czwartek, 7 stycznia 2016

Zimowanie

I tak minął rok 2015, pełen nieoczekiwanych zwrotów i niekonwencjonalnych sytuacji.
Niemal do końca roku można było pracować na zewnątrz przy porządkowaniu i organizowaniu ogrodu według nowych planów oraz przy drewnie, tak było ciepło.
W przerwach tych prac wygrzewaliśmy się z Maćkiem kotem na ławeczce pod murowaną ścianą obory, która teraz jest drewutnią.
Ja długo nie wytrzymywałam, bo niskie słońce od południowej strony raziło prosto w oczy. Maćkowe kocie ślepia wydawały się na to nieczułe.
Początek nowego roku przywitał dość silnym mrozem, więc prace przeniosły się do domu. Jest co robić, owszem. Malowanie ścian w kuchni, ale wcześniej wyniosłam stelaż-wielką kobyłę, na którym był zainstalowany zleowozmywak i zrobiłam dopasowaną półotwartą szafkę. Teraz jestem zadowolona. Jako że sama wcześniej wymieniałam instalację hydrauliczną, spapraną przez "fachowca", dopasowanie tego do nowej sytuacji nie sprawiło mi większych problemów. Nawet wycięcie piłą większej dziury w ścianie, żeby dostosować odpływ do obniżonej wysokości zlewozmywaka.
Nie lubię mebli bez nóżek, stojących bezpośrednio na podłodze. Na wsi jest to totalnie niepraktyczne, bo uniemożliwia posprzątanie pod meblami, bez ich przesuwania i daje możliwość ukrycia się przypadkowym myszom, pająkom i innej faunie.
Nowa "szafka" ma nóżki :) Teraz miotła i mop dosięgną wszędzie.
Jak ukończę prace remontowe w kuchni, zabiorę się za pralkę, bo wąż do wylewania wody sparciał i zrobiła mu się dziura. Prać się nie da, bo podczas pracy woda w wężu jest pod ciśnieniem i się robi sikawka. Już raz go skleiłam, ale puścił. Trzeba będzie pewnie przyjrzeć się bliżej urządzeniu i zobaczyć gdzie się rozkręca te blachy, może wąż da się wymienić.

Nie raz pisałam, że równowaga jest w życiu bardzo ważna, więc po wykonywaniu tych wszystkich prac męskich, siadam sobie wieczorkiem przy kubeczku pachnących gorących ziół, po babsku, z drutami i kłębkami wełny. Przerabiam wszystkie swetry których nie noszę. Jeden już gotowy, drugi w trakcie, a następne odłożone i przyglądam im się, żeby wcześniej ujrzeć ich przyszłą postać.
Chcę Wam powiedzieć, że prace przy niciach to jeden z najlepszych sposobów na medytację.
Do drutów wróciłam po wielu latach, myślałam że będzie trudno, ale okazało się że robię na nich o wiele lepiej jak kiedyś. Mam zdezelowany komplet do tej pracy, jedne czwórki aluminiowe (nie cierpię aluminium) i jedne stalowe dwójki.
jest jeszcze cztery i pół z powlekanego aluminium, ale są tak oporne i powolne w pracy, że nie mam do nich cierpliwości. I jestem posiadaczką jednego stalowego szydełka :).
 Marzą mi się fajne komplety drutów stalowych w różnych rozmiarach, bo do takich byłam przyzwyczajona i nie są dla mnie ciężkie po pracy z siekierą, piłą i innymi narzedziami. I jeszcze komplet złożony z kilku rozmiarów krótkich mosiężnych drutów połączonych żyłką, jako wisienka na torcie :) Z tym to już można by było zrobić wszystko.
Dom po wymianie pieca zaczął nabierać kształtów i już niemal nie przypomina wewnątrz tamtej chaty do której się wprowadziłam. Patrzę na wnętrza po swojemu i widzę je teraźniejsze i po przeobrażeniu, dwa obrazy nałożone na siebie.
Tak samo widzę np ogród i pewnie sprawiam ucieszne wrażenie, kiedy staję tak nagle w pół kroku i zapatruję się w bezruchu w przestrzeń.
Takie obrazy mają moc same w sobie.
Przebudowywanie, przemiana, sprawia mi nieustanną frajdę.
I ja też się przebudowuję i zmieniam. Ciekawe, czym będę gdy zima się skończy?
Gorzka Jagoda wysłała mi fajny link.
Przyjemnie było to poczytać, więc przesyłam prezent dalej, z pozdrowieniami ponadnarodowymi dla wszystkich słowiańskich Elfów:
https://slowianowierstwo.wordpress.com/2015/04/11/slowianszczyzna-krolestwo-elfow/#more-1490

piątek, 20 listopada 2015

Różnica między odpoczynkiem a relaksacją, łykendem a zapiątkiem.

I znów naszło mnie na zabawę w odszyfrowywanie znaczeń słów, jakich używamy na codzień. Zabawa zabawą, ale prawdę mówiąc, podświadoma część naszej istoty świetnie rozumie prawdziwe znaczenie słów, warto więc, by i świadomość codzienna zaczęła się zastanawiać, zanim przekręci jakieś słowo, lub da sobie wcisnąć używane w innych krajach, zamiast rodzimego.
Do zrozumienia jednego z określeń, doprowadziła mnie lektura starych polskich książek o ziołach :)

Wracając do rzeczy: Co oznacza dla naszej podświadomości dźwięk : łyk?
Nabranie do ust płynu i przełknięcie.
Jeśli jednak dwa dni są określone słowem łyk-end, to oznacza, że to łykanie jest podstawową czynnością wykonywaną w te dni.
Potocznie ludzie nadużywający napojów alkoholowych, mówią że "łykają".
Skojarzenie dla słowiańskiej podświadomości jest proste : łykanie na koniec tygodnia. Picie, popijanie.
(Rozumiem, że słowo pisze się inaczej, ale używa się je jako dźwięk, stąd piszę je fonetycznie).

Słowo "zapiątek" mieści w sobie 'zapięcie';
nosi w sobie również sens 'minięcie piątku'
czyli jest to jakby zamknięcie, zapięcie na ostatni guzik pięciu dni tygodnia i przejście do dwóch dni zamykających cały tydzień.
Zapiątek: poza piątkiem, zamknięcie pięciu dni (pracy).
Bardzo zgrabne słowo, choć nie stare, ale zbudowane według wszelkich prawideł naszego języka.

W dni zapiątkowe, (lub łykendowe, jak kto woli), z zasady oddajemy się działaniom różnym od pracy zawodowej. Czynności te nagminnie zwane są 'relaksacją'. Tworzy się wiele rzeczy z przydomkiem 'relaksacyjne'.
Otóż na wstępie wzmiankowane książki zielarskie, 'laksacją' nazywają wydalanie odchodów o konsystencji stałej :)
Ooooo, pomyślałam sobie, coś ciekawego, a co znaczy 're'?
'Re' oznacza wykonanie jakiejś czynności jeszcze raz od początku, na nowo.
Tak więc dla naszej podświadomości re-laksacja oznacza hm.... 'wydalenie czegoś, co już raz zostało wydalone'. Czyli co, należy to wcześniej jeszcze raz zjeść?
O kurnasz, że tak niesłowiańsko się wyrażę.
To ja nic nie wiedząc, do tej pory re-laksowałam się w łyk-endy?

Poleciałam sprawdzić, co takiego robili nasi przodkowie, zanim zaczęli się 're-laksować'. Otóż oni 'odpoczywali' a wcześniej 'odpoczyniali' czyli od(chodzili) od 'poczyniania'(czynienia czegoś).

Odpoczyńmy sobie więc w ten miły deszczowy zapiątek,
  choć zdaję sobie sprawę, że niektórzy wybiorą solidną łykendową relaksację :)


niedziela, 4 października 2015

Niespieszność

Uczę się niespieszności, dzień za dniem, słuchania siebie prawdziwej.
Płynięcia z falą przemian przyrody.
Oglądam z oddalenia starą JA.
Umiem ją kochać, upartą, wojowniczą, taką nie-moją.
A jednak to ONA szukała mnie i pracowicie odgarniała śmieci,
to Ona walczyła o mnie, kiedy nie było już nadziei na nic,
wierzyła, że istnieję.
Bo gdybym nie istniała, to nic, tylko śmierć bez powrotu.
Utygan i Ista, Niedźwiedzica i Iskra.
Prawa i lewa strona.
Miłość istnienia

sobota, 3 października 2015

Pierwsze przymrozki

Dostałam nowe sadzonki truskawek. Niespodzianka bardzo miła, sprawiona przez nowo poznaną Wojowniczkę z Żurawlowa, Basię.
Wspaniała, nowa znajomość.

Dla tych truskawek zdjęłam wreszcie czarną folię z kawałka ziemi.
Folia leżała tam od wiosny, kiedy ułożyłyśmy ją wspólnie z Anią z Niemiec.
Kiedy Ania przyjechała do mnie powtórnie u schyłku lata z mężem Tomkiem, folia poprzyciskana cegłami nadal leżała, czekając aż będę miała czas zająć się ogrodem.

Jak wygląda ziemia spod czarnej folii?
Jak dla mnie, bardzo dobrze. Znikła cała roślinność, wyginęły korzenie, oprócz kłączy na samych obrzeżach.
Zachowały się dżdżownice. Ziemia pulchna, mięciutka i wcale nie sucha, bo folia nie była nowa i jest nieco podziurawiona.
Po zwinięciu folii, wystarczyło glebę wzruszyć widłami do kopania, zagrabić i można się było obejść bez karczowania ugoru :)
Folią przykryłam nowy kawałek ziemi  gdzie będzie leżała do wiosny, żeby zrobić miejsce na siew korzeniowych warzyw. Folia ma jakieś 5x5.
Lubię takie rozwiązania, które oszczędzają bezsensownej pracy. Każdego dnia się uczę :)

Zauważyłam, że grządka odgrodzona deskami od reszty przyrody, prawie wcale się nie zachwaszcza. Tak jakby dzikie rośliny respektowały linię graniczną.
Bez takiego odgrodzenia, łąka wpełza w uprawy i trzeba prowadzić wieczną wojnę.
Odgradzam więc swoje grządki, buduję korytka dla uprawnych roślinek, wykładam je skoszoną trawą z kosiarki, bo choć kocham ogrody, to przedkładam jednak kontemplację piękna latem, nad harówkę w upały rzędu 36 stopni. Trzydzieści to też za dużo. Czternaście stopni jak dzisiaj, i lekko zachmurzone niebo, to w sam raz.
Grządka ogrodzona i wyściółkowana sama się obroni przed chwastami i brakiem wody. Latem dokładam tylko skoszonej trawy, bo kosić trzeba minimum raz na 10 dni w sezonie. Takie jest tempo zarastania posesji do stanu, kiedy trzeba użyc maczety, zeby sie dostać do sławojki ;)
Czyli koszę i wykładam grządki, więc dwie prace w jednej. Przecież trawę i tak musiała bym gdzieś wynieść.
W takim układzie, najwięcej prac trzeba wykonać właśnie jesienią, przy szykowaniu nowych grządek, na które zużywam stare deski ze stodoły i resztki ze sprzątania już uprawianej części ogródka, oraz wiosną, do końca maja. Teraz na nową grządkę- wał ogrodzony deskami, trafiają resztki dżungli pomidorowej i dyniowej, oraz wszelkie chwasty bez nasion, a także kretinkowe pagórki, bo zwierzątko niezmordowane jest. Mam też sporo już przepróchniałej słomy i siana z nieuprawianej jeszcze części stodoły.To pójdzie na wierzch.
Próchniczna ziemia jaka się zrobiła z koziego obornika, zasili wiosną truskawki.

No, ale ja o przymrozkach miałam. Otóż w samym środku sadzenia truskawek, zagapiłam się w ogród i po chwili nogi mnie poniosły w dyniowisko, a ręce wyciągnęły się po pierwszą dynię.
Taka piękna pogoda, ciepło, prognozy nie przepowiadają przymrozków, więc może jeszcze je zostawić? otrzeźwiałam.
Ale za chwilę pojawiła się myśl, że należy wierzyć swojej intuicji i skoro tak mnie kusi żeby dynie zebrać, to zbiorę.
I na drugą noc przyszedł przymrozek :)
O co chodzi z dyniami i przymrozkiem? Jeśli mróz poliże dynie, one się bardzo słabo przechowują, szybko dostają plam i się psują.

Zebrałam troszkę hokkaido, najwięcej, bo kilkanaście piżmowych i ze cztery amazonki.
I troszkę ozdobnych, co mnie bardzo cieszy, bo wypróbowałam jedne z nich do zapiekania i były pyszne bardzo. Takie niewielkie kule, zielone gdy niedojrzałe, a żółte po dojrzeniu i bardzo twarde.
Podejrzewam nawet, że to nie są dynie, ale małe tykwy, bo zapiekałam zielone a skóra była cieniutka i twarda, taka celulozowa ścianka. Żółtych (czyli dojrzałych) jeszcze nie sprawdzałam, ani tych podobnych do fantazyjnych patisonów w koronki.
W każdym razie dla pojedynczej osoby lepiej jest upiec trzy minidyńki, niż rozkroić dwukilogramową dynię i jeść ją tydzień.
Fakt, że Maciuś tez jest fanem dyni i frytki wyjęte z pieca, zrobione z hokkaido, polane masłem szałwiowo-czosnkowym wywołały w nim amok, no ale ile taka kocina może w sobie zmieścić zanim przewróci się kołami do góry?
Do zapiekania wykorzystuję komorę paleniskową pieca. To coś w rodzaju bardzo malutkiego chlebowego, bo jest cała z szamotu i nie ma rusztu.
Piekłam już drożdżówkę (z dynią :) i można upiec chleb, wszystko w małej formie. Duża się nie zmieści. Jednak jak na jedną osobę, jest w sam raz.

Poza pracą w ogrodzie, dziś mały spacer po trawę żubrówkę (albo to jest tomka wonna, nie wiem tego na pewno), po liście malin na fermentowaną herbatkę i wracam do pracy w ogrodzie.
Na grzybach nie byłam, jakoś nie bardzo miałam ochotę żeby wybrać się do lasu.
Może jutro, w niedzielę?
Suszarka piecowa cały czas zajęta, ciepła blacha też dobrze służy, zrobiłam dzięki niej koncentrat owocowy: podsuszane marmoladki, które można przechowywać w słoiku bez dalszej konserwacji.
Są bardzo smaczne, goście wyjedli mi latem wszystkie zeszłoroczne, co do jednej :)
Im dłużej są przechowywane, tym smaczniejsze, bo cukier z nich migruje do skórki i robi się na wierzchu skorupka z kryształków, a środek ma konsystencję twardej galaretki.
W tym roku gruszkowo-winogronowe. Gruszki i winogrona od Agaty i Radka.
A suszone po domowemu gruszki są przepyszne, o wiele lepsze od suszonych fig.
Wszędzie jeszcze zielono, trawa szmaragdowa, w powietrzu spokój i rajskie ciepło. Liście jeszcze nie zaczęły spadać z drzew, choć ściana lasu lekko zmienia kolor, na złamaną zieleń, zapowiedź przyjścia Jasienia.


niedziela, 13 września 2015

Plony lata

Sporo czasu minęło od ostatniej relacji, więc najpierw o piecu.
Piec daje bardzo fajne ciepło. Inne nawet niż ciepło mojego byłego pieca kaflowego. Gorące cegły i glina emitują podczerwień nagrzewającą dom. Takie domowe słońce. Jest to ciepło inne niż kaloryferów, ponieważ nie nagrzewa bezpośrednio powietrza, lecz obiekty znajdujące się "w polu rażenia". Stąd stopy mam teraz ciągle gorące, a zawsze marzły. Bardzo miłe zaskoczenie.
Być może kaflowy nie dawał takiego dobrego ciepła choć bywał gorący, bo miał kafle pomalowane przez byłych właścicieli farbą olejną. Kilka warstw.

Piec nie jest żarłoczny, a po ok 2 godzinach palenia nie sposób dotknąć pierwszej komory, druga jest ciepła. Po zakończeniu dokładania, konsumuje jeszcze długo gorąco żaru i dopiero nabiera temperatury, a zarazem wyrównuje ją. Tego pieca nie wolno zakręcać zanim zje żar do końca, bo otrzymuje się węgiel drzewny.  Po 12 godzinach jest jeszcze gorący, a temperaturę ludzkiego ciała osiąga po ok 18 godzinach.
Narazie palę w nim raz na dobę z przerwami w cieplejsze dni, a na test mocniejszego rozgrzania drugiej komory przyjdzie czas, jak spadną temperatury. Będę palić w nim wtedy co 12 godzin.
Teraz chodzę po domu w koszulce i na bosaka, więc wystarczy.

Pomimo że nie jest to piec do gotowania, została wstawiona blacha żeliwna, która jest cały czas bardzo gorąca. Jeszcze kilka godzin od rozpalenia można powoli podgrzewać na niej jedzenie, a potem utrzymywać temperaturę, lub odparowywać powidła. Stoi tam gar z zawsze gorącą wodą do użytku domowego, oraz szklany dzbanek z wodą do picia. Fajnie zaparza się zioła, a herbata nie stygnie. Rano czeka ciepła woda do mycia.
Na szczycie pierwszej komory w kuchni, gdzie panuje mocne ciepło, urządziłam suszarkę na warzywa i owoce. Suszę teraz jabłka i pomidory. Cały szczyt komory zajmują trzy duże sita, jedno nad drugim, okryte gęstą muślinową firanką, żeby owocówki i inne latające stworzenia nie mogły się do tego dobrać. No bo się człowiek napracuje, a to przyleci i napaskudzi.
Maciusiowi udało się wytłumaczyć, że tam spał nie będzie.
Z nadejściem chłodniejszych dni i deszczów, Maciuś przestał wyglądać jak coś niedojedzonego przez mole i zapomnianego na strychu, a zaczął przypominać kota. Wyładniał, wygładził się i zaczął nabierać futra na nowy sezon, jak zwykle krótkiego na kilka milimetrów z tak gęstym podszerstkiem, że pewnie by nie przemókł wrzucony do wody.
W upalne lato futro miał wyskubane i nabite kurzem, a wojenne blizny i świeże rany nie dodawały mu urody.
Z ran na karku z ostatnich dni widać, że coś dużego próbowało go zjeść.

Ogród?
Ogrodu trochę się wstydzę, ale pocieszam się, że w to upalne lato nie ja jedna miałam trudności z pracą w takich temperaturach.
Pomidory? Poradziły sobie beze mnie. Nie podlałam ich wredna taka ani razu.
No ale jak pomidor ma konary grubości dziecięcego nadgarstka, to jakie ma korzenie?
W moim ogrodzie panowała w tym roku wolna amerykanka. Wygrały pomidory, wśród których świetnie dały sobie radę pory. Drugie miejsce przyznaję dyniom. Późno posiane, ale błyskają spod liści odcieniami miedzi, złotej żółci i zieleni.
One udusiły jarmuż, papryczki i troszkę ziół posianych w sąsiedztwie. Co tam się ulęgło, zobaczymy jak liście zaczną więdnąć, albo meteo postraszy przymrozkami.
Posiałam bezłuskową, uschiko kuri, piżmową i coś, czego nazwy nie pamiętam, mała, okrągła i pomarańczowa. Chyba amazonka.
Plonuje też patison, jakaś udana odmiana, bardzo smaczna. Duszony z cebulką i pomidorami jest wyjątkowo dobry.
Poza konkurencją jest cebula, ślicznie urosła, wielka jak w poprzednich latach, ale mało jej posadziłam, nie miałam przygotowanej ziemi. Rosła w truskawkach, a truskawki w połowie opędzlowały pędraki, potem pędraki załatwiła susza.
Mam dla truskawek już nowe miejsce, a na tym posadzę miętę, melisę i oregano. Pędraki nieszczególnie je lubią chyba. Miejsce dość pędrakowe jest.
Ogórki nieciekawie z powodu suszy.
Trochę ich jeszcze plonuje, więc spróbuję je ukisić bez gniazd nasiennych wspólnie z patisonem. To co dotychczas zebrałam, nadawało się do utarcia i zakiszenia na zupę, oraz zjedzenia na surowo. Wiele też zagapiłam z powodu pracy przy piecu, przecież zajęło to ponad miesiąc wyłącznej uwagi i solidnej pracy.
Kukurydza, o wstydzie jeszcze na grządkach, Będzie na suche ziarno.
Do marchwi, pietruszki i buraczków nie zagladałam, żeby im nie psuć homeostazy z chwastami ochraniającymi wilgoć. Podbierałam z brzeżku i wyglądają dobrze.
Teraz też nie odchwaszczam, bo już nie ma po co.
Można to nazwać "ogród dla leniwca" Po wiośnie nie robiłam w nim już nic, oprócz wynoszenia plonów.
A pomidory dały czadu :)
Te kilkanaście krzaków sprawiło mi masę radości, dając plony przepyszne i bogate. Jeszcze dziś (sobota) przyniosłam po trzech dniach nie zbierania ciutek ponad szesnaście kilo. W pełni sezonu na oko było to ponad 20 kilo co drugi-trzeci dzień.
Pierwsze owoce dojrzały około 20-go lipca, a z końcem lipca zaczęły wchodzić w pełnię owocowania, trwającą przez sierpień.
Przede wszystkim były jedzone na surowo. Jestem maniaczką pomidorów, a Iwi i Piotr którzy u mnie wtedy przebywali, a potem większość gości na szczęście także :)
Smak niesamowity. Na śniadanie do teraz jem około kilograma samych pomidorów posypanych lekko solą (na ten kilogram składają się dwa najładniejsze owoce). Samych, bez niczego. No czasem dodaję ząbek czosnku albo małą słodką cebulkę, i polewam olejem słonecznikowym, ale nic więcej, żadnego chlebka.
Pierwszeństwo przyznaję Róży Wiatrów (rosa vetrov) Różowy ogromy pomidor o wspaniałej konsystencji i smaku. Żadnej paciary z nasionami w środku. Skórka schodzi sama, tak samo jak we wszystkich tych pomidorach, które mam.
Nie musi się jej ściągać, no ale człowiek rozpustny bywa :)
Potem sama już nie wiem, który z nich lepszy. Smakuje równie dobrze chlebosolnyj, niedżwiedzia łapa, oraz korol gigantow, dający gładkie ogromne owoce.
Dziwny jest czarny z Tuły. Jest ciemnoczerwony z dużą zieloną piętką, tak że patrząc na niego z góry, ma się wrażenie, że jest zupełnie niedojrzały.
Smak przyjemny, jednak z uwagi na tą nierównomiernmość dojrzewania, raczej nie posieję go w przyszłym roku.
Nie posieję też Grzesia z Ałtaju. Mały owoc z dużymi gniazdami nasiennymi. Smak fajny, ale smaczniejsze są wcześniej wymienione.
No i Opałka. Inwazyjny i plenny. Owoce fajnie się suszą i to właśnie Opalkę suszę na piecu. Troche słabo dojrzewa, może potrzebuje osłon?

Sadziłam pomidory w gruncie, bez żadnej osłony. Dałam im tylko na początku paliki, takie zgrabne, jak się daje pomidorom, ale jak nie zaglądałam do nich bo budowaliśmy piec, to potem było za późno dać im coś większego. Opanowały wszystko razem z przejściami i pozrywały się ze sznurków.
Zbieranie owoców to streczing na 20m kw. Słupki które miały służyć pomidorom, służą mi do utrzymywania się w niewiarygodnych pozycjach przy sięganiu po owoce.

Wielkość pomidorów? Te odmiany które mam są wielkoowocowe (oprócz gregor iz altai, opalki i black from Tula)
Owoców od 60dkg do ponad kilograma było gdzieś 1/2, reszta nieco mniejsza. Plamy miało kilkanaście owoców z pierwszej dojrzewającej tury, a potem już zdrowe. Na te plamy nie pryskałam ich drożdżami, bo w takim gąszczu nie miało to sensu.
Nic im nie urywałam i przysięgam, że żadnemu pomidorowi nic nigdy nie urwę, oprócz owoców :)
Dam im dużo miejsca i solidnie podeprę, być może kratownica będzie dobrym rozwiązaniem (o ile uda mi się coś takiego skonstruować własnymi siłami).
Posadzę w jednym rzędzie i nie będę się bawić w naprzemienność w dwóch rzędach.
One same zadbają o wypełnienie wolnej przestrzeni. Tak jak Krystyna uważam, że pomidory same najlepiej wiedzą jak rosnąć, a dużo liści to dużo jedzenia dla owoców. I jak zauważyłam, nieprawda jest, że nie dojrzeją zawiązane owoce jeśli jest ich za dużo. Dojrzeją, moje zrobiły to w gruncie.
Porządnie wykształcone owoce mogą dojrzeć jeszcze w domu, jeśli się je zabierze przed przymrozkami.
Teraz padają deszcze i nie zauważyłam, żeby pomidorom zaszkodziła wilgoć.
Owoce leżące na ziemi są zdrowe, tak samo jak te wiszące wyżej.
Bardzo podobają mi się te odmiany.
Muszę Wam napisać, że mam dodatkowego amatora pomidorów, jakiś szczurek degustuje co któregoś owoca od kilku dni. (Maciuś ma oczywiście inne zajęcia ;) Najbardziej smakuje mu Opałka, bo zeżarł prosiak aż połowę dużego owocu.
Z innych wieści zwierzątkowych: Stały mieszkaniec podziemi trawnikowych, pieszczotliwie nazywany przeze mnie  Kretinkiem,  przeszedł sam siebie w wielkości kopców i uparł się je budować tuż przed wejściem do domu. Zabieram mu tą ziemię i wynoszę do zasypywania wałów tworzących nowe grządki, ale on sobie chyba mocno upodobał to miejsce.
Z obserwacji już wiem, że robi kopce wtedy, kiedy można spodziewać się deszczu. I pada. Zabiorę mu te kopce jak przeschną po opadach, na razie robię slalom, by nie wdepnąć w mokrą ziemię.

Co robię z taką ilością pomidorów? Jem do oporu i żałuję, że sezon się skończy (fantastyczna uczta, wymarzona od lat), rozdaję i przerabiam do słoików. Obdarowani chomikują nasiona na własny siew.
Ja tez zabezpieczam nasiona na przyszły rok, jednak rozważam jeszcze kupno nasion z pomidorowej doliny. Szczególnie chciała bym coś podobnego do Opałki, ale małego, żeby kroić tylko na pół  do suszenia. Opałka jednak ma spore owoce.

Przerabiałam śliwki czerwone mirabelki. Węgierki się nie udały tego roku. Jabłek też wiele nie mam (przemienność owocowania), stąd cenne jest każde jabłko jakie daje stara kosztela. Jej ususzone owoce są słodkie jak miód. Dobrze łagodzi też w dżemach kwaśność mirabelek.
Antonówka urodziła osiem owoców, zarezerwowanych do podrasowania soku z czarnego bzu. W zeszłym roku obłamały się jej gałęzie od urodzaju, zanim zdążyła dojrzeć.

No i tak to u mnie jest. Zapowiadało się i przyjeżdżało do mnie w tym roku sporo osób na dzień lub na kilka dni. I ciągle się to dzieje. Mam przyjemność znać teraz osobiście wielu fantastycznych ludzi.
 Ziół mało zebrałam z powodu pieca (dzięki Ani i Tomkowi zostały szybciej porobione ostatnie po-piecowe porządki koło domu), oraz robienia potrzebnych do przeżycia zimy zapasów. Czas sobie biegnie, a rączki do pracy są tylko dwie. Coś trzeba wybrać.

Nie ma we mnie pośpiechu, jest czucie, że wszystko dzieje się tak jak ma być.
I że to co się dzieje, jest dobre.
No i wdzięczność za każdy dzień, za taki w którym pada deszcz i taki w którym słońce piecze mirabelki w trawie i trzeba uważać, żeby sobie o nie bosych stóp nie poparzyć wieszając pranie na sznurze.
I za chłodne wieczory jakie przyniósł wrzesień, za asystę przy moich zajęciach i tańce radości Maćka i za to, że wiszą na krzewach jeszcze ostatnie kiście przejrzewającego czarnego bzu i że można jeszcze pójść po przesuszone jagody aronii których nikt już nie zbiera od lat, że kilka kilogramów żagwi łuskowatej urosło na pniu po starym drzewie na trawniku i była uczta i sporo słoików duszonego grzyba w pomidorach jest w szafie w spiżarce i pasta żagwiowa do chleba tez z pomidorami :), oraz suszona żagiew do nadania smaku warzywnym bulionom zimowym.


Operator internetu od dwóch tygodni "modyfikuje usługę" i sms doładowujący jest odrzucany systemowo. Prawdopodobnie wymusza porzucenie tej usługi na rzecz nowej, którą promuje. Na tej szybkości internetu jaka mam, nie mogę nawet wejść na zaplecze własnego bloga.

No cóż, cierpliwe oczekiwanie na "zmodyfikowanie usługi" nie przynosiło efektu Zmusiło mnie to do przyjęcia innej usługi operatora. Fakt faktem, modyfikacja nastąpiła, tyle że u mnie :)
No i mogę wreszcie wysłać nowy post.


piątek, 14 sierpnia 2015

Magia tworzenia, Serce domu, Oko cyklonu.

Wielkie upały, nowy piec schnie w oczach, więc pierwsze symboliczne, a zarazem radosne zdarzenie jakim jest rozpalenie malutkiego ogieńka w palenisku- już za mną. Piec zaśpiewał rwąc ogień w podnośnik ciepła, a w kominie ukazał się dym.
Zapalam maleńkie pięciominutowe ogieńki (Garść słomy i garstka drobnych gałązek) wstając o piątej rano, bo wtedy komin nie jest nagrzany słońcem.
I za każdym razem jest to dla mnie wielkie zdarzenie.

Piec jest absolutnie piękny, absolutnie niezwykły i absolutnie jedyny na całym Świecie.
Ma dwie komory, jak prawdziwe serce i jest w środku domu, jak prawdziwe serce.
Zbudowany przez dwóch Mistrzów zesłanych przez przeznaczenie, przy pomocy pomocników zesłanych przez przeznaczenie, bo ze zwoływanych przez pierwszego Mistrza-Artura uczniów, nikt nie zdołał dojechać.

Zachwiania równowagi energii oraz krystalizacji oka cyklonu, dokonała Gorzka Jagoda, (kontaktując jesienią Artura Milickiego- wędrownego artystę od pieców rakietowych, z jedną taką marznącą zimami wiedźmowatą z Niebieskiej Chaty).
Magiczny cyklon uzyskał siłę materializacji zamierzeń z końcem lipca, wraz z przyjazdem Asi i Tomka, oraz przyłożeniem przez Tomka dłuta do starego pieca i wyłamaniem pierwszego kafla (Utygan, czy na pewno? Decyduj).
Cyklon zaczął nabierać mocy wraz z dewastacją starego pieca kuchennego dokonywaną wspólnymi siłami, aż wreszcie dnia czwartego od początku rujnacji pojawił się Artur, a piątego dnia dotarli z pomocnymi dłońmi Agata z Radzikiem, (obydwoje z boskiej wysokości spoglądający na świat, w środku własnego wiru materializacji). Na końcu pewien tajemniczy Barman z całkiem innej bajki.

Wraz z przybyciem reszty ekipy dewastacja dosięgła drugiego pieca, oraz części ścian przyległych, tak że podział na pokoje i kuchnię był czysto symboliczny.
I w tym momencie zaczęła się magia tworzenia.


Artur użył do stworzenia pieca tylko tych materiałów, które wyjęliśmy ze starych pieców, plus glinę z tutejszego złoża.
Miał na to do dyspozycji tylko kilka dni, w ciągu których zaplanował piec, wyznaczył jego miejsce, zbudował komorę paleniska i podnośnik ciepła, oraz podstawę pod drugą komorę odbierającą ciepło, ogrzewającą pokoje.


Opuszczając nas dla oczekującego zlecenia, zostawił wiele wskazówek dotyczących wykończenia pieca, oraz danych technicznych dotyczących budowy pieców rakietowych z paleniskiem Petera Van der Berga .
Dzięki Niemu, dowiedzieliśmy się, jak cudnym materiałem jest glina i glinosłoma, a także mieliśmy możliwość fizycznej pracy z tymi materiałami.
Artur natomiast po raz pierwszy miał możliwość budowania pieca z tak dziwnych i różnorodnych materiałów, które na pierwszy rzut oka wydawały się bezsensowne.

Asi i Tomkowi skończył się urlop, Artur wyjechał do nowego pieca, Agata z Radzikiem pojechali 8 km dalej, do swojego odnalezionego prywatnego raju- gotowego leśnego ogrodu z domkiem do remontu,(który przywołał ich i oczarował kiedy wpadli mnie odwiedzić tylko na chwilę). Ich nowy Dom trzeba ocieplić przed zimą i uruchomić piece.

Zostałam sama ze swym szczęściem zrealizowanym w połowie i włączyłam tryb muła, (czyli nie myśleć i do roboty), żeby zdążyć ukończyć murowanie reszty pieca i komina przed zimą.
Ciąg dalszy "dziania się" spowodował jednak, że w tym samym czasie skontaktowała się ze mną poprzez komentarze na blogu Iwi. Iwonka przybyła następnego dnia po telefonie, a wraz z nią drugi Mistrz, a zarazem Towarzysz jej życia, Piotr- murarz.




To dzięki Piotrowi piec został ukończony i uzyskał kształt ostateczny, a ściany znów oddzielają od siebie pomieszczenia Niebieskiej Chaty.





Do fali materializacji jaka przetoczyła się przez tą czasoprzestrzeń należy zdarzenie poboczne- ocembrowanie źródełka w moim wąwozie tuż przed zjazdem piecowym. Braliśmy z niego wspaniałą wodę do picia, a chłód wąwozu stanowił wytchnienie od afrykańskiego żaru, jakim obdarzyło nas tegoroczne lato.

Budowanie działo się na fali energii wymiany. Stare piece zamieniły się w nowy piec, a my wszyscy wymienialiśmy się pracą za umiejętności i wiedzę.
No cóż, nie ukrywam, że to wszystko było trochę szalonym, ale wspaniałym doświadczaniem.


Z podziękowaniami:

Podaję link do strony z piecami Artura http://pieceartura.pl/category/bez-kategorii/realizacje/
Agacie i Radkowi życzę cudownej, ciepłej zimy we własnym domu
Asi i Tomkowi doczekania upragnionego zdjęcia kajdanek rzeczywistości miejskiej
Tajemniczemu Barmanowi dużo szczęścia (to bywa przydatne :)
Iwonce i Piotrowi założenia najpiękniejszej, wymarzonej Rodowej Siedziby, bo właśnie się wybierają we własne miejsce.

środa, 22 lipca 2015

Prażmo i tsampa

Na temat prażma sporo i przystępnie napisał Mr. Wilson Bushcraft, więc nie będę powielać informacji, ale skieruję zainteresowanych i spragnionych eksperymentów z jedzeniem do źródła:
http://bushcraftwilson.blogspot.com/2013/08/prazmo-tereny-polski-w-dalekiej.html
Zachęcam do pobuszowania po blogu Mr. Wilsona :), jest ciekawie.

Na temat tsampy napiszę krótko, bo wypróbowałam wersję z kaszy jęczmiennej, jako że mam jej spory zapas. Może nie jest to całkiem prawdziwa tsampa bo z kaszy, ale myślę, że oddaje w dużej części smak.

Oryginalnie w Tybecie, moczy się całe ziarno jęczmienia przez dobę, a potem praży na złotobrązowo i mieli w młynach na mąkę.
Proces podobny do procesu uzyskiwania prażma z różnych nasion na słowiańskich terenach. Może poza mieleniem na mąkę, ale tego nie możemy być pewni.
Dzięki wodzie którą wchłonęły nasiona podczas moczenia, skrobia prażonych nasion ulega przemianom, a uzyskana mąka jest produktem, którego nie trzeba już gotować. Wystarczy dodać do osolonej ciepłej wody z rozpuszczonym masłem lub olejem w wersji postnej, a w wersji bardziej rozbudowanej do herbaty z masłem, lub herbaty z mlekiem i masłem (no i sól oczywiście), można dodać tarty ser, lub wykonać ją od początku na słodko. Chłopi dodają często tsampę do piwa. Mieszanie jest całą sztuką, by nie uzyskać kleistego gniota. Miesza się we własnej miseczce delikatnie, własnym czystym paluchem, aż do uzyskania pulchnego i plastycznego ciasta, z którego wyrabia się kulki, kluski i inne formy, oczywiście też własnymi paluszkami. Zjada się to w towarzystwie sosów i innych dodatków- na słono, lub na słodko. Na słodko posmakowała mi bardzo polana miodem.
W Tybecie jest podstawą pożywienia i elementem kultury. Związane sa z nią zachowania kulturowe, piękne zdobione naczynia do podawania i przechowywania, oraz porzekadła.
Nazwa tsampa jest zarezerwowana jedynie dla mąki z prażonego jęczmienia. Podobną mąkę robi się jeszcze z prażonego grochu i stanowi ona dodatek do tsampy dla uboższych ludzi.
Zrobiłam jedną mąkę i drugą. (Groch oczywiście też moczony przed prażeniem).
Zamiast młyna użyłam młynka do kawy, bo mój ręczny młynek do nasion niestety nie pozwala uzyskać drobnego przemiału.

Cóż mogę powiedzieć, tsampa uzależnia :) Jest bardzo smaczna sama i zmieszana z mąką z grochowego prażma. Pasuje smakowo do wszelkich potraw i ja bez problemów zastępuję nią chleb.

Z ciekawostek: do przechowywania tsampy używa się naczyń zwanych tsam-phor, co w sposób prosty kojarzy się z grecką nazwą amfora. Nazwa ta jest równiez określeniem naczynia i kto wie, czy nie przywędrowała z Tybetu.

Aha i z doświadczenia, taka porada (gdyby ktoś miał zamiar pobawić się w robienie tsampy) Dajemy dwie, lub dwie i pół części płynu, na część suchej tsampy.