Mały Macejko biega za mną wszedzie. Biegnie ze mną gdy idę do obory, gdzie został wcześniej przedstawiony kozom- nos w nos.
Pchhhhhh, powiedział trzy razy, obwąchawszy trzy kozie pyski. Kozy milczały zezowato. Pchhhhh- potwierdziłam trzy razy.
Buszuje teraz w sianie gdy karmię lub doję, biegnie przede mną ścieżką do domu, przepada w wielkich liściach ogrodowych roślin, szczególnie ulubiwszy dynie i cukinie, skąd muszę go szczęśliwego i rozbawionego wyciągać gdy wracamy do domu.
Za mlekiem nie przepada, woli jedzonko o stałej konsystencji, domaga się wszystkiego co jem i niemal wszystko mu smakuje, jednak nic nie przebije przyniesionej przez Baśkę myszy, która zapaliła drapieżność w małym ciałku aż po końce włosków najeżonego futerka.
Przeglądając pliki w komputerze, natrafiłam na fragment książki z 1805 roku autorstwa B. Dziekońskiego , pod tytułem ., Rolnictwo i ogrodnictwo naynowszem przykładem ...,
a tam o sposobach suszenia roślin ogrodowych, czyli "ogrodowin", a wśród przepisów ciekawostka:
"Względem melonów zaś, czyli Dyń, iako tych nie podobna długo chować, tak naftępuiąca wiadomość wielce użyteczna.
Gotuią się na papkę, przydaie się do niei mąki, lub bez mąki, toż się robi z kartoflami: papka ta gęfta suszy się na ramach, podkładaiąc płótno iakie, lub ftare sito, gdy uschnie, potłuc na proszek gruby nakształt kaszy.
Zażywaią się gdy się woda zagotuie, sypią się takowe krupy, lub kawałek papki, i rozciera się w garku".
Drugą ciekawostką jest specjalny piec do suszenia ogrodowin. Cytuję odnośny fragment:
"Wszyftkie rośliny, prócz ogórków mogą bydź suszone. Te wszakże w dobrym gospodarstwie suszyć się powinno naybardziey, których przechować inaczey nie można.
Piec w tym razie koniecznie iest potrzebny.
Piec do suszenia naynowszego wynalazku tak: W październi, to ieft gdzie suszą len, konopie na przędziwo, lub w izbie, sporządza się piec w ten sposób: ftawi się podoby do pieca chlebowego,w nim zaś ftawi się piec drugi na cegłach, iakby na nożkach tak, aby ogień w pierwszym
zapalony krążył na około tego drugiego: pierwszy otworem wychodzić będzie do kuchni, a drugi do śrzodka izby, i z pierwszym będzie przy swoim otworze miał złączone, aby dym ani płomienie na izbę nie wychodziło.
W tym drugim dawać się mogą ramy z kratek drewnianych na fugach w piecu
zrobionych wspierane, a na nich liście, ogrodowiny do suszenia wkładane.
Piec taki bardzo wygodny, że w pierwszym może ogień nieuftannie krążyć i ten, drugi ogrzewać według potrzeby.
Wszystko więc przednio dosycha, wyimuie się raz, i poprawia się według potrzeby.
Tu owoce, grzyby schną wybornie. Służy też na przędziwo.
To względem suszenia wiedzieć: nayprzod: wszyftkie, które się maią suszyć a nie parzyć, powinne bydź w pogodę zbierane:
powtóre: wszyftkie maią bydź zaraz suszone, aby nie zwiędły: potrzecie piec ftosownie ma bydź napalony. Przyftąpmyż iuż do suszenia:
Nie wszyftkie w prawdzie wypada suszyć ogrodowiny; o wielu iednak ia napiszę, aby z iednych dochodzić suszenia drugich........."
Mija połowa lipca, w ogrodach zaczynają się nadmiary urodzaju, czas przetwarzania i suszenia. mam pierwsze butelki soku z czarnej porzeczki, a w garnku macerują się z cukrem porzeczki na wino. Robię tak, by zachować naturalny aromat owocu.
Są też pierwsze słoiki kiszonych ogórków.
Na jesień mam obiecane sztobry pięknej starej odmany porzeczki czerwonej, o smacznych późno dojrzewających owocach, zebranych w wielkie zbite grona wielkości niemal dłoni. Samo szczęście :)
Szykuję już dla nich miejsce koło domu, wykładając ziemię resztkami roślinnymi i odpadowym sianem z łąki. Odchwaszczam w ten sposób spory kawałek ziemi, a rozkładające się resztki roślinne są świetnym nawozem. No i nie urobię się po pachy. W ten sam sposób uzyskuję u podstawy górki ceglanej miejsce dla czarnych malin. Wyrastają na ogromne krzaki, oblepione owocami w smaku przypominającymi jeżynę.
Owocnego przetwarzania ogrodowin życzę.
niedziela, 14 lipca 2013
czwartek, 11 lipca 2013
Koty
Mały kocurek zagrabił moje serce bez reszty. Dostał na imię Maciek, w zdrobnieniu Maciuś lub Macejko. Apetyt ma wielki i już widać że będzie bystrym kotem, bo po kilku dniach już wie do czego służy lodówka, gdzie jest jego miseczka, oraz jak ma na imię, choć nadal maleńki z niemowlęco niebieskimi oczkami, dzielnie wychodzi na dwór w krzaczki na siku.
Kicia Baśka unika go i ofukuje, ale nagle razem z pojawieniem się Macejka w domu, zaczęła przynosić myszy i wołać mnie na ścieżkę, by pokazać zdobycze.
Nie wiem, czy przynosi je jak dawniej dla mnie, czy już dla Macejka, choć oficjalnie za nim nie przepada.
Mały Macejko , a pod spodem kwitnące oregano.
Pracy nadal mnóstwo wielkie, w dojrzewającym ogrodzie, przy koszeniu zielonego, które tego roku odrasta w tempie ekspresowym- tydzień i znów kosiarka i kosa do dzieła -czyli na okrągło.
Ocieplam strych wysypując na cienką polepę worki wiórów drewnianych od sąsiada stolarza. Może tego roku woda nie będzie zamarzać mi nocami w wiadrach w kuchni. Wióry wożę po cztery wory taczkami, potem wciągam je na strych po drabinie i rozsypuję grubą warstwą po polepie. Jak mam dość tej pracy, biore się za inną, a jak dość innej, to za następną. Szykuję miejsce pod czarne maliny i pod przeprowadzkę późnych malin- wykładam słomą i resztkami roślinnymi miejsca gdzie będą jesienią sadzone, szykuję miejsce pod siewy poplonowych warzyw. Grunt to urozmaicenie w pracy ;)
Swojej kolejki nie mogą się doczekać jedynie ziemniaki, bo ciągle jest coś pilniejszego do zrobienia. Zarosły po uszy.
Zbieram też zioła, jak czasu mi wystarczy. Strych pod blaszanym dachem to kapitalna suszarnia. Mam nieco dziurawca, zółtej pachnącej pięknie przytulii, niedługo zbiorę bylicę, bo zaczyna kwitnąć i czekam na zakwitnięcie wrotyczu.
Trzeba też ściąć miętę, zanim zakwitnie.
Jutro jednak, jeśli nie będzie padać idę na czarne porzeczki z wiaderkiem, na plantację jednego z sąsiadów. Trzeba się spieszyć, bo to czarne dobro zaczyna opadać. Zbierać i wozić na skup się nie opłaca, bo tam kosztują 80gr/kg. Licząc 50gr/kg dla pracownika -zbieracza, wyjdzie na to, że narobi się właściciel plantacji za darmo, bo pielęgnacja porzeczek takze kosztowała w ciągu roku- przycinanie, wykaszanie, ochrona przed chorobami i szkodnikami.
Tak że kto chce, może za pozwoleniem właściciela zebrać na własny użytek ile potrzebuje. Przynajmniej mniej serce będzie bolało, jeśli na coś się przydadzą- powiada.
Kicia Baśka unika go i ofukuje, ale nagle razem z pojawieniem się Macejka w domu, zaczęła przynosić myszy i wołać mnie na ścieżkę, by pokazać zdobycze.
Nie wiem, czy przynosi je jak dawniej dla mnie, czy już dla Macejka, choć oficjalnie za nim nie przepada.
Mały Macejko , a pod spodem kwitnące oregano.
Pracy nadal mnóstwo wielkie, w dojrzewającym ogrodzie, przy koszeniu zielonego, które tego roku odrasta w tempie ekspresowym- tydzień i znów kosiarka i kosa do dzieła -czyli na okrągło.
Ocieplam strych wysypując na cienką polepę worki wiórów drewnianych od sąsiada stolarza. Może tego roku woda nie będzie zamarzać mi nocami w wiadrach w kuchni. Wióry wożę po cztery wory taczkami, potem wciągam je na strych po drabinie i rozsypuję grubą warstwą po polepie. Jak mam dość tej pracy, biore się za inną, a jak dość innej, to za następną. Szykuję miejsce pod czarne maliny i pod przeprowadzkę późnych malin- wykładam słomą i resztkami roślinnymi miejsca gdzie będą jesienią sadzone, szykuję miejsce pod siewy poplonowych warzyw. Grunt to urozmaicenie w pracy ;)
Swojej kolejki nie mogą się doczekać jedynie ziemniaki, bo ciągle jest coś pilniejszego do zrobienia. Zarosły po uszy.
Zbieram też zioła, jak czasu mi wystarczy. Strych pod blaszanym dachem to kapitalna suszarnia. Mam nieco dziurawca, zółtej pachnącej pięknie przytulii, niedługo zbiorę bylicę, bo zaczyna kwitnąć i czekam na zakwitnięcie wrotyczu.
Trzeba też ściąć miętę, zanim zakwitnie.
Jutro jednak, jeśli nie będzie padać idę na czarne porzeczki z wiaderkiem, na plantację jednego z sąsiadów. Trzeba się spieszyć, bo to czarne dobro zaczyna opadać. Zbierać i wozić na skup się nie opłaca, bo tam kosztują 80gr/kg. Licząc 50gr/kg dla pracownika -zbieracza, wyjdzie na to, że narobi się właściciel plantacji za darmo, bo pielęgnacja porzeczek takze kosztowała w ciągu roku- przycinanie, wykaszanie, ochrona przed chorobami i szkodnikami.
Tak że kto chce, może za pozwoleniem właściciela zebrać na własny użytek ile potrzebuje. Przynajmniej mniej serce będzie bolało, jeśli na coś się przydadzą- powiada.
niedziela, 30 czerwca 2013
Oj
Mam nowego kota.
Nie tak dawno, jak tydzień temu zarzekałam się u Małgosi i Marka, że Barbaśka jest moim ostatnim kotem. Marek i Gosia na to mi odpowiedzieli, że to nie my decydujemy, a one. Zobaczysz, pewnego dnia znajdziesz na progu wrzeszczące małe coś i przyjmiesz do domu.
Dziękuję Marku i Gosiu :) :) :)
Wrzeszczące małe coś było obok domu w zaroślach przydrożnych.
Darło się rano, ale milkło jak wchodziłam między drzewa. Wieczorem już było zrozpaczone i zachrypnięte i dało się wyciągnąć z kupki nadpróchniałych badyli. Z mlekiem w miseczce nie bardzo wiedziało co robić, ale lizało jak zanurzało mu się pyszczek, za to surowego kurczaka Barbaśkowego w mikroskopijnych kawałkach zlizywało z palca.
Kocurek zdaje się.
Brzydal okropny, z serii brzydali jakie mi się trafiają, biały z czerwonym nosem i rzadko rozsypanymi burymi łatami.
W pudełku zaczęło się drzeć, cóż... jak poprzednie pokolenia kotów wychowam na rękach ...
teraz piszę, a ono śpi mi na kolanach.
Baśka na szczęście nie zareagowała całkiem alergicznie, nie nafukała na niego, ale siedzi na parapecie i spogląda na mnie spod byka.
Oj będzie się działo, spacery po firankach i takie tam.....
Nie tak dawno, jak tydzień temu zarzekałam się u Małgosi i Marka, że Barbaśka jest moim ostatnim kotem. Marek i Gosia na to mi odpowiedzieli, że to nie my decydujemy, a one. Zobaczysz, pewnego dnia znajdziesz na progu wrzeszczące małe coś i przyjmiesz do domu.
Dziękuję Marku i Gosiu :) :) :)
Wrzeszczące małe coś było obok domu w zaroślach przydrożnych.
Darło się rano, ale milkło jak wchodziłam między drzewa. Wieczorem już było zrozpaczone i zachrypnięte i dało się wyciągnąć z kupki nadpróchniałych badyli. Z mlekiem w miseczce nie bardzo wiedziało co robić, ale lizało jak zanurzało mu się pyszczek, za to surowego kurczaka Barbaśkowego w mikroskopijnych kawałkach zlizywało z palca.
Kocurek zdaje się.
Brzydal okropny, z serii brzydali jakie mi się trafiają, biały z czerwonym nosem i rzadko rozsypanymi burymi łatami.
W pudełku zaczęło się drzeć, cóż... jak poprzednie pokolenia kotów wychowam na rękach ...
teraz piszę, a ono śpi mi na kolanach.
Baśka na szczęście nie zareagowała całkiem alergicznie, nie nafukała na niego, ale siedzi na parapecie i spogląda na mnie spod byka.
Oj będzie się działo, spacery po firankach i takie tam.....
Catharsis
Catharsis zaczęło się lekkim bólem głowy w deszczowy piątek, nasilającym się podczas pieszej wędrówki do miasteczka, utrzymującym się w stanie zbrojnego zawieszenia podczas płacenia rachunków na poczcie i potem robienia zakupów. Intuicja kieruje mnie na plac sklepu z materiałami budowlanymi każąc mi pooglądać płytki i glazurę, choć za nic nie wiem po co, bo nie zamierzam ich układać. Nauczona doświadczeniem nie próbuję racjonalizować, idę grzecznie popatrzeć. Obok płytek spotykam bliskich sąsiadów, są samochodem i zabieram się razem z nimi do domu, a już podczas jazdy zawieszenie broni w mojej głowie ulega zerwaniu i następuje atak.
W domu próbuję cokolwiek robić, ale ból jest taki, że każe zamknąć oczy i nie patrzeć na świat. Kapituluję i kładę się do łóżka i zamykam oczy. Fale nieznośnego bólu ogarniają całą głowę, a jego centrum przemieszcza się w ciągle inne miejsca. Otwieram oczy wewnątrz głowy idąc wewnętrznym wzrokiem za centrum bólu wędrującym kanałami głowy i napotykam złoża kamieni, gładkich, oszlifowanych jak półszlachetne kamyki w kolorze brązu, brudnego fioletu, grafitowoszarych.... wygrzebuję i wyrzucam te kamienie z głowy, czując przy tym nasilenie bólu wręcz niemożliwe do zniesienia. Wędruję jednak i wyrzucam czując w niefizycznych rękach ich gładkość i ciężar. Po godzinach pracy ból nieco łagodnieje, zapadam w półsen, czując przytuloną do mojego boku kotę-Baśkę. Z półsnu wyciąga mnie mozolnie na jawę upierdliwa mucha, wędrująca po mojej ręce. Strząsam ją, lecz wraca. Czuję z zamkniętymi oczami wredne kosmate łapki wędrujące po moim przedramieniu i palcach.
Z wysiłkiem otwieram oczy i widzę ją, wędruje tam gdzie ją czuję, ale moje ręce aż po ramiona są przykryte obleczonym kocem. Wyczuwam ją przez tą cienką kołderkę.
Podejmuję pracę nad głową, doenergetyzowując się, żeby nie zapaść w sen przed końcem pracy, bo rozumiem już, że w kanałach głowy następuje czyszczenie z zastojów energetycznych. Czuję, jak wszystkie kanały w głowie są pootwierane, co skutkuje bólem takim, jakby ktoś skrobał ciało żyletką do żywego mięsa.
Idąc za intuicją, doprowadzam do głowy przez kręgosłup fale skrzystej złotej energii i napełniam nią otwarte kanały, patrząc na ilumnację wewnątrz głowy i wtedy następuje ostatni atak najsilniejszego bólu i mdłości, po których ulga rozlewa się po umordowanych komórkach mózgu i czaszki, oczyszczają się też fizycznie zatoki, co daje taki efekt, jakby każdy oddech wpadał lekkim ciepłym wiatrem do czystych jasnych pomieszczeń, aż pod sam dach.
Z minuty na minutę fala ulgi i dobrego samopoczucia rozchodzi się po ciele.
Zasypiam.
Budzę się w sobotę idealnie sprawna, z wrażeniem głowy umytej od środka i dzień przeznaczam na świętowanie ocalenia i odpoczynek, choć czekającej pracy jest wbród.
Gotuję młoda botwinkę z ziemniaczkami i patrzę jak kozy się pasą.
Kładę się spać wcześnie, ale nie zasypiam, leżę w dobrym samopoczuciu z otwartymi oczami. Zapada powoli niemal całkowita ciemność, ale poświata od nieba rozjaśnia nieco pokój i wtedy otwieram oczy po raz drugi i dostrzegam rozbłyski światła, świetlne race i iskry w pokoju, patrzę na kotę mruczącą jak traktor, otoczoną energetycznymi fajerwerkami, wyciągam rękę żeby ja pogłaskać i widzę wtedy swoją rękę, z pełzającymi po ramieniu ognikami, oglądam palce z odrywającymi się od ich czubków bezgłośnymi fuknięciami ognia, ciesze się iskrami i mikropiorunami przebiegającymi pomiędzy palcami.
Wyciągam obie ręce przed oczy i układam palce w kolejne mudry, widząc jak krąży energia w zamkniętych obiegach i jak wystrzela do i z palców wystawionych jak anteny.
Niedzielny ranek witamy z kotą patrząc na zaróżowione niebo na wschodzie i na rąbek słońca wynurzający się zza wysokiego górzystego horyzontu, a potem na gorącą tarczę słoneczną, ale to już zza osłony lekko uchylonych powiek i rzęs rozpraszających promienie w złotą siatkę
Catharsis
W domu próbuję cokolwiek robić, ale ból jest taki, że każe zamknąć oczy i nie patrzeć na świat. Kapituluję i kładę się do łóżka i zamykam oczy. Fale nieznośnego bólu ogarniają całą głowę, a jego centrum przemieszcza się w ciągle inne miejsca. Otwieram oczy wewnątrz głowy idąc wewnętrznym wzrokiem za centrum bólu wędrującym kanałami głowy i napotykam złoża kamieni, gładkich, oszlifowanych jak półszlachetne kamyki w kolorze brązu, brudnego fioletu, grafitowoszarych.... wygrzebuję i wyrzucam te kamienie z głowy, czując przy tym nasilenie bólu wręcz niemożliwe do zniesienia. Wędruję jednak i wyrzucam czując w niefizycznych rękach ich gładkość i ciężar. Po godzinach pracy ból nieco łagodnieje, zapadam w półsen, czując przytuloną do mojego boku kotę-Baśkę. Z półsnu wyciąga mnie mozolnie na jawę upierdliwa mucha, wędrująca po mojej ręce. Strząsam ją, lecz wraca. Czuję z zamkniętymi oczami wredne kosmate łapki wędrujące po moim przedramieniu i palcach.
Z wysiłkiem otwieram oczy i widzę ją, wędruje tam gdzie ją czuję, ale moje ręce aż po ramiona są przykryte obleczonym kocem. Wyczuwam ją przez tą cienką kołderkę.
Podejmuję pracę nad głową, doenergetyzowując się, żeby nie zapaść w sen przed końcem pracy, bo rozumiem już, że w kanałach głowy następuje czyszczenie z zastojów energetycznych. Czuję, jak wszystkie kanały w głowie są pootwierane, co skutkuje bólem takim, jakby ktoś skrobał ciało żyletką do żywego mięsa.
Idąc za intuicją, doprowadzam do głowy przez kręgosłup fale skrzystej złotej energii i napełniam nią otwarte kanały, patrząc na ilumnację wewnątrz głowy i wtedy następuje ostatni atak najsilniejszego bólu i mdłości, po których ulga rozlewa się po umordowanych komórkach mózgu i czaszki, oczyszczają się też fizycznie zatoki, co daje taki efekt, jakby każdy oddech wpadał lekkim ciepłym wiatrem do czystych jasnych pomieszczeń, aż pod sam dach.
Z minuty na minutę fala ulgi i dobrego samopoczucia rozchodzi się po ciele.
Zasypiam.
Budzę się w sobotę idealnie sprawna, z wrażeniem głowy umytej od środka i dzień przeznaczam na świętowanie ocalenia i odpoczynek, choć czekającej pracy jest wbród.
Gotuję młoda botwinkę z ziemniaczkami i patrzę jak kozy się pasą.
Kładę się spać wcześnie, ale nie zasypiam, leżę w dobrym samopoczuciu z otwartymi oczami. Zapada powoli niemal całkowita ciemność, ale poświata od nieba rozjaśnia nieco pokój i wtedy otwieram oczy po raz drugi i dostrzegam rozbłyski światła, świetlne race i iskry w pokoju, patrzę na kotę mruczącą jak traktor, otoczoną energetycznymi fajerwerkami, wyciągam rękę żeby ja pogłaskać i widzę wtedy swoją rękę, z pełzającymi po ramieniu ognikami, oglądam palce z odrywającymi się od ich czubków bezgłośnymi fuknięciami ognia, ciesze się iskrami i mikropiorunami przebiegającymi pomiędzy palcami.
Wyciągam obie ręce przed oczy i układam palce w kolejne mudry, widząc jak krąży energia w zamkniętych obiegach i jak wystrzela do i z palców wystawionych jak anteny.
Niedzielny ranek witamy z kotą patrząc na zaróżowione niebo na wschodzie i na rąbek słońca wynurzający się zza wysokiego górzystego horyzontu, a potem na gorącą tarczę słoneczną, ale to już zza osłony lekko uchylonych powiek i rzęs rozpraszających promienie w złotą siatkę
Catharsis
niedziela, 23 czerwca 2013
Nic nie robienie
Dzisiaj szkolnym autobusem o 7.30 udałam się do gminy. To jedyny autobus jaki w porannych godzinach tam zajeżdża. Drugi jest po południu, więc w porze kiedy urzędy raczej już nie pracują.
Sprawa załatwiona o 8.20 i można wracać 8 km na piechotę, bo najbliższy powrotny przed 13.00 dopiero.
No to na piechotę wracam, po cienistej stronie drogi bo upał zaczyna wzrastać. Patrzę sobie na przydrożne rośliny, co już kwitnie a co nie, co ciekawego rośnie, bo tak mam w zwyczaju. Są już kwiaty dziurawca, maki polne i chabry, rumianek, krwawnik, żółta przytulia zaczyna rozwijać chmurkę drobnych kwiatków. Zachwyciło mnie coś pięknego, kwitnącego na żółto, o cechach roślin z rodziny złożonych. Może uda mi się odszukać, co to jest. Gdy podnoszę głowę, widzę fantastyczna panoramę Działów Grabowieckich, krainy lekko górzystej, falowanej, pociętej zalesionymi wąwozami, które tutejsi ludzie zwą debrami.
Wędruję niespiesznie sprawiając sobie przyjemność obserwacji świata, bo w takie gorąco najważniejszym jest nie forsować się zbytecznie dla 15-20 minut oszczędzonego czasu, który i tak z nawiązką trzeba będzie poświęcić potem na odpoczynek.
Jakiś kilometr za Grabowcem zatrzymuje się obok mnie stareńki traktor, kierowca szarmancko otwiera blaszane drzwi kabiny i proponuje dalszą podróż wprawdzie niewygodną, ale nieco szybszą niż moje noga za nogą- od rowu do rowu ;)
Zaproszenie przyjmuję i prawie pięć kilometrów jadę siedząc na błotniku koła wewnątrz kabiny, obijając sobie odwrotna stronę medalu, gdy traktor podskakuje na po-zimowych jamach w czymś, co kiedyś było asfaltem.
Żegnam się ze starszym panem gdy ten skręca w boczną drogę, a ja mam jeszcze prawie 2 km do domu. Przyjmuję do przekazania pozdrowienia dla moich niedalekich sąsiadów, którzy okazali się rodziną pana od traktora.
Wędruję po swojemu dalej. Skręcam nieco w bok, by przyjrzeć się kolonii jerzyków (ptaszki podobne do jaskółek), które wyryły sobie jamki na gniazda w niemal pionowym zboczu gliniastej góry, do połowy podebranej przez cegielnię a potem porzuconej. Następna góra to odkryte złoże kredy. Zabieram sobie kamień kredowy do domu. Podziwiam pomysłowo zrobioną piwnicę- jaskinię wyrytą w miękkiej skale, z półkolistym wejściem, zamykanym ładnie wykonanymi podwójnymi wrotami. Podziwiam ją oczywiście z zewnątrz, bo należy do domu położonego tuż obok kredowej góry.
Jestem już w mojej wsi, gdy mija mnie karetka na sygnale do kogoś kto w tym gorącu zasłabł.
Wokół karetki grupka poważnych sąsiadów.
Docieram do domu i patrząc na kicię Baśkę wyciągającą się na wszystkie kocie sposoby i układającą się do leniuchowania, podejmuję decyzję o nicnierobieniu.
W takie upały nawet ludom Czarnego Lądu jest za gorąco na pracę, a co dopiero takim białasom jak ja.
Nicnierobienie jest niemal totalne, wylegujemy się z kicią bezczelnie, ignorując wszelkie prace oprócz karmienia i pojenia kóz. To znaczy ja karmię i poję, kicia tylko ignoruje. Na latające krwiopijce też tylko ja poluję, ona ma futro, cwaniara. Ale na moje usprawiedliwienie oświadczam, że to nie była praca, a samoobrona ;)
........................
Nie zdążam wkleić tego postu przed silną burzą, przechodzącą nad nami centralnie. Błyski z niemal natychmiastowymi grzmotami, mocny wiatr i deszcz z wielką energią tłukący o blaszany czerwony dach.
Kiciabasia przezornie, z dziwną miną rezygnuje z rozpoczętego tuż przed wielkim grzmotem molestowania o wypuszczenie na dwór.
Internet niby mam, na co wskazują wszystkie te lampki oraz wskaźniczki na monitorze, ale nie mam połączenia z żadną stroną: firefox nie może znaleźć serwera heheh. Znaczy się burza coś uszkodziła w przekaźnikach telefonii komórkowej i przyjdzie poczekać na naprawę. Wpis piątkowy wkleję przy najbliższej możliwości, co niniejszym czynię- w niedzielny wieczór.
Sprawa załatwiona o 8.20 i można wracać 8 km na piechotę, bo najbliższy powrotny przed 13.00 dopiero.
No to na piechotę wracam, po cienistej stronie drogi bo upał zaczyna wzrastać. Patrzę sobie na przydrożne rośliny, co już kwitnie a co nie, co ciekawego rośnie, bo tak mam w zwyczaju. Są już kwiaty dziurawca, maki polne i chabry, rumianek, krwawnik, żółta przytulia zaczyna rozwijać chmurkę drobnych kwiatków. Zachwyciło mnie coś pięknego, kwitnącego na żółto, o cechach roślin z rodziny złożonych. Może uda mi się odszukać, co to jest. Gdy podnoszę głowę, widzę fantastyczna panoramę Działów Grabowieckich, krainy lekko górzystej, falowanej, pociętej zalesionymi wąwozami, które tutejsi ludzie zwą debrami.
Wędruję niespiesznie sprawiając sobie przyjemność obserwacji świata, bo w takie gorąco najważniejszym jest nie forsować się zbytecznie dla 15-20 minut oszczędzonego czasu, który i tak z nawiązką trzeba będzie poświęcić potem na odpoczynek.
Jakiś kilometr za Grabowcem zatrzymuje się obok mnie stareńki traktor, kierowca szarmancko otwiera blaszane drzwi kabiny i proponuje dalszą podróż wprawdzie niewygodną, ale nieco szybszą niż moje noga za nogą- od rowu do rowu ;)
Zaproszenie przyjmuję i prawie pięć kilometrów jadę siedząc na błotniku koła wewnątrz kabiny, obijając sobie odwrotna stronę medalu, gdy traktor podskakuje na po-zimowych jamach w czymś, co kiedyś było asfaltem.
Żegnam się ze starszym panem gdy ten skręca w boczną drogę, a ja mam jeszcze prawie 2 km do domu. Przyjmuję do przekazania pozdrowienia dla moich niedalekich sąsiadów, którzy okazali się rodziną pana od traktora.
Wędruję po swojemu dalej. Skręcam nieco w bok, by przyjrzeć się kolonii jerzyków (ptaszki podobne do jaskółek), które wyryły sobie jamki na gniazda w niemal pionowym zboczu gliniastej góry, do połowy podebranej przez cegielnię a potem porzuconej. Następna góra to odkryte złoże kredy. Zabieram sobie kamień kredowy do domu. Podziwiam pomysłowo zrobioną piwnicę- jaskinię wyrytą w miękkiej skale, z półkolistym wejściem, zamykanym ładnie wykonanymi podwójnymi wrotami. Podziwiam ją oczywiście z zewnątrz, bo należy do domu położonego tuż obok kredowej góry.
Jestem już w mojej wsi, gdy mija mnie karetka na sygnale do kogoś kto w tym gorącu zasłabł.
Wokół karetki grupka poważnych sąsiadów.
Docieram do domu i patrząc na kicię Baśkę wyciągającą się na wszystkie kocie sposoby i układającą się do leniuchowania, podejmuję decyzję o nicnierobieniu.
W takie upały nawet ludom Czarnego Lądu jest za gorąco na pracę, a co dopiero takim białasom jak ja.
Nicnierobienie jest niemal totalne, wylegujemy się z kicią bezczelnie, ignorując wszelkie prace oprócz karmienia i pojenia kóz. To znaczy ja karmię i poję, kicia tylko ignoruje. Na latające krwiopijce też tylko ja poluję, ona ma futro, cwaniara. Ale na moje usprawiedliwienie oświadczam, że to nie była praca, a samoobrona ;)
........................
Nie zdążam wkleić tego postu przed silną burzą, przechodzącą nad nami centralnie. Błyski z niemal natychmiastowymi grzmotami, mocny wiatr i deszcz z wielką energią tłukący o blaszany czerwony dach.
Kiciabasia przezornie, z dziwną miną rezygnuje z rozpoczętego tuż przed wielkim grzmotem molestowania o wypuszczenie na dwór.
Internet niby mam, na co wskazują wszystkie te lampki oraz wskaźniczki na monitorze, ale nie mam połączenia z żadną stroną: firefox nie może znaleźć serwera heheh. Znaczy się burza coś uszkodziła w przekaźnikach telefonii komórkowej i przyjdzie poczekać na naprawę. Wpis piątkowy wkleję przy najbliższej możliwości, co niniejszym czynię- w niedzielny wieczór.
czwartek, 20 czerwca 2013
Siano
Pracy mnóstwo, jak to latem na wsi. Korzystając z dobrej pogody, kosi się łąki i składa siano w kopy. Mimochodem- przejazdem sąsiad skosił moją łączkę, Stolarzowie pomogli zwałować i ułożyć w kopy przeschnięte i wcześniej odwracane siano. Już mu nie grozi deszcz, a to najważniejsze. Na jakiś czas mogę się skupić na innych pilnych pracach.
W obejściu dalszy ciąg porządkowania- cięcie starych desek i robienie miejsca na siano w oborze. Dach stodoły przecieka jak sito i siano trzeba było zeszłej zimy zabezpieczać dodatkowo plandekami rolniczymi, co tylko częściowo zdało egzamin. Obora jest duża, pomieści zapas.
Długie deszcze spowodowały przerwy w pracy w ogrodzie, a teraz nadganiam wyrzucanie przerośniętych chwastów z warzyw i ziemniaków.
Upał jest wielki, wilgotne powietrze i mnóstwo latających głodnych krwi owadów.
Do mojego stadka przybył za sprawą jednego z Gości piękny mlecznobeżowy kozioł, któremu zostało nadane imię Daruś.
Jest grzeczny i dobrze wychowany.
Zdjęcia pokażę niebawem.
Nie zamieszczam od jakiegoś czasu fotografii, bo zmieniłam starą Malinową Mandarynkę-Ubuntu na najnowszą dystrybucję i... niespodzianka. Nowy nie chce rozmawiać z moim aparatem fotograficznym. Nie mogę zrzucić zdjęć.
Jest więcej nieciekawych niespodzianek dla mnie, bo znikło wiele ładnie rozwiązanych funkcji, a pojawiły się nowe, mało przydatne i tak pochowane po kątach, że nie chce się ich szukać. Nie mam czasu na łamigłówki.
Używam wobec tego komputera wyłącznie jako komunikatora ze światem, prostej maszyny do pisania i magazynu, bowiem nie jestem maniakiem linuksowym, a wiele lat temu dokonany wybór, by używać Linuxa był podyktowany względami praktycznymi i sympatią dla alternatywnych rozwiązań.
Za sprawą tego bloga znaleźli mnie osiedleńcy z pobliskiej gminy: Mail, telefon i szybka miła wizyta wspaniałych Gości.
Oni sami mieszkają w swojej wsi od trzech lat. Przeszli kupowanie domu, remont i wszelkie perypetie osiedleńców, co widziałam udokumentowane starannie na zdjęciach.
Razem z Gośćmi przyjechała do mnie sadzonka Surmii (katalpa), kilka sadzonek motylich krzewów, czyli Budleja (omżyn), sadzonka płożącego iglaka (znalazłam mu miejsce na skarpie) i wysiane ręką Gosi bratki.
Dziękuję :)
Budleję stosowała medycyna tradycyjna jako lek na wątrobę i schorzenia oddechowe.
Wyciągi z Budlei działają przeciwalergicznie, przeciwzapalnie, zapobiegają wysiękom z naczyń krwionośnych, stabilizują i ochraniają błony komórkowe i wymiatają wolne rodniki. Ochraniają strukturę DNA. Przyspieszają też rozkład nadmiaru tłuszczu w tkankach.
Wyciągi z budlei i niszczą patogenne wirusy i bakterie, odtruwają, pomagają usuwać toksyczne produkty przemiany materii wraz ze zwiększoną ilością moczu.
Używane zewnętrznie pomagają leczyć rany, wrzody, pielęgnują skórę, chronią przed UV.
Łyżkę liści lub liści i kwiatów zalać szklanką wrzątku, zaparzać do 30 minut. Można w termosie.
Pić do dwóch szklanek dziennie, w wyżej wymienionych problemach, a także w astmie, nieżytach układu oddechowego, moczowego, problemach wątrobowych, chorobach skórnych (połączyć z przemywaniem i okładami), do przemywania skóry z problemami alergicznymi.
Do kosmetyków najlepiej wykonać nalewkę (jedna część liści i kwiatów na pięć części alkoholu).
Można nalewkę także zażywać (zamiast naparu) w ilości 5-10 ml 3x dziennie, rozpuszczoną w 100 ml wody.
W balonie 15 litrowym, największym jaki mam, znów bulka sobie energicznie wino z kwiatów bzu czarnego, bo zeszłoroczne- nastawione w eksperymentalnej ilości- okazało się tak dobre, że się rozeszło bez śladu jeszcze z końcem zimy. "Moc maczugi" przeszła mu po jakimś miesiącu od ostatniego opisu, złagodniało i stało się bardzo przyjemne choć nadal oryginalne. Przemiany jakie przechodziło, były zaskakujące i szkoda, że nie doczekało degustacji po roku od nastawienia. Może tegoroczne doczeka.
W lesie kurki i prawdziwki, ale nie bywam, tnę i wożę taczką drewno do drewutni, wyrywam chwasty, porządkuję potrzebne pomieszczenia gospodarcze, zajmuję się sianem, kozami, koszeniem połaci przydomowych- zielonych i padam wieczorkiem.
Jest jednak szansa, że za parę dni dogonię zaległości i rzeczone kurki wylądują w garnuszku :)
W obejściu dalszy ciąg porządkowania- cięcie starych desek i robienie miejsca na siano w oborze. Dach stodoły przecieka jak sito i siano trzeba było zeszłej zimy zabezpieczać dodatkowo plandekami rolniczymi, co tylko częściowo zdało egzamin. Obora jest duża, pomieści zapas.
Długie deszcze spowodowały przerwy w pracy w ogrodzie, a teraz nadganiam wyrzucanie przerośniętych chwastów z warzyw i ziemniaków.
Upał jest wielki, wilgotne powietrze i mnóstwo latających głodnych krwi owadów.
Do mojego stadka przybył za sprawą jednego z Gości piękny mlecznobeżowy kozioł, któremu zostało nadane imię Daruś.
Jest grzeczny i dobrze wychowany.
Zdjęcia pokażę niebawem.
Nie zamieszczam od jakiegoś czasu fotografii, bo zmieniłam starą Malinową Mandarynkę-Ubuntu na najnowszą dystrybucję i... niespodzianka. Nowy nie chce rozmawiać z moim aparatem fotograficznym. Nie mogę zrzucić zdjęć.
Jest więcej nieciekawych niespodzianek dla mnie, bo znikło wiele ładnie rozwiązanych funkcji, a pojawiły się nowe, mało przydatne i tak pochowane po kątach, że nie chce się ich szukać. Nie mam czasu na łamigłówki.
Używam wobec tego komputera wyłącznie jako komunikatora ze światem, prostej maszyny do pisania i magazynu, bowiem nie jestem maniakiem linuksowym, a wiele lat temu dokonany wybór, by używać Linuxa był podyktowany względami praktycznymi i sympatią dla alternatywnych rozwiązań.
Za sprawą tego bloga znaleźli mnie osiedleńcy z pobliskiej gminy: Mail, telefon i szybka miła wizyta wspaniałych Gości.
Oni sami mieszkają w swojej wsi od trzech lat. Przeszli kupowanie domu, remont i wszelkie perypetie osiedleńców, co widziałam udokumentowane starannie na zdjęciach.
Razem z Gośćmi przyjechała do mnie sadzonka Surmii (katalpa), kilka sadzonek motylich krzewów, czyli Budleja (omżyn), sadzonka płożącego iglaka (znalazłam mu miejsce na skarpie) i wysiane ręką Gosi bratki.
Dziękuję :)
Budleję stosowała medycyna tradycyjna jako lek na wątrobę i schorzenia oddechowe.
Wyciągi z Budlei działają przeciwalergicznie, przeciwzapalnie, zapobiegają wysiękom z naczyń krwionośnych, stabilizują i ochraniają błony komórkowe i wymiatają wolne rodniki. Ochraniają strukturę DNA. Przyspieszają też rozkład nadmiaru tłuszczu w tkankach.
Wyciągi z budlei i niszczą patogenne wirusy i bakterie, odtruwają, pomagają usuwać toksyczne produkty przemiany materii wraz ze zwiększoną ilością moczu.
Używane zewnętrznie pomagają leczyć rany, wrzody, pielęgnują skórę, chronią przed UV.
Łyżkę liści lub liści i kwiatów zalać szklanką wrzątku, zaparzać do 30 minut. Można w termosie.
Pić do dwóch szklanek dziennie, w wyżej wymienionych problemach, a także w astmie, nieżytach układu oddechowego, moczowego, problemach wątrobowych, chorobach skórnych (połączyć z przemywaniem i okładami), do przemywania skóry z problemami alergicznymi.
Do kosmetyków najlepiej wykonać nalewkę (jedna część liści i kwiatów na pięć części alkoholu).
Można nalewkę także zażywać (zamiast naparu) w ilości 5-10 ml 3x dziennie, rozpuszczoną w 100 ml wody.
W balonie 15 litrowym, największym jaki mam, znów bulka sobie energicznie wino z kwiatów bzu czarnego, bo zeszłoroczne- nastawione w eksperymentalnej ilości- okazało się tak dobre, że się rozeszło bez śladu jeszcze z końcem zimy. "Moc maczugi" przeszła mu po jakimś miesiącu od ostatniego opisu, złagodniało i stało się bardzo przyjemne choć nadal oryginalne. Przemiany jakie przechodziło, były zaskakujące i szkoda, że nie doczekało degustacji po roku od nastawienia. Może tegoroczne doczeka.
W lesie kurki i prawdziwki, ale nie bywam, tnę i wożę taczką drewno do drewutni, wyrywam chwasty, porządkuję potrzebne pomieszczenia gospodarcze, zajmuję się sianem, kozami, koszeniem połaci przydomowych- zielonych i padam wieczorkiem.
Jest jednak szansa, że za parę dni dogonię zaległości i rzeczone kurki wylądują w garnuszku :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)