. Ten jest wczepiony mackami w całe moje życie, gadzina podstępna jest i wcementowana u samej podstawy. Zadowolona jest, jak padnę z wysiłku na koniec dnia i nie będę miała czasu zająć się sobą jako człowiekiem, no i...  zastanowić się nad nią.
Zadowolona jest również, jak mam do opieki  coś wymagającego stałej uwagi.
Kozy :), planowałam jeszcze nie tak dawno drób.....
Na czas jednak zlokalizowałam mackowatego demonika.
Plany co do drobiu poleciały w niebyt, a kozy do nowych właścicieli.
Po podjęciu decyzji o pozbyciu się kóz, nagle, w przeciąg kilku dni znaleźli się chętni ma moje zwierzaki. W miejscu gdzie nikt nie hoduje kóz, gdzie ciężko je sprzedać lub zdobyć. Jest to znak prawidłowości decyzji.
Maluchy są w tej samej wsi, a po Lalkę i Wandzię przyjechał znienacka samochód o zmroku. Dwa dni po oddaniu koźląt.
Łąka jest w barterowej "dzierżawie" (za stałą pomoc w ogarnięciu peryferii posesji), a ja odzyskałam wolność programowania sobie czasu i wyrwałam kotwicę z podłoża :)
Wszystko co się działo w moim gospodarzeniu, było podporządkowane rytmowi kóz- ranne wstawanie, siano, karmienie, dojenie, pasienie, budowanie ogrodzeń, naprawianie boksów, przerabianie mleka, wychowywanie i pilnowanie przefajnych, ale niesfornycn maluchów... To kozy były ważne, a nie ja.
Ten model gospodarowania, można uznać w moim wypadku za przetestowany i odłożony na półkę.

Teraz mogę zajmować się tylko tym, po co tu przyszłam- ogrodem i ziołami (na sposób perma-kulturalny ;), a one będą pomocne w tym, co jest moim celem na drugą połowę życia: zajęcie się sobą, jako całością, jako człowiekiem. Chodzę do lasu dla przyjemności, a nie szybko- po coś. Nie mam codziennie mleka, którego w moim przypadku było za dużo, a to nie jest dobre dla zdrowia człowieka. Fakt, sery dojrzewające robione za pomocą grzybka tybetańskiego były przepyszne, właśnie dojadam ostatni w sałatce z pomidora i sałaty z młodym czosnkiem i świeżym cząbrem ;)
Po sprzedaży Wandy i Lalki, nie spałam całą noc. Koziarnia ziała pustką i ta pustka wyrzucała mnie ze snu.
Lubiłam paskudną Wańdzię, łakomą, twardą i zdecydowaną wobec stadka, ale grzeczną i układną wobec mnie.

Moje gospodarzenie można teraz nazwać defensywnym ;)
Najmniejsza linia oporu przy największych, możliwych do uzyskania korzyściach.
Korzyścią dla mnie jest swobodna możliwość przejścia na typowo wegański i w miarę czasu witariański tryb żywienia, oraz uzyskanie czasu na niewymuszoną koniecznością ciągłej pracy zróżnicowaną aktywność fizyczną  oraz odpoczynek, które są dyktowane wewnętrzną potrzebą, a nie zegarkiem i obowiązkiem.

I sobie tez życzę minimum całego wieku, w doskonałej kondycji- (by móc wleźć na drzewo po upatrzone jabłko :), w zdrowiu, klarowności umysłu i słonecznej równowadze ducha...., ponieważ poważnie podejrzewam, że warstw oprogramowania do zdjęcia jest jeszcze więcej, a ciekawska natura wodnika bardzo chce wiedzieć, co jest na samiuśkim spodzie, popiół czy diament :)


wtorek, 20 maja 2014

Przerwa na burzę

Nadganiam prace w ogródku, trawnik kosze klasyczną kosą ręczną, bo na kosiarkę już za późno, trawa przerosła. Fakt, że piękna jest,  ponadziewana jak keks bakaliami kwieciem jaskrów, stokrotek, dywanikami bluszczyku i kępkami jaskółczego ziela, ale niewygodna ranną rosą i podczas deszczów.
Przeszłe załamanie pogody ze zlewnym deszczem i wichurami spowodowało nasiąknięcie ziemi wodą i dopiero od dwóch dni można wejść z motyką, bo gleba znów zaczyna się pięknie kruszyć.
Poprzerastała trawa, rośliny urosły w oczach o kilka długości i znów mi ręce opadły, bo oczywiście chwasty wykorzystały wodę lepiej niż roślinki uprawne.
Przez to mój chytry plan, że w tym roku zdążę ze wszystkim bez opóźnień spalił znów na panewce :) Nie zdążę. Ale będę się starać :)
Szczodraki podczas deszczu wyrosły na jakieś 170 cm, w porzeczkach w których w zeszłym roku ściółka nie dopuściła nawet trawki, są zarośnięte gęstą trawą powyżej pasa. Ziemniaczki nieśmiało wyglądają spod słomianej ściółki "kanapek", chwasty za to bardzo śmiało zajęły międzyrzędzia.
Na szczęście odgrodziłam ziemniaczane kanapki płatami tektury od łąki, dzięki temu jeszcze istnieją :)
To jest właśnie ta klasa. Klasa gleby. Wyczyszczona do goła jesienią ziemia, jest zarośnięta po pas trawą i innymi roślinami. Widły w dłoń i odzysk pod spóźnione przez pogodę siewy.
Zapowiada się na szczęście tydzień słońca. Cwane kozy wymknęły się z koziarni i poszły przez niedomkniętą bramkę skonsumować ładnie przycięty krzew czarnego bzu na podwórku przed domem. Nic z niego nie zostało, oprócz paru smutnych patyków.
Kto ma kozy, ten powinien mieć oczy naokoło głowy i stalowe nerwy ;)
No, koniec przerwy na obiad, burza poszła za górę więc idę do ogródka.



niedziela, 11 maja 2014

Czy chce pani magię?

Czy chce pani magię?
zapytała mnie sąsiadka przez miedzę. Magię? zawsze, odpowiedziałam z uśmiechem, kiedy tylko moja na ułamek sekundy osłupiała przestrzeń między uszami, zrobiła błyskawiczny rekonesans po blisko brzmiących słowach i wrzuciła do świadomości słowo: Maggi, lubczyk.
Sadzonkę posadziłam na honorowym miejscu, bo takie się jej należy.
Lubczyk robi prawdziwie magiczne rzeczy z potrawami. Jest moim szczególnie ulubionym dodatkiem do jarskiej grochówki i dań z innych strączkowych.
Wspomaga zdrowie poprzez zdejmowanie obrzęknięć ciała, odtruwanie, polepszanie trawienia. Powoduje usuwanie z moczem nadmiarów soli, kwasu moczowego i mocznika. To oznacza, że z korzyścią może być używany przez osoby mające zdeformowane stawy -dna moczanowa, artretyzm, reumatyzm,  oraz mające duże stężenie kwasu moczowego we krwi.
Jeśli ciało nie jest w stanie tego kwasu usunąć, rozmieszcza go w przestrzeniach międzystawowych, a nawet pod skórą, co powoduje pieczenie, uczucie palenia i swędzenia skóry, np. po kąpieli.
Warto profilaktycznie od czasu do czasu wypić napar z lubczyku (łyżka suszu na szklankę wrzątku, zaparzać 20 minut), tym bardziej, że jak sama nazwa wskazuje, oprócz właściwości trawiennych i oczyszczających, ma właściwości afrodyzjaku. Ponadto uspokaja i zdejmuje lęk.
Suszyć go trzeba szybko i w nie za wysokiej temperaturze, żeby nie stracić olejków eterycznych, które decydują o większości właściwości lubczyku: i tych smakowych i tych leczniczych. Można go również zamrażać na zapas zimowy.


czwartek, 8 maja 2014

Talizmany

Nie trzeba ich szukać w sklepach, same trafiają do naszych rąk. Są szczególne, bo mają w sobie fajną energię, lubimy na nie patrzeć i trzymać je w rękach.
Jeden z moich talizmanów, to pomarańczowy, wiklinowy koszyk, wykładany pomarańczowym materiałem. Wkładam do niego rzeczy do pomnożenia :)
Dostałam go w Katowicach na pamiątkę od świetnych dziewczyn które obroniły u mnie pracę z ziołolecznictwa. W środku był drugi talizman, niewielki porcelanowy, wymarzony milcząco moździerz, w którym teraz ucieram przyprawy i świeże rośliny na czarowne miksturki.
Jak i dlaczego tam trafił, opowiem może kiedy indziej, a to ciekawa historia.
Niech Wam się dziewczyny wiedzie jak najlepiej :)

Drugim talizmanem jest chusteczka od Gorzkiej Jagody, ozdobiona ręcznie cieniutką jak pajęczyna, zrobioną na szydełku słonecznie żółtą koronką. Lubię ją czasem potrzymać w rękach. Myślę ze jest świetna do machania na pożegnanie wszelkim sprawom trudnym do rozwiązania :)

I jeszcze jeden, który jest podarunkiem od Iskierki i za który też bardzo dziękuję.
Iskierka podarowała mi drewnianą łyżkę własnej roboty. Leciutka, ani duża, ani mała, o oryginalnym kształcie organicznie wynikającym z kształtu kawałka drewna z jakiego została wykonana, ciemna,  wypolerowana do jedwabnej gładkości, prawie żywa. Przylega do ręki, grzeje i nie chce się jej odłożyć :)
Jest moim talizmanem od obfitości zbiorów i przetworów na zimę.
Jak biorę ją do ręki, widzę ogród pełen dojrzewających roślin i spiżarkę wypełnioną wszelkim dobrem na zimowe dni.
To wspaniałe, jeśli człowiek tak czuję materię drewna jak Iskierka.
Po tym odróżnia się artystę od rzemieślnika.

Wiosna jak to w tych terenach, jeśli zdecyduje się już ruszyć, robi to bez żadnych wątpliwości i wahań. Już raz kosiłam trawnik, sięgający do połowy łydki i niespełna po 10 dniach czeka mnie powtórka z rozrywki.
Kozy na pastwisku wyjadają czubki traw i ziół, wydeptując resztę, bo nie nadążają za bujnym wzrostem łąki.
Robię eksperymenty z serem dojrzewającym, z mleka koziego zakwaszonego grzybkiem tybetańskim i wyniki wydają się zachęcające. Pomysł nie mój, wzięty ze strony
 http://users.sa.chariot.net.au/~dna/kefir_cheese.html

Grzybka dostałam również od Iskierki, mnoży się jak zwariowany. Kefir z koziego mleka na "Tybku" jest naprawdę bardzo smaczny, tak samo twarożki i inne rzeczy z przepisów ze stronki o serach z kefiru.

Ziemniaki posadzone w słomianych "kanapkach", posiane wszystko co można było siać przed przymrozkami majowymi, zostały tylko nasiona wrażliwych roślin i pomidory do wysadzenia.


 
Szczodrak zamierza kwitnąć

A ja któryś raz odchwaszczam stałe uprawy, takie jak szczodrak, stałe kwiatowe rabatki, zakładam nowe, dosadzam, przesadzam, w przerwach latam z kosą i wykaszam po kawałku to tu to tam, bo zarastają po uszy młode drzewka owocowe, ścieżki, skarpy, maliniak i patrzę z poczuciem winy na drewno do rąbania, gałęzie do pocięcia, resztki stodoły do rozebrania, pranie do prania, ale zielone nie czeka, zaraz pokrzywy wezmą się za kwitnięcie i inne roślinki chętne rozrzucić swoje nasionka w każde wolne miejsce.
Pierwsze zbiory glistnika już za mną, druga partia schnie na strychu.
 
 "Plantacja" glistnika

W tym roku uzbieram też bluszczyku kurdybanka z nasłonecznionych miejsc, właśnie takiego jak na zdjęciach, z czerwonawymi przebarwieniami i mocno pachnącego.



Taki jest najlepszy na oczyszczanie organizmu, wzmacnianie odporności, kłopoty z oddychaniem, takie jak astma, alergie i duszności, a także wszelkie katary, kaszle, gorączki i stany zapalne (również zatok).
Kurdybanek jest dla tych, którym często kręci się w głowie i szumi w uszach, dokucza wątroba i pęcherzyk żółciowy, dla tych którym odmawia współpracy trzustka, oraz chcą przestać hodować własne perły- kamyki w drogach moczowych i żółciowych.
Bluszczyk unormuje przy okazji przemianę materii, ureguluje apetyt, poprawi wchłanianie w jelitach.

Bluszczyk można również jeść. Nadaje się jako dodatek do wiosennych zup razem z pokrzywą i innymi ziołami, do sałatek. Dobrze pasuje do pomidorów. Tak jak pokrzywa, jest wiosennym ziółkiem wzmacniającym i oczyszczającym po zimie.
Napar wykonuje się z łyżki suszu na szklankę wrzątku. Zaparzać około 20 minut. Można zaparzać też świeże ziele.