poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Sok z perzu

I po długiej nieobecności:
Znów wiosna i wyścig z trawą :)
A u mnie zmiany, zmiany, zmiany..

Przede wszystkim jestem już niemal na wyżywieniu witariańskim,
do czego dążyłam uparcie drogą eliminacji kolejnych wynalazków, przez czas jaki tu mieszkam.
Chcę Wam powiedzieć, ze najtrudniejsze jest przestawienie psychiki.
I to nie z powodu strachu, że się umrze na samym surowym, ale z powodu
informacji jakie na temat menu witarian serwuje internet.
Są to wiadomości typu: osiem bananów, kilo jabłek, sześć pomarańczy,
micha zieleniny i to nie na cały dzień, ale na pierwsze śniadanko- żeby uzupełnić kalorie, witaminy mikroelementy i inne rzeczy. Po kieszeniach należy trzymać batony witariańskie, żeby się nie przewrócić z głodu do drugiego śniadania itd itp.
A ja nie dała bym rady. Objętościowo.
Poniosła bym porażkę po dwóch bananach, jabłku i pomarańczy.
I tyle mi wystarcza żeby się dobrze czuć i pracować fizycznie do obiadu.
Oświadczam, że człowiek nie jest kozą. Hodowałam kozy, to wiem ile musi zjeść koza.
Człowiek nie wiem dlaczego, może z powodu wyższej od kozy świadomości, potrafi zadowolić się niewielką ilością jedzenia, a nadmiar po prostu mu szkodzi.
Być może metabolizm człowieka uwzględnia bezpośrednie żywienie się zawartą w przestrzeni życiową energią (chi, prana, orgon to niektóre nazwy tego samego).
W związku z tym, powstała w mojej głowie robocza teoria, że osoby mające wieczne problemy z nadwagą są w zasadzie uprzywilejowane w stosunku do chudeuszy, którzy muszą niewiarygodnie dużo jeść zeby nie zniknąć z planu ziemskiego.
Skoro osoby z nadwagą potrafią utyć od liścia sałaty, to znaczy że reprezentują sobą MODEL OSZCZĘDNY ciała ziemskiego. Wystarczy im prana i liść sałaty, by  przyciąganie ziemskie z nich nie zrezygnowało.
Niestety dzięki propagandzie żywieniowej w którą bezapelacyjnie wierzą, męczą się ze sobą i własnymi sznurówkami. Zupełnie niepotrzebnie.

Wracając do witariańskiego menu: rzadko jem banany, bo nie przepadam, a pomarańcze są u mnie w domu jako owoc sokowy na wyjście z głodówek.
(Bo właśnie z tą wczesną wiosną, weszłam w tryb -mam nadzieję- regularnych postów.
Tych na wodzie i suchych. Dla zdrowotności i czystości wewnętrznej- cielesnej i duchowej.
(I w ramach dygresji małej, informacja dla tych, którzy tego nie spróbowali:
Odstawiając jedzenie doznaje się fantastycznego samopoczucia i jasności umysłu, które niestety znika po powrocie do cięższego jedzenia. Utrzymuje się przy diecie witariańskiej. Znikają też różne nie rokujące wyleczenia dolegliwości).

Druga przerażającą mnie osobiście rzeczą, jaką na temat witarianizmu serwują portale internetowe jest taka, że NIE DA się być na witariańskim bez kupowania zamorskich cudów, by się nimi żywić. Kosmicznie trudno jest trafić na jakiekolwiek surowe przepisy, bez co najmniej 3/4 egzotycznych składników.
Oglądany z tej strony witarianizm, plasuje się  u mnie w kanonach literatury fantazy.
Oczywiście  da się jeść na surowo z krajowych składników.. Nieco wyobraźni i wszystko się da.
Nawet grzyby się da. Wspaniała jest np surówka z pieczarek :)
Grzyby można też kisić.
Po jakimś czasie w zasadzie człowiek woli zjeść osobno składniki, niż kombinować jakieś specjalne papki wieloskładnikowe w blenderze, lub piramidalne surówki z wymyślnymi  dressingami.
Zaczyna się preferować czyste smaki.

Kończę już gadulstwo, chcę tylko wyjaśnić jeszcze, że wspomniany na wstępie wyścig z trawą nie polega na próbach zjedzenia trawnika, bo oczywiście człowiek kozą nie jest, ale....jest mały wyjątek. Perz.
Jest masa informacji o niebywałej zdrowotności soków wyciskanych ze specjalnie hodowanej pszenicy (oczywiście zmodyfikowanej genetycznie) oraz innych zbóż.
Otóż śmiem zauważyć, że upierdliwy perz nadaje się do tego o wiele bardziej.
Przede wszystkim nie jest rośliną hodowlaną i ma w sobie ogromną siłę przetrwania, oraz całe mnóstwo rozpuszczalnej krzemionki dającej mocne kości i sprawne stawy, elastyczną skórę i naczynia krwionośne.
Czyści krew z metabolitów, chroni wątrobę, likwiduje skłonności do zaparć, dobrze działa na nerki (rozpuszcza kolekcje kamuszków) i na ładną cerę.
Wielkie uznanie dla działania soku z perzu ma Medycyna Chińska, która zapewnia o jego silnym działaniu regenerującym.
Perz wg oficjalnych danych, nie zawiera szkodliwych dla człowieka składników.
Nic, tylko używać sam, albo zmieszany z pokrzywą, a wtedy to już będzie mega suplement wiosenny.
Sok uzyskamy przepuszczając młode pędy przez maszynkę do mięsa. Masę odciskamy przez płócienną ściereczkę. Można oczywiście użyć wyciskarki do soków.
Jeśli ktoś chce, a właśnie oczyszcza grządki pod siewy, może wczesnowiosenny sok zrobić z liści i kłączy.

I jeszcze mała dygresja na koniec:
Nie piszę tego, żeby udowadniać komukolwiek wyższość jednego sposobu jedzenia nad drugim.
To co robię, jest moim wyborem i absolutnie nie próbuje komukolwiek czegokolwiek narzucać.
Piszę jedynie o własnych doświadczeniach, eksperymentach, przemyśleniach i przemianach.





16 komentarzy:

  1. Muszę przyznać, że o ile wszelakie wpisy o witarianizmie omijam szerokim łukiem - z tych samych powodów co podałaś, to Twój przeczytałam z przyjemnością ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj :)
      A ja z przyjemnością oglądam zdjęcia z Twojego Domu. Bardzo fajny i pomysłowy jest Twój foliak.
      Mam sporo drewnianych okien z wymiany, może na bazie tego pomysłu coś mi się uda skonstruować na południowej ścianie obory?
      Mam nadzieję, że mi się to nie rozsypie :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. rok temu przeczytałam cały Twój blog, od tego czasu regularnie zaglądam. Pozdrawiam Cię mocno i życzę radości z bycia na swojej drodze :) powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło, również pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Mogłabyś napisać więcej o swojej żywnościowej drodze i obecnym sposobie jedzenia?Podziwiam Twój sposób na życie,a Twój blog jest dla mnie bardzo inspirujący.Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Małgorzato
      postaram się napisać, ale moja droga to jest poszukiwanie informacji i eksperymenty. Nic, co można by ująć w konkretne ramy i systemy.
      Podstawową sprawą jeśli się chce zmienić dotychczasowy sposób życia i nawyki, to bycie dobrym dla siebie.
      Nie pomyl tego z pobłażliwością.
      Dobroć nie ma nic wspólnego z pobłażliwością.
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. No, popatrz - ostatnio żarłam perz, bez wyciskania soku, w sałatkach. Razem z całą zżarliwą zieleniną z ogrodu i łąki. A teraz już trzeci dzień post ( nie nazwę tego głodówką, bo piję raz dziennie sok oraz wywary z ziół i warzyw. Rzeczywiście, czuję się dobrze, ale myślę tak, jak zwykle. Za to ból zmniejszył się wyraźnie już pierwszego dnia, znikło również zmęczenie i apatia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Młodziutki perz jest miękki, ale nigdy nie próbowałam go jeść w surówkach. Robię tylko soki w wyciskarce na korbkę.
      U mnie też wszelka wiosenna dzika zielenina na talerzu.
      Powodzenia w wiosennej odnowie :)

      Usuń
    2. Dzięki Ci za tę informację o oszczędnych organizmach. Przypomniałam sobie, że jako dziecko prawie nie jadłam, a byłam zdrowa i wcale nie zagłodzona. Oczywiście - ciągali mnie po lekarzach, zabawiali, zmuszali do jedzenia i cały cyrk. I pewnie tak już zostało. Tyle, że swojej młodej nie zmuszałam. Ona to dopiero miała oszczędne gospodarowanie karmą! Ale to już inny temat. W każdym razie dzięki Tobie usunęłam jeszcze jeden zapis. Który to już? I zupełnie nowe rzeczy się odkrywają. Niby oczywiste, ale tak dogłębnie, nie tylko powierzchownie. To, co lubimy w jedzeniu, to smaki. Smakiem można się delektować trzymając przez pół godziny w ustach jeden kęs, zamiast szybko zmiatać cały talerz. Tyle, że to etap, aż przestanie to być ważne i potrzebne. Widzisz, te marzenia o lis alfar były potrzebne - przygotowały dobry grunt na PRZYSWOJENIE pewnych rzeczy i wprowadzenie ich w życie.

      Usuń
  5. Dziękuję Ci Utygan za te słowa o dobroci i pobłażliwości.Staram się być świadoma swoich myśli, być ich obserwatorem,ale to jest jeszcze inny element niełatwej drogi do siebie.
    U mnie również zielenina, ale ja lubie upychać ją w szejkach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zielone w szejkach to dobry pomysł. Ile osób, tyle sposobów na osiągnięcie przemiany. Każdy organizm jest inny i inaczej może zareagować. W grę wchodzi psychika i wdrukowane prezekonania, a także uwarunkowania fizyczne.
      Wprawdzie nasz umysł ma wpływ na geny ciała, ale kiedy zaczynamy, to zaczynamy z zastanym inwentarzem, niestety :)
      Zmiany postępują krok po kroku. Zdobycze, na przemian z cofaniem się o pół kroku po osiągnięciu dwóch.
      Ale ciągle do przodu.
      Nie należy krzywdzić ciała pośpiechem. Trzeba dać mu czas.

      Usuń
  6. Nigdy Ci nie podziękowałam, więc zrobię to teraz. Za zainteresowanie zielarstwem, które stało się moją pasją, a w sumie raczej sposobem na życie. Za zmiany, jakie nastąpiły po pierwszym kontakcie z ziołami. Za zmiany, które wciąż następują na różnych polach mojego życia. W tym też żywieniowe. Wielkie dzięki. I choć witarianizm jako tako mnie nie interesuje, to świadome żywienie i znalezienie własnej w tym drogi, dla mojego organizmu najlepszej, już jak najbardziej tak. Pozdrawiam znad talerzyka pełnego kiwi i pomarańczy. Działa lepiej niż kawa. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Whoanita
      Ja przekazuję jedynie informacje,
      Podziękuj przede wszystkim sobie, bo jesteś jedną z niewielu osób, które oprócz czytania, wprowadzają nowe w swoje życie.
      Wbrew pozorom, nie jest to takie częste :)
      Wiele osób pozostaje wyłącznie na etapie intelektualnego obrabiania informacji, nie idąc kroku dalej.
      Pozdrawiam Cię serdecznie
      Cieszę się, że się zmieniasz i znajdujesz w tym przjemność.

      Usuń
  7. nie czytajcie informacji w necie na temat żywienia bo osiwiejecie, zanim jeszcze zdążycie cokolwiek zmienić :P

    OdpowiedzUsuń
  8. Dokładnie, im mniej się je, tym lepiej, książkę mógłbym napisać o odżywianiu i o bzdurach, które serwują witariańskie portale. A teraz to można naprawdę najeść się samą pokrzywą jest taka soczysta i smaczna. Taka smaczna witariańska kanapka to liście pokrzywy przełożone "czosnecznicą" ( rosyjska nazwa )Ja nie wiem, jak po polsku zwie się ta roślina, ale rośnie bardzo często w pobliżu pokrzywy, ma delikatne liście, kwitnie na biało i już teraz już kwitnie i smakuje jak szczypiorek. I wspaniale komponuje się smakowo z pokrzywą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polska nazwa ziółka to chyba czosnaczek.
      Dopiero wróciłam w szeregi internautów. od 30 kwietnia byłam bez dostępu do neta.
      Pozdrawiam Maćku :)

      Usuń