piątek, 11 kwietnia 2014

Znajdy

Znajdy
Wybrałam się wczoraj rano cztery kilometry pieszkom na pocztę w sąsiednim miasteczku. Kozy zamiast iść na pastwisko, dostały siana i wody w koziarni, bo tegoroczne koźlaki to straszne "szkodniki" jak mawiają tutejsi. Nie można zostawiać wobec tego stadka bez ciągłego dozoru.  Słoneczko wyglądało zza chmurek, ale wiatr niósł solidny ziąb.
Znajdy leżały przy drodze za wsią, zmięte i nieco przywiędłe. Przeszłam koło nich rześkim marszem i nagle stop. Informacja: To jest bergenia, inaczej badan. Przeszłam powoli jeszcze dwa kroki, myśląc sobie ze zabiorę wracając, ale.... gdyby udało się podjechać spowrotem, to nijak prosić grzecznego kierowcę, by zatrzymywał się przy kupce podwiędłych liści :)
Wróciłam więc i podniosłam oba kłącza dość słusznych rozmiarów, otworzyłam swoją damską torebkę, w której jak to w damskich torebkach kobiet pracujących, zmieścić można słonia choć wyglądają niepozornie. To coś takiego jak magiczna przestrzeń w miejscu, w którym być jej nie powinno. Wydobyłam z czeluści używaną wielokrotnie jednorazową torbę foliową i owinięte znajdy wchłonięte przez torebkę powędrowały dalej ze mną, A raczej pojechały, gdyż natychmiast trafił się miły kierowca udający się w tym samym kierunku.
Nie narzekam też jak idę całą drogę piechotą, bo zawsze coś ciekawego ze mną przybędzie do domu. Ostatnio sztobry kaliny. Wysadziłam je jesienią, a teraz tylko patrzeć, jak wypuszczą listki.

Pewnie jesteście ciekawi, dlaczego aż tak mnie cieszy znaleziona bergenia?
To piękna i niewymagająca bylina, o zimozielonych liściach, przebarwiających się zimą na czerwono. Kwitnie też ślicznie. Mam bardzo dużo przestrzeni do zagospodarowania, więc każda radząca sobie samodzielnie roślina wypierająca chwasty jest witana z otwartymi ramionami. Obsadzam właśnie północną stronę domu, od kuchennego okna. Były już tam żółte kłączowe lilie którym pozwalam się rozrastać, mnóstwo fiołków w chwastowisku urastającym latem po pachy. Obecnie posadziłam tam pięć sporych kęp żywokostu wzdłuż podmurówki (też sam sobie radzi), parzydło leśne lubiące cień, nieco dalej w miejscu bardziej słonecznym trzy kępy rozchodnika olbrzymiego. (Wielką kępę przywiozłam na taczkach od sąsiadki i podzieliłam na trzy.Tez wyszły spore).
Od strony południowej domu posadziłam na rabacie wzdłuż podmurówki kłącza mydlnicy lekarskiej i rozsadziłam jeżówkę purpurową. Obydwie rośliny rosły do tej pory w niezbyt szczęśliwych dla siebie miejscach.
Zachowałam jednocześnie kępy glistnika jaskółczego ziela, który o tej porze zachwyca pierzastymi zielonymi liśćmi i wypuścił już pędy kwiatostanowe. Będą więc pierwsze glistnikowe "żniwa" w tym roku o miesiąc wcześniej niż zwykle.

Wracając do bergenii. Ucieszyła mnie również dlatego, że poszukiwałam jej od dwóch-trzech lat i nie miałam szczęścia do jej zdobycia. Wieś nie ma sklepów ogrodniczych. I jeszcze dlatego mnie ucieszyła, bo to kolejna roślinka lecznicza i ozdobna w moim ogródku kwiatowym. Lecznicza jest jeżówka, żywokost, parzydło leśne, rozchodnik wielki, także fiołki, a mydlnica leczniczo użytkowa.

Przydatne w leczeniu są kłącza i liście bergenii. Liście także w kosmetyce, bo napar z nich likwiduje plamy barwnikowe na skórze, rozjaśnia cerę a wg dr.Różańskiego mocny napar z liści systematycznie wcierany we włosy likwiduje siwiznę, a przy okazji tłusty łupież.
Bregenia silnie odkaża drogi moczowe i przewód pokarmowy, likwiduje brodawczaki jelita grubego, zmniejsza silne krwawienia miesiączkowe, pomocna w zespole jelita drażliwego, odkaża układ płciowy. Stosowana na skórę leczy trądziki, łojotoki, goi i odkaża błony śluzowe.
Bergenii używa się w formie odwaru z jednej łyżki suszonych liści lub kłącza na szklankę wody. Gotować to należy na lekkim ogniu przez 5 minut, dac naciągnąć przez pół godziny i wypijać 3x dziennie po 100ml, lub używać zewnętrznie, także do irygacji.
Można zrobić też ocet bergeniowy z jednej części rozdrobnionego świeżego kłącza lub liści, zalanych trzema częściami gorącego octu. Po tygodniu odcedzić i przelać do butelki. Ocet jest do zastosowania zewnętrznego jako lek na skórę i włosy, lub jako kosmetyk rozjaśniający skórę, wzmacniający włosy. Rozcieńczamy ten koncentrat przed użyciem: na szklankę wody wlewamy łyżkę  octu. Octem tym można także płukać gardło i jamę ustną.

O pozostałych kwiatkach następnym razem :)

niedziela, 23 marca 2014

Sobota

Porządki, porządki wokół domu od kilku dni. Wygrabianie trawników, cięcie zeszłorocznych gałęzi i dwa ogniska dla palenia resztek. Otoczenie wygładza się i nabiera właściwego kształtu, który jest dopełnieniem wiosennego słońca i ciepła. Kozy szczęśliwe na pastwisku, Macejko upierdliwie pomaga we wszystkich moich zajęciach, igły świerka Marszałka połyskują na lekkim wietrze, ptaki się nawołują ze wszystkich stron. Wieś cała sprząta i pali wiosenne ogniska.
Na szybki obiad- ugotowana wczoraj kasza i surówka wiosenna z młodziutkiego podagrycznika, ziarnopłonu, roszponki, pączków czarnego bzu z wyzierającymi już listkami i szczypiorku siedmiolatki, przyprawiona czosnkiem roztartym z solą, surowym olejem słonecznikowym i odrobiną domowego octu jabłkowego. Na progu domu.

Prasowanie duszy


sobota, 15 marca 2014

Tarot, ganek i przedwiośnie

Długie przedwiośnie ma swoje zalety, bo w prace sezonowe wchodzi sie powoli, można wykonać wiele prac na które w czasie bujnej wegetacji ogrodu i przyległych terenów nie ma czasu.
Majster od drewna zapadając w przedzimową hibernację zapomniał jesienią o moim ganku. Miał być wyremontowany przed zimą, żeby mróz do kuchni nocą się nie zakradał. Przypomniał sobie o nim teraz, w piękne słoneczne dni i niemal zdążył go z zewnątrz wykończyć przed prognozowanym załamaniem pogody. Jeśli w sobotę piękna aura jeszcze się utrzyma, może się uda. Majster rozwalił też bezsensowne przegródki wewnątrz ganku i jak zwykle przy takich okazjach było mnóstwo sprzątania i wynoszenia wiader gruzu, złomów drewna, kurz i siwy pył.
Przez te dni pomagałam przy ganku i zagospodarowywałam teren po rurociągowych jesiennych wykopkach. Z ziemią z wykopu ujrzało światło dzienne mnóstwo cegieł i gruzu po starym domu, który stał kiedyś obok mojej chaty. Gruz przydał się na utwardzenie nowego łagodniejszego podjazdu do domu. Przesadziłam też rozrośnięte krzewy szałwii w nowe miejsce i rozsadziłam lawendę w słonecznym miejscu. Posiałam sałatę, koper i szpinak, bo chłody im nie szkodzą. Wyłazi z ziemi szczypior siedmiolatki i małe listki szczawiu.
Rozplantowuję kretowiska. Kreciki zrobiły mi z podwórza pobojowisko. Z rekordowego wzgórka wyniosłam trzy dziesięciolitrowe wiadra ziemi.
Kozy się pasą na młodej trawie, ale długo nie wytrzymują na pastwisku. Wańdzia po niespełna czterech godzinach już uprasza o powrót pod dach i widać po jej pysku, że jest zmęczona słońcem. Wracamy więc gromadą do koziarni.
Była też u mnie gościem pierwsza wiosenna jaskółka, Iskierka, którą serdecznie pozdrawiam :)
Po bezchmurnym niebie przelatują co chwila patrolujące samoloty, a ich białe smugi rozpraszają się w czystym błękicie. Z zachodu na wschód i ze wschodu na zachód.
Ukraina.
Rzadko sięgam po Tarota. Czasem odczuwam potrzebę rozmowy z kartami. Nie robię rozkładów, tylko rozmawiam, to znaczy ja pytam, i otrzymuję kartę odpowiedź, czasem prosze o uściślenie odpowiedzi lub następne pytania wynikają z wyciągniętej karty.
Zapytałam o Ukrainę, czy będzie wojna na Ukrainie. Dostałam w odpowiedzi kartę Kapłanki, więc Tarot mówi że wojny nie będzie. To co się dzieje na Ukrainie ma głębsze podstawy, których nie uświadamiamy sobie do końca, ale ta karta też mówi, że wszelkie przemiany, choć mogą się wydawać bolesne, wiodą ku dobremu, czego teraz też Ukraińcy mogą nie dostrzegać.

Zapytałam więc po raz drugi, jakie plany ma Putin wobec tego kraju, jak się potoczy jego ingerencja.
W odpowiedzi została wylosowana karta Gwiazda. Karta ta ma wielce wymowne krótkie opisowe hasło: Powrót do źródeł. Czas przed świtem.
Wydaje się, że karty chcą zaznaczyć powrót Krymu do Rosji, o co postulowali (nieskutecznie) mieszkańcy Krymu tuż po rozpadzie ZSRR.
Może oznaczać również zajęcie dalszych części Ukrainy, ale zgodnie z charakterem karty Gwiazda, której patronką jest Wenus.
Wróżba mówi o powrocie do dawnych zamierzeń, które wreszcie można realizować po okresach porażek, ran i ciężkiej pracy. Zwiastuje początek twórczych działań.
Gwiazda z jej patronką- Wenus nie mówi o przemocy, ale o conajmniej dobrowolności. W tym kontekście Putin daje możliwość rozpoczecia związku Ukrainy z Rosją na nowo.
(prosze na mnie nie krzyczeć, mówię co powiedziały karty. Nie zajmuję się polityką, tylko stawiam Tarota)

No tak, przyszło mi do głowy zapytać też co będzie z nami, czyli z Polską.
Taka ciekawa się zrobiłam :)
Zapytałam więc tym razem, co planuje Putin względem Polski.
Wyszedł z talii Rycerz Buław, inaczej Kijów lub Pałek, jak niektórzy wolą.
Czyli planuje być Rycerzem Buław dla Polski. Karta oznacza Tego Który Czyni Swoją Wolę. Rycerze buław są aktywnym ogniem, działają by zwyciężać, nie boją się konfrontacji. Zapytałam więc (aż się boję Wam powiedzieć, no ale zapytałam to powiem)  bo takie słuchy chodzą, o następnych rozbiorach, czy po część do Wisły sięgnie Rosja.
W odpowiedzi dostałam dwójkę denarów (lub monet jak kto woli).
Zacznę od tego, że jeśli karta monet wypada przy Rycerzu Buław, to bardzo wzmacnia jego siłę działania, jednocześnie pokazuje ukierunkowanie, czyli sposób działania.
Dwójka denarów to przynależność do organizacji, do struktur i hierarchii na pozycji podwładnego, gdzie trzeba przestrzegać określonych przepisów i pamiętać o swoim miejscu. Specyfika mojego rozmawiania z kartami, dotyczy nie tylko znaczenia kart wg koloru, numeru i nazwy, ale także mówi do mnie sam obraz. Dwójka monet na mojej talii to pajac machający dwiema chorągwiami, jedna czerwona (kolor kojarzony z byłym ZSRR, a druga niebieska- kolor kojarzony z Unią). No i ten numer- dwa.
Tak to właśnie.

Nooo, pomyślałam sobie, a co z zachodnią Polską? Upomną się o nią Niemcy czy nie, skoro pytam o A, zapytam o B.
I teraz właśnie zrobiło się bardzo ciekawie.
Z talii wyjrzała Królowa Buław, reprezentująca panią Merkel, kobietę dobrze wykonującą rzeczy na pokaz, lubiącą okazywać swoją moc, ale której zalezy na poklasku i sławie, bo te gwarantują jej utrzymanie stołka i życzliwość mocodawców. Drugą częścią odpowiedzi była - Uwaga: druga dwójka- dwójka buław. Hasłem tej karty jest: Szukam swego dopełnienia. Czyli zacieśnianie więzów, dla uzyskania energii do działania od drugiej połowy.
Obrazek na karcie, to długi pergamin zwisający z dwóch słupów, na którym są mapy, a odczytuje je i koryguje człowiek z piórem w ręce.

Naturalnym i logicznym następnym pytaniem jest : A Co NATO na to?

I wyszło oj wyszło: Piątka pucharów.
Hasło tej karty to: "Każdy ruch może być fałszywy i ostatni"
Piatki to przemoc, opór, rozpad, kres wytrzymałości, nadchodząca krawędź zdarzeń i przemiana, przy której można przepaść. Silne groźne uczucia żywione dla otoczenia. Piątka pucharów ma tez związek z katastrofami i awariami związanymi z wodą, z autodestrukcją, z akcjami na krawędzi zdrowego rozsądku, z zarażaniem paniką.
Tak mi Tarot określił NATO. ???
Zapytałam więc dlaczego tak i wyszła mi druga piątka! Piątka monet, mówiąca o tym, że koniec kasy. Karta mówi o biedzie, bankructwie. Idą trudne czasy i zaciskanie pasa, poprzestawanie na małym, szykowanie się na chude lata.

Więc NATO na to nic.

I taka to karciana baja na dobranoc.





piątek, 21 lutego 2014

Ziemia rozmarza

Wiosna całą gębą, słoneczko i ciepło. Tylko nocami przymrozki. Łachy śniegu leżą jeszcze gdzieniegdzie. Ziemia na wierzchu roztopiona i błotnista, ale pod spodem twarda od ukrytego w niej mrozu.
Macejko późnym wieczorem przyprowadził mi swoją futrzastą Czarną Damę i domagał się żeby ją wpuścić do domu. Szczęśliwy był bardzo, Dama zaciekawiona i nieufna, a ja niechętna do powiększania domowej kociarni. Rano jak zwykle czekał na mnie koło obórki, zjadł śniadanie i natychmiast poszedł spać. Odkąd odeszły mrozy, nie nocuje już w domu.

Moja wioska leży na skraju zasięgu przekaźnika telefonii komórkowej. Każde zakłócenia zasięgu wiążą się z tym, że albo nie mam dostępu do internetu, albo jest tak słaby, że ledwo jestem w stanie odebrać pocztę przez skromną przeglądarkę tekstową Links. Nie ma mowy, żeby Firefoks załadował jakąkolwiek stronę, bo ładuje jednocześnie reklamy, wodotryski, migające zabaweczki i ściąga najpierw masę niewidocznych funkcji, wymagających mojego transferu.
Tak się działo przez ostatnie ponad dwa tygodnie, więc nie mogłam dać znaku życia na blogu.
Dzisiaj od rana zaskoczenie, bo wszystko działa w miarę sprawnie, jednak na sobotę zapowiadają znów sztorm słoneczny (osłabia zasięg), więc spieszę napisać parę słów, bo nie wiadomo jak to będzie.
Innej możliwości dostępu do internetu tutaj nie ma. Nie ma nawet linii telefonii stacjonarnej.

Z radości i niecierpliwości obchodziłam już parę razy ogród, zaczęłam wysiewać nasionka na rozsadę (por i kapusta pekińska), zajrzałam na prognozę długoterminową, ważną do pierwszych dni marca i nie zapowiada ona powrotu zimy. Wiem, że w dzisiejszych czasach wróżenie z fusów może być pewniejsze niż takie prognozy, ale mimo wszystko cieszą :)
Dostałam nasionka szpinaku zimowego i myślę sobie, że skoro można go siać jesienią na wiosenny zbiór, to można wysiać i teraz. Spróbuję na rozmarzniętym nasłonecznionym  kawałku, na którym rośnie siana jesienią roszponka.
Zrobiłam jesienią ponad dwadzieścia sadzonek z gałązek leśnej kaliny i oglądałam nabrzmiałe żywe pączki na sztobrach wystających z ziemi. Może się ukorzenią. Będzie wtedy kalina jednym z komponentów żywopłotu.
Wysiałam wtedy też 10 nasion kasztana jadalnego. Ciekawe czy urośnie.

Mam ambicję w tym roku zebrać jak najwięcej własnych nasion z ogrodu. W tym celu nasadzę spowrotem do ziemi po kilka ładnych korzeni buraczków, marchwi i pietruszki. Mówią, że marchew na nasiona należy sadzić daleko od pietruszki, bo mogą się skrzyżować. Ktoś coś wie na ten temat? Na wszelki wypadek posadzę osobno.

No to teraz trochę o Kalinie. Tradycyjnie używana w lecznictwie ludowym od zawsze. Śpiewało się nawet o niej piosenki.
Z Kaliny można zbierać i kwiaty i owoce, liście oraz korę.
Owoce są gorzko-kwaśne i nie wolno jeść świeżych. Zresztą nie bardzo się da z powodu smaku. Do spożywania i leczenia nadają się zebrane po przemrożeniu i po ugotowaniu, bo pod wpływem temperatury rozkładają się i zanikają substancje drażniące przewód pokarmowy- 10 minut gotowania wystarczy. Przemrozić można też w zamrażarce.
Soki, nalewki i syropy są wzmacniające, obniżają ciśnienie krwi, są napotne i moczopędne, a także przynoszą ulgę w uporczywym kaszlu.

Liście, kora i kwiatki działają przeciwkrwotocznie, więc przydadzą się paniom mającym kłopoty ze zbyt dużymi krwawieniami miesięcznymi.
 Jednocześnie działają rozkurczowo i uspokajająco, co przynosi dodatkową ulgę. Są znane ze swojego dobrego działania na większość kobiecych problemów. Polecane są przy przekwitaniu, wzmacniają mięśnie macicy więc stosowane były (między innymi) przy problemach z donoszeniem ciąży, pomagają przy trudnościach z oddawaniem moczu podczas okresu lub w ciąży, w stanach zapalnych narządów kobiecych, regulują miesiączki i normują krwawienie.

Właściwość uszczelniania naczyń krwionośnych powoduje, że kora, liście i kwiaty mogą być dużą pomocą przy żylakach i hemoroidach, pękających naczyniach krwionośnych (siateczka czerwonych żyłek, łatwe występowanie siniaków, wybroczyn), krwotoki z nosa.

Z kwiatów lub liści można zrobić napar: łyżka suszu na szklankę wrzatku.
Pije się go po 100 ml cztery razy dziennie.
Z przemrożonych owoców można zrobić syropy, soki, słodzone przeciery, można dodawać je do innych owoców, a także z ususzonych jagód robić  napary (z łyżki owoców na szklankę wrzątku, w celach leczniczych słodzić miodem).
Z kory robi się odwar: łyżka kory na szklankę wody, gotujemy 5 minut na słabym ogniu, pije się to jak napary z liści i kwiatów.

Kalinowa gorycz jest związana z występowaniem w  roślinie wiburniny- gorzkiego glikozydu, który decyduje o przeciwkrwotocznych właściwościach kaliny.


poniedziałek, 3 lutego 2014

Koźlaki

Łaciata kudłata Lalka, pierwiastka, urodziła przed zmrokiem swoje pierwsze maluchy.
Są dwa koźlaki. Po łaciatej mamie i tatusiu kawa z mlekiem wyszły dwa czyste białasy. Po budowie wnioskuję, ze koziołek i kózka.
Pojedynczo zabierałam do domu do kuchni  powycierać do sucha, bo jednak u nas jeszcze zima.
Koźlęta Wańdzi przybędą chyba w połowie lutego.
To ja tyle, lecę pozaglądać jak sie mają.

piątek, 24 stycznia 2014

Śnieg i suszone zioła

Mróz solidny, nie wiem ile bo nie mam termometru, jednak śnieg skrzypi i skrzy się. Pod butami załamuje się sztywna powierzchnia, odkrywając puszyste podłoże.
Zanim ścisnął mróz, porobiłam ścieżki odsuwając lekki puch stopami w stylu "zasiali górale", bo machanie łopatą było cięższe i wolniejsze. Potem systematyczne wydeptywanie ścieżek nie pozwoliło na nagromadzenie się zasp. Pierwsza zima w życiu kocurka. Wspaniałe jest obserwowanie reakcji młodego zwierzaczka na pierwszy śnieg. Szok, niedowierzanie, wypróbowywanie, radość i zabawa, a potem zmarznięty nosek i łapki, więc szybko do domu, ale oczka nadal się cieszą.
W lutym przybędą młode koźlęta. To niezła pora na wykoty choć zimno, bo zaczną akurat dobrze jeść gdy zacznie się pierwsza trawa. Bardzo jestem ich ciekawa, jakie będą. I jaka okaże się Lala jeśli chodzi o mleko, bo możliwości Wańdzi już znam.
W lutym też czas na obudzenie się z hibernacji zimowej, więcej słońca, dłuższy dzień.
Służy mi życie rytmem przyrody. Nienaturalny miejski rytm jest wyczerpujący fizycznie i psychicznie.
Palę samym drewnem, więc popiół jest czysty. Jest w nim tylko sporo gwoździ ze starych desek, które nadal spalam na zmianę ze szczapami, więc czeka mnie wybieranie ich z popiołu. Zaplanowałam użyźniać popiołem łąkę z której kosi się trawę na siano dla kóz. Można popiół wysypywać po trochu nawet teraz, zimą jak jest sprzyjająca pogoda.
Popiół zawiera wszystkie składniki jakie miało drewno, również zawiera wapno.
Żeby uzupełnić w naturalny sposób azot, podsieję z garści nieco roślin motylkowych na wiosnę.

Odpoczywam sobie spokojnie po ubiegłym wegetacyjnym sezonie, zajmuję się tym co lubię, bez nacisków. Jem też jak lubię, bardzo prosto, dzięki czemu prawie wcale nie korzystam z zakupów w sklepie. Może dwa razy w miesiącu zapałki, olej i parę drobiazgów.
Właśnie skroiłam ostatnią cukinię kozom, napoczęłam sama przedostatnią dynię. Bardzo ładnie przechowują się w piwnicy ziemnej więc już wiem, że warto je przechowywać. Będę siać.
We wsi twierdzono, że zaraz się zepsują a okazało się  że nie.
Dynia najbardziej smakuje mi na surowo i tak ją zjadam, utartą na drobnej tarce jarzynowej, z grubiej utartym jabłkiem, odrobiną miodu i małą łyżeczką śmietany.
Za gotowaną lub smażoną nie przepadam, więc się nie zmuszam ;)

Z perspektywy dwóch lat spędzonych na wsi, gdzie mam codzienną możliwość dużego wysiłku fizycznego na świeżym powietrzu, słońce, czystą świeżutką i nie mieszaną z chemią żywność, prawdziwy ogień w palenisku, dobrą wodę, kontakt z ziemią i roślinami, swoją zimową hibernację na zmianę z letnią aktywnością, mogę powiedzieć że jest już dobrze widoczna regeneracja organizmu po niszczących miejskich warunkach.
Ciesze się że udało mi się po raz kolejny wyrwać ze spirali w dół, stosując tak proste środki, oraz kilka psychotronicznych sposobów.
Mogłam też używać ziół jakich dusza zapragnie, zebranych i ususzonych przeze mnie, a więc zachowujących swoją pełną wartość leczniczą.

Jeden z jesiennych gości przywiózł do mnie suszoną rutę, zakupioną od znanego producenta pewnej słynnej roślinki wzmacniającej i obydwoje byliśmy w lekkim szoku porównując moją suszoną rutę z tą zakupioną.

Kto zgadnie która jest moja ;) ?

Prawidłowo ususzone zioło powinno zachować kolor (tylko nieliczne zioła zmieniają kolor przy suszeniu, jest to związane z ich składem), mieć miły zapach właściwy danemu gatunkowi i zachować cechy charakterystyczne.
Zmiana koloru, utrata zapachu, świadczy o nieprawidłowym suszeniu i przechowywaniu. Takie zioło już straciło większość właściwości leczniczych, stąd ludzie twierdzą, że zioła nie działają.

Zioła działają bardzo dobrze i mocno, jeśli są zbierane, suszone i przechowywane wg prawidłowych zasad.
Na przykład przegrzanie ziół zawierających olejki eteryczne, oraz mielenie ich do pakowania, powoduje utratę olejków eterycznych. One się ulatniają niemal całkowicie, a z nimi właściwości lecznicze roślin.

Prawidłowe postępowanie z ziołami to manufaktura, żmudna i uważna praca.
Te osoby które pomagały mi pracować przy ziołach, dobrze o tym wiedzą. Pozdrawiam :)
Mechanizacja jest wydajna, ale efekt to wyłącznie ilość. Ludzie kupujący nie mają możliwości porównać jakości, bo  wiedzy jakie cechy ma dobry susz ziołowy zwyczajnie nie ma, a przepalone brązowe rośliny to norma.
Niestety, tylko z dobrego suszu można wykonać pełnowartościowe leki ziołowe.

piątek, 13 grudnia 2013

Mata z rdestowca japońskiego

Zabrałam się dzisiaj za zrobienie maty na ścianę kuchenną z suchych pędów rdestowca japońskiego. Ścięłam je w listopadzie i zaniosłam do domu żeby wyschły. Zawsze działały mi na wyobraźnię, bo przypominają budową pędy bambusa, są puste w środku i lekkie, a wczesne deszcze nadały im barwę czekoladową.
Mata gotowa, zajmuje spory kawał ściany i wiszą na niej sznurki suszonej papryki, czosnku, pędy suszonego kopru powiązane w pęczki końskie ogony z włókien rafii. (Rafii używam do wiązania ziół w pęczki do suszenia).
Znajdzie się na niej miejsce na świąteczną zieloną gałązkę.
W sezonie mata będzie służyć jako podręczna suszarka do ziół.
Mata nie jest taka piękna, jak sobie ją wyobrażałam przystępując do pracy, ale jest ładna i ma w sobie coś.

Przechodzę odwyk od kawy, nie piję jej wcale. Minęło już kilka dni ze złym samopoczuciem, kiedy dokładnie nic mi się nie chciało robić i dziś właśnie przeszło, mam nadzieję, że trwale.

Sprzątanie ganku z rupieci, pieczenie chleba (w elektrycznym piekarniku) oraz wiązanie maty zabrało mi czas do późnego wieczora, kiedy to postanowiłam rozpalić wreszcie w piecach, najpierw kuchenny.

Żeby wyczyścić dokładnie wnętrze zdjęłam fajerki i odeszłam żeby umyć i napełnić zdjęty gar wodą. Kiedy po chwili odwróciłam się i spojrzałam na płytę pieca, zobaczyłam wystający z otworu po fajerkach wielki  bąbel w kolorze popiołu.
Umysł ześwirował na chwilę, próbując dopasować to coś do wszelkich znanych mu zjawisk, po czym odpuścił sobie i podeszłam ostrożnie dotknąć to nieruchome coś. Było futrzane i nabite popiołem. Macejko :)
Spróbowałam go wywlec przez otwór w płycie, ale nie dał się, sam wylazł drzwiczkami od pieca uwalony sadzą i popiołem, strząsnął z futerka to co się dało i spojrzał na mnie niewinnie... Bardzo niewinnie...

Złapałam łotra i wyczesałam co się da miotłą z sorgo, co mu się o dziwo baaardzo podobało, po czym brudas poleciał rozrabiać dalej, bo rozrabia ostatnio okropnie.
Najlepsza jego zabawa to "złap mnie na stole" i nawet oberwanie ścierką nie jest go w stanie zniechęcić.

Z ciekawych rzeczy jakie ostatnio wypróbowałam, to mycie głowy sodą.
Tak, samą sodą. Ile człowiek się nakombinuje, zanim sięgnie po coś najprostszego pod słońcem, co zawsze było pod ręką i okazało się najlepsze pod względem efektów i ceny.
Soda się nie pieni. Nasypuje się jej na rękę, dodaje nieco wody żeby uzyskać papkę i tym się myje zamoczone woda włosy.
Trzeba dokładnie wymasować palcami skórę głowy i włosy na całej długości. Soda nie robi tego, co nam się kojarzy z myciem, czyli piany, jednak efekt mycia jest doskonały. Czytałam że otwiera łuski włosa, dzięki czemu można dokładnie pozbyć się z włosów resztek kosmetyków (jeśli ktoś używa) i zanieczyszczeń.
Po umyciu trzeba spłukać głowę najpierw samą wodą, a potem wodą z octem, najlepiej jabłkowym, lub sokiem z cytryny. Kwas zobojętnia odczyn zasadowy sody i zamyka łuskę włosa.

Powiem wam tak: wrażenie czystości nienaganne, włosy lśniące i ciężkie, lejące, łatwo się rozczesują.
Zniknął efekt pierzenia się i wypadania włosów, który zawsze miałam po szamponach i nieco mniej po szarym mydle.
Musze jednak uprzedzić, że czytałam o tym, że mycie włosów sodą jest chwilą prawdy.
Włosy zniszczone farbowaniami i chemicznymi odżywkami, po dokładnym oczyszczeniu sodą pokazują jakie naprawdę są, co nie zawsze może się podobać.