Wielkie upały, nowy piec schnie w oczach, więc pierwsze symboliczne, a zarazem radosne zdarzenie jakim jest rozpalenie malutkiego ogieńka w palenisku- już za mną. Piec zaśpiewał rwąc ogień w podnośnik ciepła, a w kominie ukazał się dym.
Zapalam maleńkie pięciominutowe ogieńki (Garść słomy i garstka drobnych gałązek) wstając o piątej rano, bo wtedy komin nie jest nagrzany słońcem.
I za każdym razem jest to dla mnie wielkie zdarzenie.
Piec jest absolutnie piękny, absolutnie niezwykły i absolutnie jedyny na całym Świecie.
Ma dwie komory, jak prawdziwe serce i jest w środku domu, jak prawdziwe serce.
Zbudowany przez dwóch Mistrzów zesłanych przez przeznaczenie, przy pomocy pomocników zesłanych przez przeznaczenie, bo ze zwoływanych przez pierwszego Mistrza-Artura uczniów, nikt nie zdołał dojechać.
Zachwiania równowagi energii oraz krystalizacji oka cyklonu, dokonała Gorzka Jagoda, (kontaktując jesienią Artura Milickiego- wędrownego artystę od pieców rakietowych, z jedną taką marznącą zimami wiedźmowatą z Niebieskiej Chaty).
Magiczny cyklon uzyskał siłę materializacji zamierzeń z końcem lipca, wraz z przyjazdem Asi i Tomka, oraz przyłożeniem przez Tomka dłuta do starego pieca i wyłamaniem pierwszego kafla (Utygan, czy na pewno? Decyduj).
Cyklon zaczął nabierać mocy wraz z dewastacją starego pieca kuchennego dokonywaną wspólnymi siłami, aż wreszcie dnia czwartego od początku rujnacji pojawił się Artur, a piątego dnia dotarli z pomocnymi dłońmi Agata z Radzikiem, (obydwoje z boskiej wysokości spoglądający na świat, w środku własnego wiru materializacji). Na końcu pewien tajemniczy Barman z całkiem innej bajki.
Wraz z przybyciem reszty ekipy dewastacja dosięgła drugiego pieca, oraz części ścian przyległych, tak że podział na pokoje i kuchnię był czysto symboliczny.
I w tym momencie zaczęła się magia tworzenia.
Artur użył do stworzenia pieca tylko tych materiałów, które wyjęliśmy ze starych pieców, plus glinę z tutejszego złoża.
Miał na to do dyspozycji tylko kilka dni, w ciągu których zaplanował piec, wyznaczył jego miejsce, zbudował komorę paleniska i podnośnik ciepła, oraz podstawę pod drugą komorę odbierającą ciepło, ogrzewającą pokoje.
Opuszczając nas dla oczekującego zlecenia, zostawił wiele wskazówek dotyczących wykończenia pieca, oraz danych technicznych dotyczących budowy pieców rakietowych z paleniskiem Petera Van der Berga .
Dzięki Niemu, dowiedzieliśmy się, jak cudnym materiałem jest glina i glinosłoma, a także mieliśmy możliwość fizycznej pracy z tymi materiałami.
Artur natomiast po raz pierwszy miał możliwość budowania pieca z tak dziwnych i różnorodnych materiałów, które na pierwszy rzut oka wydawały się bezsensowne.
Asi i Tomkowi skończył się urlop, Artur wyjechał do nowego pieca, Agata z Radzikiem pojechali 8 km dalej, do swojego odnalezionego prywatnego raju- gotowego leśnego ogrodu z domkiem do remontu,(który przywołał ich i oczarował kiedy wpadli mnie odwiedzić tylko na chwilę). Ich nowy Dom trzeba ocieplić przed zimą i uruchomić piece.
Zostałam sama ze swym szczęściem zrealizowanym w połowie i włączyłam tryb muła, (czyli nie myśleć i do roboty), żeby zdążyć ukończyć murowanie reszty pieca i komina przed zimą.
Ciąg dalszy "dziania się" spowodował jednak, że w tym samym czasie skontaktowała się ze mną poprzez komentarze na blogu Iwi. Iwonka przybyła następnego dnia po telefonie, a wraz z nią drugi Mistrz, a zarazem Towarzysz jej życia, Piotr- murarz.
To dzięki Piotrowi piec został ukończony i uzyskał kształt ostateczny, a ściany znów oddzielają od siebie pomieszczenia Niebieskiej Chaty.
Do fali materializacji jaka przetoczyła się przez tą czasoprzestrzeń należy zdarzenie poboczne- ocembrowanie źródełka w moim wąwozie tuż przed zjazdem piecowym. Braliśmy z niego wspaniałą wodę do picia, a chłód wąwozu stanowił wytchnienie od afrykańskiego żaru, jakim obdarzyło nas tegoroczne lato.
Budowanie działo się na fali energii wymiany. Stare piece zamieniły się w nowy piec, a my wszyscy wymienialiśmy się pracą za umiejętności i wiedzę.
No cóż, nie ukrywam, że to wszystko było trochę szalonym, ale wspaniałym doświadczaniem.
Z podziękowaniami:
Podaję link do strony z piecami Artura http://pieceartura.pl/category/bez-kategorii/realizacje/
Agacie i Radkowi życzę cudownej, ciepłej zimy we własnym domu
Asi i Tomkowi doczekania upragnionego zdjęcia kajdanek rzeczywistości miejskiej
Tajemniczemu Barmanowi dużo szczęścia (to bywa przydatne :)
Iwonce i Piotrowi założenia najpiękniejszej, wymarzonej Rodowej Siedziby, bo właśnie się wybierają we własne miejsce.
piątek, 14 sierpnia 2015
środa, 22 lipca 2015
Prażmo i tsampa
Na temat prażma sporo i przystępnie napisał Mr. Wilson Bushcraft, więc nie będę powielać informacji, ale skieruję zainteresowanych i spragnionych eksperymentów z jedzeniem do źródła:
http://bushcraftwilson.blogspot.com/2013/08/prazmo-tereny-polski-w-dalekiej.html
Zachęcam do pobuszowania po blogu Mr. Wilsona :), jest ciekawie.
Na temat tsampy napiszę krótko, bo wypróbowałam wersję z kaszy jęczmiennej, jako że mam jej spory zapas. Może nie jest to całkiem prawdziwa tsampa bo z kaszy, ale myślę, że oddaje w dużej części smak.
Oryginalnie w Tybecie, moczy się całe ziarno jęczmienia przez dobę, a potem praży na złotobrązowo i mieli w młynach na mąkę.
Proces podobny do procesu uzyskiwania prażma z różnych nasion na słowiańskich terenach. Może poza mieleniem na mąkę, ale tego nie możemy być pewni.
Dzięki wodzie którą wchłonęły nasiona podczas moczenia, skrobia prażonych nasion ulega przemianom, a uzyskana mąka jest produktem, którego nie trzeba już gotować. Wystarczy dodać do osolonej ciepłej wody z rozpuszczonym masłem lub olejem w wersji postnej, a w wersji bardziej rozbudowanej do herbaty z masłem, lub herbaty z mlekiem i masłem (no i sól oczywiście), można dodać tarty ser, lub wykonać ją od początku na słodko. Chłopi dodają często tsampę do piwa. Mieszanie jest całą sztuką, by nie uzyskać kleistego gniota. Miesza się we własnej miseczce delikatnie, własnym czystym paluchem, aż do uzyskania pulchnego i plastycznego ciasta, z którego wyrabia się kulki, kluski i inne formy, oczywiście też własnymi paluszkami. Zjada się to w towarzystwie sosów i innych dodatków- na słono, lub na słodko. Na słodko posmakowała mi bardzo polana miodem.
W Tybecie jest podstawą pożywienia i elementem kultury. Związane sa z nią zachowania kulturowe, piękne zdobione naczynia do podawania i przechowywania, oraz porzekadła.
Nazwa tsampa jest zarezerwowana jedynie dla mąki z prażonego jęczmienia. Podobną mąkę robi się jeszcze z prażonego grochu i stanowi ona dodatek do tsampy dla uboższych ludzi.
Zrobiłam jedną mąkę i drugą. (Groch oczywiście też moczony przed prażeniem).
Zamiast młyna użyłam młynka do kawy, bo mój ręczny młynek do nasion niestety nie pozwala uzyskać drobnego przemiału.
Cóż mogę powiedzieć, tsampa uzależnia :) Jest bardzo smaczna sama i zmieszana z mąką z grochowego prażma. Pasuje smakowo do wszelkich potraw i ja bez problemów zastępuję nią chleb.
Z ciekawostek: do przechowywania tsampy używa się naczyń zwanych tsam-phor, co w sposób prosty kojarzy się z grecką nazwą amfora. Nazwa ta jest równiez określeniem naczynia i kto wie, czy nie przywędrowała z Tybetu.
Aha i z doświadczenia, taka porada (gdyby ktoś miał zamiar pobawić się w robienie tsampy) Dajemy dwie, lub dwie i pół części płynu, na część suchej tsampy.
http://bushcraftwilson.blogspot.com/2013/08/prazmo-tereny-polski-w-dalekiej.html
Zachęcam do pobuszowania po blogu Mr. Wilsona :), jest ciekawie.
Na temat tsampy napiszę krótko, bo wypróbowałam wersję z kaszy jęczmiennej, jako że mam jej spory zapas. Może nie jest to całkiem prawdziwa tsampa bo z kaszy, ale myślę, że oddaje w dużej części smak.
Oryginalnie w Tybecie, moczy się całe ziarno jęczmienia przez dobę, a potem praży na złotobrązowo i mieli w młynach na mąkę.
Proces podobny do procesu uzyskiwania prażma z różnych nasion na słowiańskich terenach. Może poza mieleniem na mąkę, ale tego nie możemy być pewni.
Dzięki wodzie którą wchłonęły nasiona podczas moczenia, skrobia prażonych nasion ulega przemianom, a uzyskana mąka jest produktem, którego nie trzeba już gotować. Wystarczy dodać do osolonej ciepłej wody z rozpuszczonym masłem lub olejem w wersji postnej, a w wersji bardziej rozbudowanej do herbaty z masłem, lub herbaty z mlekiem i masłem (no i sól oczywiście), można dodać tarty ser, lub wykonać ją od początku na słodko. Chłopi dodają często tsampę do piwa. Mieszanie jest całą sztuką, by nie uzyskać kleistego gniota. Miesza się we własnej miseczce delikatnie, własnym czystym paluchem, aż do uzyskania pulchnego i plastycznego ciasta, z którego wyrabia się kulki, kluski i inne formy, oczywiście też własnymi paluszkami. Zjada się to w towarzystwie sosów i innych dodatków- na słono, lub na słodko. Na słodko posmakowała mi bardzo polana miodem.
W Tybecie jest podstawą pożywienia i elementem kultury. Związane sa z nią zachowania kulturowe, piękne zdobione naczynia do podawania i przechowywania, oraz porzekadła.
Nazwa tsampa jest zarezerwowana jedynie dla mąki z prażonego jęczmienia. Podobną mąkę robi się jeszcze z prażonego grochu i stanowi ona dodatek do tsampy dla uboższych ludzi.
Zrobiłam jedną mąkę i drugą. (Groch oczywiście też moczony przed prażeniem).
Zamiast młyna użyłam młynka do kawy, bo mój ręczny młynek do nasion niestety nie pozwala uzyskać drobnego przemiału.
Cóż mogę powiedzieć, tsampa uzależnia :) Jest bardzo smaczna sama i zmieszana z mąką z grochowego prażma. Pasuje smakowo do wszelkich potraw i ja bez problemów zastępuję nią chleb.
Z ciekawostek: do przechowywania tsampy używa się naczyń zwanych tsam-phor, co w sposób prosty kojarzy się z grecką nazwą amfora. Nazwa ta jest równiez określeniem naczynia i kto wie, czy nie przywędrowała z Tybetu.
Aha i z doświadczenia, taka porada (gdyby ktoś miał zamiar pobawić się w robienie tsampy) Dajemy dwie, lub dwie i pół części płynu, na część suchej tsampy.
wtorek, 21 lipca 2015
A gdzie moje siwe gąski...
Pasała gąski na Bukowinie
Miała ze sobą skrzypki jedyne
I grała, śpiewała
I te swoje siwe gąski pasała....
Pasła je pasła, aż pogubiła
Cóż ja nieszczęsna będę robiła :)
A gdzie moje siwe włosy, gdzie? Podziały się, znikły jak poranna mgła.
Nie jestem łysa, nie, tego dobra mam więcej niż wystarczająco i w swoim blond kolorze, fakt, nieco ciemniejszym niż wcześniej.
Gruby płaszcz całkiem białych włosów znikł, jak nocny sen :)
Czy jestem motylem, który śni że jest człowiekiem, czy jestem człowiekiem, który śni, że jest motylem?
Śnienie przenika życie, życie przenika śnienie
Jak sprawić, by sen nie ciągnął na manowce, na siwe od szronu łaki?
Jak nie zgodzić się z milionem much?
Jak śnić swój własny sen, a nie sen flecisty, prowadzącego senne tłumy?
Koniec poezji :)
Surowe drożdże, w połączeniu z moimi sfiksowanymi teoriami, eksperymentami prowadzonymi na sobie pod hasłem "i tak nie mam nic do stracenia", oraz wyżej załączoną "poezją" były ostatnim dotknięciem, które spowodowało przyspieszenie cofania się różnych oznak upływu czasu.
Niemal nie jestem już siwa. Cofanie siwizny zaczęło się powoli, od malutkich pasemek, a teraz dzieje się już w oczach, z tygodnia na tydzień. Ciemny blond o żywym odcieniu opanował moją głowę jak za dawnych czasów.
Naprawdę, naprawdę satysfakcjonujące :)
Chyba nie mam nic do dodania w tym temacie.
Następny eksperyment będzie na Niebieskiej Chacie, ponieważ przyjeżdża już w przyszłym tygodniu Artur Milicki, numer jeden od pieców rakietowych w Polsce i być może już tej zimy nie będę zamarzać razem z wodą w wiaderku i odejdą zimowe majaki o plaży z palmami, piasku parzącym w stopy, oraz bani która potrafi zagrzać ciało aż do środka kości tak mocno, że żywy śnieg na gołym ciele nie sprawia wrażenia.
Chociaż bania....hmmm
Z tego marzenia pewnie nie zrezygnuję :)
Postaram się na bieżąco pokazywać rozbiórkę starych pieców, oraz budowę nowego ogrzewania, oczywiście za zgodą Artura.
Może w przerwach na przygotowania do rewolucji domowej zdążę napisać jeszcze jeden post, o tym jak przerabiam nadmiar jęczmiennej kaszy na tsampę, której smak i bezproblemowość przyrządzania do jedzenia urzekły mnie, oraz o prażmie z grochu, robionym kiedyś na terenach zamieszkałych przez Słowian.
Miała ze sobą skrzypki jedyne
I grała, śpiewała
I te swoje siwe gąski pasała....
Pasła je pasła, aż pogubiła
Cóż ja nieszczęsna będę robiła :)
A gdzie moje siwe włosy, gdzie? Podziały się, znikły jak poranna mgła.
Nie jestem łysa, nie, tego dobra mam więcej niż wystarczająco i w swoim blond kolorze, fakt, nieco ciemniejszym niż wcześniej.
Gruby płaszcz całkiem białych włosów znikł, jak nocny sen :)
Czy jestem motylem, który śni że jest człowiekiem, czy jestem człowiekiem, który śni, że jest motylem?
Śnienie przenika życie, życie przenika śnienie
Jak sprawić, by sen nie ciągnął na manowce, na siwe od szronu łaki?
Jak nie zgodzić się z milionem much?
Jak śnić swój własny sen, a nie sen flecisty, prowadzącego senne tłumy?
Koniec poezji :)
Surowe drożdże, w połączeniu z moimi sfiksowanymi teoriami, eksperymentami prowadzonymi na sobie pod hasłem "i tak nie mam nic do stracenia", oraz wyżej załączoną "poezją" były ostatnim dotknięciem, które spowodowało przyspieszenie cofania się różnych oznak upływu czasu.
Niemal nie jestem już siwa. Cofanie siwizny zaczęło się powoli, od malutkich pasemek, a teraz dzieje się już w oczach, z tygodnia na tydzień. Ciemny blond o żywym odcieniu opanował moją głowę jak za dawnych czasów.
Naprawdę, naprawdę satysfakcjonujące :)
Chyba nie mam nic do dodania w tym temacie.
Następny eksperyment będzie na Niebieskiej Chacie, ponieważ przyjeżdża już w przyszłym tygodniu Artur Milicki, numer jeden od pieców rakietowych w Polsce i być może już tej zimy nie będę zamarzać razem z wodą w wiaderku i odejdą zimowe majaki o plaży z palmami, piasku parzącym w stopy, oraz bani która potrafi zagrzać ciało aż do środka kości tak mocno, że żywy śnieg na gołym ciele nie sprawia wrażenia.
Chociaż bania....hmmm
Z tego marzenia pewnie nie zrezygnuję :)
Postaram się na bieżąco pokazywać rozbiórkę starych pieców, oraz budowę nowego ogrzewania, oczywiście za zgodą Artura.
Może w przerwach na przygotowania do rewolucji domowej zdążę napisać jeszcze jeden post, o tym jak przerabiam nadmiar jęczmiennej kaszy na tsampę, której smak i bezproblemowość przyrządzania do jedzenia urzekły mnie, oraz o prażmie z grochu, robionym kiedyś na terenach zamieszkałych przez Słowian.
piątek, 3 lipca 2015
Cud za złotówkę
Dziś o następnym naturalnym
suplemencie, skrajnie tanim i dostępnym na wyciągnięcie ręki,
albo mały spacer do spożywczaka.
Zawiera składniki niezbędne każdemu
ludzkiemu organizmowi do normalnego funkcjonowania, zdrowia i
wspaniałego samopoczucia.
Zacznijmy więc od aminokwasów
zawartych w tej super żywności:
Walina
aminokwas nie produkowany przez nasze
ciała, musimy go zjeść, żeby uzupełnić niedobory.
Jest niezbędny do wytwarzania białek
mięśni, a także uwalniania energii do pracy mięśni.
Szybko się go zużywa w stanie stresu
i/lub wysiłku fizycznego, a niedobory występują podczas silnych
obciążeń i braku dostawy w pożywieniu.
Walina powoduje regenerację mięśni i
odbudowę uszkodzonych białek, a także przyrost mięśni w wyniku
pracy lub od treningu.
Jeśli mamy odpowiednią ilość
waliny, nie odczuwamy szybkiego zmęczenia, jesteśmy w stanie
pracować lub trenować dłużej z przyjemnością.
Dobra wiadomość dla cukrzyków jest
taka, że aminokwas ten reguluje cukier we krwi.
Dodatkowym bonusem jest ochrona wątroby
i oczyszczanie tkanek z amoniaku.
Tyrozyna
Ten aminokwas buduje kolagen w
organizmie człowieka. Przypominam, że kolagen jest niezbędnym
składnikiem skóry. Bez kolagenu traci ona elastyczność i
sprężystość.
Jego niedobór w żywności, powoduje
szybkie zmarszczki i wiotczenie skóry. Włosy tracą połysk i
zdrowy wygląd.
Tyrozyna jest składnikiem melaniny, a
melanina decyduje o kolorze włosów i skóry. Na starość tej
melaniny mamy mniej i włosy tracą kolor a potem siwieją, a skóra
przybiera charakterystyczny bladawy odcień. Jeśli są braki
tyrozyny w młodym wieku, skutkuje to ogólnym wyblaknięciem i mało
zdrowym wyglądem.
Jak widać, można już wnioskować, że
na starsze lata życia, zapotrzebowanie na tyrozynę wzrasta.
(przypominam przy okazji, że składnikami potrzebnymi do wytworzenia
kolagenu jest również również wit C oraz krzemionka).
Oprócz tych ciekawych właściwości,
tyrozyna jest niezbędna do produkcji hormonów, między innymi
hormonów tarczycy, bierze udział w wytwarzaniu substancji
neuroprzekaźnikowych,
Brak tyrozyny lub jej niedobór może
więc spowodować szybsze zmarszczki, starzenie i siwienie, może być
przyczyną szybkiej męczliwości, rozkojarzenia, senności, kłopoty
z analizą informacji oraz jej zapamiętywaniem, depresją, szybkim
wyczerpywaniem siły, a także z niedoczynnością tarczycy.
Tryptofan
Jest niezbędny na szlaku syntezy
serotoniny, hormonu szczęścia i miłości. Przy odpowiedniej
ilości serotoniny, odchodzą precz depresje, znika agresja, nie
dopadają irracjonalne, lub wyolbrzymione lęki, oraz potrafimy się
zakochać.
Nie ma tryptofanu = nie ma serotoniny,
a wtedy mamy depresje, lęki, przejawiamy agresję, ale także nie
potrafimy regulować apetytu, mamy małą odporność na
zachorowanie.
Co jeszcze potrafi tryptofan?
Dzięki niemu matka karmiąca ma pod
dostatkiem mleka, bierze udział w syntezie niektórych witamin z
grupy B, reguluje przemiany cukru w tkankach, pozwala mieć właściwy
poziom hormonu wzrostu.
Ma również wpływ na budowę mięśni,
przemianę materii (utrzymanie prawidłowej wagi), a także ma wpływ
na prawidłowy poziom neuroprzekaźników, takich jak dopamina,
noradrenalina i endorfiny.
Tryptofan jest również niezbędny do
wytwarzania melatoniny, a więc dzięki niemu odzyskujemy też zdrowy
sen i prawidłową pracę mięśni gładkich (one nie podlegają
świadomemu umysłowi).
Przy braku tryptofanu jesteśmy
zagrożeni niedokrwistością, zanikiem tkanek, łysieniem,
twardnieniem skóry, zwyrodnieniowymi chorobami rogówki oka, zaćmą,
stłuszczeniem wątroby.
Treonina
powoduje właściwy poziom wilgoci w
skórze. Bez niej skóra jest sucha i żaden krem nie jest w stanie
pomóc. Oczywiście doskonałym, pomysłem przemysłu kosmetycznego
jest dodawanie treoniny do kosmetyków, jednak najlepszym pomysłem
jest dostarczanie jej do wewnątrz, a dopiero potem na skórę. Na
skórę najlepiej nakładać ją z \całym kompleksem składników
zawartych w opisywanej właśnie super żywności.
Treonina pracując w wątrobie pomaga
jej w rozkładaniu tłuszczów, przyswajaniu składników
odżywczych, ochrania ją przed stłuszczeniem.
Jest niezbędna do produkcji kolagenu i
elastyny (między innymi są to składniki skóry).
Dzięki niej układ nerwowy jest w
harmonii. Brak harmonii w układzie nerwowym to splątanie, nadmierne
pobudzenie na zmianę z depresją.
Jeśli braki treoniny występują u
dzieci, dodatkowo następuje zahamowanie wzrostu.
Metionina
Odtruwa, pozwala spalić tłuszcz,
zmniejsza alergie, ma wpływ na prawidłową prace wątroby i
woreczka żółciowego.
Ma wpływ na zdrowie skóry i jej
ochronę, także przeciw trądzikom i infekcjom.
Pod wpływem prawidłowych dostaw
metioniny, wzrost włosów i paznokci jest szybszy, regenerują się
kości, chrząstki i skóra.
Metionina ma wpływ na zwiększenie
szybkości kojarzenia, zapamiętywanie, oraz ożywianie psychiki.
Lizyna
jest następnym aminokwasem, który
musimy dostarczyć z jedzeniem, bo nasze ciała nie umieją jej
wytwarzać. Jest bardzo ważna dla dzieci, to dzięki niej uzyskują
prawidłowy wzrost i mocne zdrowe kości (wchłanianie wapnia).
Lizyna we współpracy z innymi
aminokwasami naprawia tkanki (wytwarzanie kolagenu) i bierze udział
w produkcji białek mięśniowych, hormonów, enzymów i budowaniu
odporności.
Ma znaczenie podczas rekonwalescencji
po urazach i zabiegach chirurgicznych, gdyż dzięki niemu szybko i
gładko goją się uszkodzenia ciała. Wzmacnia ścianki układu
krwionośnego i serce.
Jeśli mamy za mało lizyny, to znakiem
mogą być między innymi przekrwione oczy, osteoporoza (utrata
wapnia), anemia, a także brak koncentracji, podatność na
zdenerwowanie, brak energii, problemy z układem rozrodczym.
Leucyna
Hamuje rozpad białek (katabolizm).
Normalizuje apetyt, pomaga budować mięśnie.
Zwiększa szybkość leczenia urazów
mechanicznych, regenerację mięśni.
Bierze udział w produkcji hormonu
wzrostu, pomaga utrzymać równowagę cukrową we krwi, zwiększa
wrażliwość tkanek na insulinę, zmniejsza cholesterol.
Niedobór leucyny może się objawiać
bólami i zawrotami głowy, drażliwością, brakiem siły
mięśniowej, spadkami nastroju aż do depresji włącznie,
mocniejszym odczuwaniem bólu.
Izoleucyna
Reguluje cukier we krwi, ale także
reguluje jej krzepliwość, ma udział w wytwarzaniu hemoglobiny.
Podobnie jak leucyna, bierze udział w produkcji hormonu wzrostu.
Dzięki niej przyspiesza regeneracja
mięśni, paznokci, skóry i włosów.
Histydyna
warunkuje powstawanie histaminy,
mającej udział w reakcjach odpornościowych, zwiększa możliwości
magazynowania tlenu w mięśniach, ma swój udział w tworzeniu
kwasów nukleinowych, syntezie hemoglobiny.
Prawidłowy poziom histydyny jest
szczególnie ważny u małych dzieci. Jej niedobory hamują wzrost i
przyrost masy ciała, oraz prowokują stany zanikowe gruczołów.
Niedobór histydyny wykryto u
alergików, osób z chorobami psychicznymi (schizofrenie, manie),
przy zapalnych chorobach reumatoidalnych.
Histydyna jest produkowana przez
bakterie w zdrowych jelitach, gdy są problemy z układem trawiennym
(co obecnie jest powszechne), może być potrzeba dostarczania jej
dodatkowo z pożywieniem.
Cystyna
zawiera siarkę, a jak wiecie ten
piekielny pierwiastek jest niezbędny w syntezie insuliny, oraz
osocza krwi. Cystyna z siarką w swym składzie bierze udział w
procesach metabolicznych organizmu (czyli przemiany jednych rzeczy w
inne, bardziej użyteczne lub poręczniejsze do wyrzucenia).
Cystyna wraz z cysteiną mają
działanie przyspieszające odtruwanie organizmu, a więc szczególnie
palacze, ludzie narażeni na styczność z metalami ciężkimi oraz
alkoholem (wewnętrznie), powinni pamiętać o jej dostarczaniu
swojemu cierpliwemu ciału.
Siarka ma wpływ na zdrowotność i
grubość włosów, oraz prawidłowość i odporność płytki
paznokcia (synteza kreatyny).
Oba aminokwasy mają właściwości
przeciwutleniaczy, więc wykazują działanie między innymi
przeciwmiażdżycowe, zwalniające procesy starzenia.
Ich brak wyzwala rogowacenie skóry,
kruche rozdwajające się, łamliwe paznokcie i włosy, spadek
odporności.
Dostarczanie tych aminokwasów,
wspomaga odnowę przy chorobach przebiegających z wyniszczeniem
ciała.
Arginina
Dzięki niej, możliwa jest synteza
tlenku azotu.
Jeśli jesteśmy młodzi, produkujemy
argininę w raczej wystarczającej ilości, ale z wiekiem zaczyna się
problem jej niedoborów.
Azot, no właśnie, nie jest taki
obojętny, jak nas uczono. Tlenek azotu warunkuje prawidłowy
przepływ krwi, rozszerzalność naczyń krwionośnych oraz
„poślizg” ich ścianek wewnętrznych.
Nieprawidłowości w syntezie tlenku
azotu, procentują zmianami miażdżycowymi, nadciśnieniem
tętniczym, chorobami wieńcówki, arytmią i innymi przypadłościami
w tej dziedzinie.
Jak widać, warto zadbać o dodatkowe
dostawy tego aminokwasu.
Kwas asparginowy
Ożywia ludzkie neurony, oraz wspomaga
zapamiętywanie, nabywanie nowych umiejętności, kojarzenie, uczenie
się, koncentrację i to wszystko przy dobrym samopoczuciu.
Jest anabolikiem (zwiększa masę
mięśniową kosztem tłuszczowej), powoduje większą produkcję
insuliny i glukagonu.
Farmacja używa go do leczenia
wyczerpania psychicznego, stanów osłabienia i wyczerpania
fizycznego, przy zaburzeniach rozwoju u dzieci (intelektualnych i
fizycznych), a także przy spadku możliwości umysłowych u osób
starszych.
Alanina
Bierze udział przy produkcji glukozy
ze związków w których nie występują cukry, więc jej odpowiednia
ilość jest przydatna w wyczerpujących wysiłkowych treningach.
Super jedzonko które opisuję, zawiera
też sporo soli mineralnych, takich jak kobalt, mangan, molibden,
cynk, miedź, żelazo, wapń, fosfor, sód, selen, chrom, cyna;
O ich właściwościach i roli w
organizmie ludzkim, warto poszukać indywidualnie i poczytać.
Niebagatelna jest zawartość witamin
rozpuszczalnych w wodzie, czyli takich które nie mogą być
zmagazynowane w naszych tkankach i trzeba je na bieżąco dostarczać
z pożywieniem.
Są to :
cholina, ok. 3 000 ug (B4)
inozytol – ok. 3 000 ug, (B8)
biotyna – ok. 1 ug/g, (B7)
kw. foliowy ok. 30 ug/g, (B9)
PABA – ok. 100 ug/1 g; (B10
lub H1)
niacyna – ok. 300 ug/g, (PP,
B3, kwas nikotynowy)
kw. pantotenowy – ok. 200 ug/g, (B5)
pirydoksyna – ok. 60 ug/g, (B6)
ryboflawina – ok. 50 ug/g, (B2)
tiamina – ok. 6 ug/g, (B1)
Oraz UWAGA!
Ergosterol, czyli prowitamina D2
(D2- witamina roślinna, w odróżnieniu
od D3 pochodzenia zwierzęcego, to coś dla wegetarian)
formowanie układu szkieletowego,
działanie systemu nerwowego, regulowanie poziomu cukru we krwi,
wchłanianie wapnia i fosforu z pożywienia, oraz wiele innych.
Ergosterol jest prowitaminą i
przekształca się w D2 pod wpływem światła słonecznego.
- Lecytyna około 2%
O lecytynie pisać chyba nie muszę.
Bardzo krótko o witaminach z kompleksu
B, w sumie same hasła, zaciekawieni poszukają sobie więcej :)
Z kompleksu, ponieważ najlepiej
działają razem.
Cholina (B4)
Wspomaga przemiany tłuszczu w energię,
odtłuszcza wątrobę, dobra lepkość krwi, ożywia procesy myślowe,
wspomaga przekaz impulsów nerwowych, naprawia pamięć, ochrona
przeciw wolnym rodnikom, bierze udział w produkcji hormonów,
współpracuje z B8 (inozytolem)
Inozytol (B8)
Nie dopuszcza do odkładania tłuszczu,
składnik budulcowy błony komórkowej, wspomaga przekazywanie
impulsów nerwowych (szybkość reakcji i kojarzenia), powoduje
zdolność do relaksacji, normalizuje sen, zmniejsza lęk i napięcie,
oraz stany napięciowe mięśni gładkich z powodu stresu.
Brak B8 objawia się wypadaniem włosów,
huśtawką nastrojów, dużym cholesterolem, łatwością wpadania w
depresję, panikowaniem z byle powodu, natręctwami, chorobami oczu,
egzemami.
Biotyna (B7, albo inaczej witamina H)
Niezbędna w przemianie pożywienia w
użyteczne cegiełki ( rozkład i synteza - przemiana materii),
współdziała z insuliną i trzustką
w przemianach cukrów, a potem wspomaga ich magazynowanie w wątrobie.
Już z tego widać, że normalizuje cukier we krwi, co jest ważne
dla diabetyków. Ma kontrolę nad przemianami tłuszczu, a więc nad
prawidłowym ich obiegiem.
Jak większość witamin B, wpływa na
zachowanie dobrego nastroju, żywotność i świeżość umysłu,
poprzez zaopatrywanie nerwów w energię, ma znaczenie dla urody i
zdrowotności skóry, włosów i paznokci. Współtworzy hemoglobinę.
Jej brak powoduje siwienie, odbarwianie
skóry, wypadnie włosów, ma udział w powstawaniu cukrzyc,
problemami ze zdrowiem skóry (egzemy, stany zapalne, łojotok,
łupież, szara skóra, ) cierpnięcie dłoni i stóp,
niedokrwistość, apatię, senność, depresje i lęki, nerwowość.
Kwas foliowy (B9)
wpływa na prawidłowy kod genetyczny
poczętego dziecka (brak uszkodzeń), zwany pokarmem dla mózgu.
Nie dostarczając witaminy B9, narażamy
się na zaburzenia wzrostu, niedokrwistość, trudności z
wchłanianiem i trawieniem pożywienia, a w konsekwencji
niedożywienie, osłabienie, rozdrażnienia, bezsenność,
nieadekwatne zachowania, bóle głowy. Problemy skórne, pękanie
kącików ust.
Niacyna (inaczej PP, B3, lub kwas
nikotynowy)
Witamina dla mózgu, warunkuje jego
dobre i prawidłowe działanie. Gdy występuje jej brak, zazwyczaj
skutkuje to schizofrenią, spadkiem nastroju i depresjami. Pomaga
zasnąć spokojnie, utrzymać równowagę psychiczną. U kobiet
częściej występują jej braki, a więc i niemiłe skutki.
Nieregularne bolesne miesiączki,
migreny, wysokie ciśnienie, szumy uszne, cukrzyce, szorstka szarawa
skóra, zaburzenia pamięci.
Poza tym reguluje przemianę materii,
uczestniczy w tworzeniu czerwonych ciałek krwi, odtruwa krew,
wspomaga produkcję energii, reguluje cholesterol i obniża zawartość
tłuszczu we krwi, wspomaga krążenie, podtrzymuje żywy koloryt
oraz dobrą kondycję włosów i zdrowy kolor skóry.
Kwas pantotenowy (wit B5)
Możesz mieć jej niedobory, jeśli
pieką cię stopy, występują skurcze nóg i rak, za szybko
siwiejesz, pękają kąciki ust i oczu, masz częste bóle brzucha,
zaparcia, sztywniejące i bolące stawy, szybko się męczysz i
często jesteś zmęczony.
B5 pomoże odtruć organizm, usprawnić
układ krwionośny i serce, wspomóc układ nerwowy, trawienny,
wytworzyć hormony, neuroprzekaźniki, zregenerować tkanki, wygoić
rany, zbudować hemoglobinę.
B5 jest potrzebna każdej komóreczce
Twojego ciała.
Pirydoksyna (B6)
Możesz ją zgromadzić najwyżej na
miesiąc, potem wystąpi niedobór.
B6 jest niemal niezastąpiona, stąd
tak szybko się zużywa. Współtworzy enzymy, hormony, czerwone
ciałka krwi, aminokwasy, prostaglandyny, wspomaga magazynowanie
energii, Dzięki jej obecności prawidłowo działa serce, układ
nerwowy, odpornościowy, moczowy, mięśnie.
Objawem jej niedoboru są skurcze
mięśniowe, drętwienie rąk, zaburzenia nerwowe, napięcie
przedmiesiączkowe, komórki ciała stają się odporne na insulinę
(cukrzyca), skurcze astmatyczne, zatrzymywanie płynów w organizmie
(obrzęki), znaleziono związki niedoboru B6 z autyzmem u dzieci.
Ryboflawina (B2)
Jak większość witamin z grupy B, ma
wpływ na prawidłowe procesy nerwowe, skojarzeniowe, w metabolizmie
białek, cukrów i tłuszczów.
Jej niedobór, to chudnięcie,
pieczenie skóry, wrażliwe błony śluzowe, zajady, zapalenie rąbka
czerwieni warg, czerwone i podrażnione spojówki, nadwrażliwość
na światło, anemia, a u dzieci problemy z rozwojem umysłowym.
Tiamina (B1)
Nie da się jej zmagazynować, więc
powinna być dostarczana w codziennym pożywieniu.
Niedobory upośledzają układ nerwowy,
oraz układ krążenia krwi,
Bierze udział w wydzielaniu niektórych
hormonów, w oddychaniu komórkowym, wykazuje działanie
przeciwbólowe, gojące.
Jej niedobór, to różne stopnie
porażenia nerwowego i atrofii mięśni, oczopląs, problemy z
pamięcią i koncentracją, powiększenie serca, tachykardia, obrzęki
nóg i rak, problemy z przyjmowaniem pokarmu (nudności, wymioty i
biegunki), zaniki gruczołów dokrewnych.
Tak więc to super jedzenie dostępne
na wyciągnięcie reki i kosztujące około 1zł, 20 groszy w każdym
spożywczaku, to drożdże.
I żeby było jasne, kosteczka drożdży
zawiera te wszystkie dobrości wypisane powyżej, w stanie żywym,
czyli aktywnym biologicznie. Wystarczy tylko je spożyć.
No i tu Proszę Państwa, zaczynają
się schody.
Jest szkoła zażywania drożdży dla
zdrowia i urody, kategorycznie i głośno nakazująca zabicie
delikwenta wrzątkiem przed konsumpcją i druga szkoła, o głosiku
cieniutkim i słabo słyszalnym, mówiąca, że jednakowoż,
większość dobroci znajdujących się w drożdżach to aminokwasy,
a one są białkami, więc powyżej pewnej temperatury zostają
ścięte w kompleksy słabo przydatne i w sumie niewiele
odpowiadające wspaniałym opisom, a zdecydowana większość witamin
z grupy B, rozpada się pod wpływem wysokiej temperatury.
Pierwsza szkoła twierdzi, że drożdże
żywe w jelitach to masakra, bo zjedzą nam tam wszystko, co my
wcześniej zjedliśmy i zabiorą nam witaminy B, zamiast je grzecznie
oddać.
No, znaczy się, ogołocą nas z
wszystkiego co mamy i naprodukują gazu. Trudno się potem takich
drożdży pozbyć, bo im u nas dobrze, zjadają co im dajemy i
wkrótce możemy zejść śmiertelnie na awitaminozę i
niedożywienie.
Druga szkoła twierdzi, że witaminy i
aminokwasy są produktem metabolizmu drożdży i grzybek ten WYTWARZA
je (syntetyzuje) z dostępnych składników, a nie zabiera ich z
naszego organizmu.
(Drożdże zostały wyodrębnione ze
skórki winogron i namnożone, więc zjedzenie winogron musiało by
być czynem ryzykownym, ponieważ jak wiemy, drożdże mnożą się
nieprzytomnie :)
Więc wg surowej szkoły, na zgrabnej
symbiozie z sacharomycyne zyskujemy wspomniane aminokwasy, witaminy,
inwertazę zamieniającą sacharozę w glukozę i fruktozę już w
jelitach, przy czym drożdże te nie są dostosowane do życia
długiego w jelitach i trzeba je suplementować, bo po prostu giną.
Głosem za, jest również głos
naszych przodków, oraz znanych zielarzy, takich jak Ojciec Sroka.
Oto jego przepis:
- Napój drożdżowy
poprawia samopoczucie Składniki: 3 dkg świeżych drożdży
piekarskich, (w sumie 1/3 10-dekowej kostki), 2 łyżki cukru w
szklanka przegotowanej wody Jak go zrobić: Wkładamy drożdże do
litrowego naczynia, wsypujemy cukier i zalewamy wodą. Mieszamy.
Pozostawiamy w cieple na pół godziny. Potem znowu mieszamy i
odstawiamy na 2,5 godziny. Pijemy szklankę napoju raz dziennie, 3
godziny po jedzeniu (potem przez godzinę nie sięgamy po napoje). Po
5 dniach kuracji robimy dziesięciodniową przerwę. Potem znów
leczymy się przez 5 dni. Co nam to daje: Drożdże wzmacniają
system nerwowy, poprawiają pamięć i zapobiegają depresji. A
wszystko to dzięki zawartości witaminy B i łatwo przyswajalnego
białka. Dodatkowo oczyszczają skórę z wyprysków.
Moją modyfikacją jest dodawanie
zamiast cukru soków owocowych, dżemu domowego lub miodu, ponieważ
mnożące się drożdże potrzebują oprócz cukru składników
mineralnych i tym sposobem pomnaża się ilość zawartych w nich
witamin oraz aminokwasów. Jakość zależy od pożywki. Drugim
zyskiem jest to, że „ożywiamy” soki konserwowane na zimę , a
sacharoza w nich zawarta zostaje za pomocą inwertazy drożdżowej
przemieniona w glukozę i fruktozę.
W starej książce "Kuchnia Polska", są podane przepisy na kwasy owocowe, chlebowe i inne, robione przy pomocy surowych drożdży piekarskich.
No więc, zalewać wrzątkiem, czy nie?
Każdy decyduje sam.
poniedziałek, 29 czerwca 2015
Druga bitwa o pomidory
w której trzeba było poświęcić Królową (kapusta) dla ocalenia Króla (pomidory).
A tak to było: nie zaglądałam do kapusty z bliska od dłuższego czasu. Te parę białych latających nerwowo muszek, zbagatelizowałam, nie rozumiejąc, jaka plaga mi się zagnieździła w uprawie. Dziś rano zaczęłam pielić szczodraki obok kapusty i wtedy uniosła się z wielkich kapuścianych liści biała chmura, tak gęsta, że tylko maskę p-gaz zakładać.
Lipcówka miała pozwijane spore główki, ale późna kapusta jeszcze luźne róże, a pomiędzy liśćmi jak śniegu, jak białego maku -pełno mączlika.
Zadumałam się ja mocno, bo widzę, że te uratowane resztki szczodraka też są podjadane, biała mączka na liściach. Moje pomidory zaraz obok i tylko pewnie dlatego, że kapusta jest słodka i soczysta, muszki jeszcze nie wdarły się do nich.
Z której strony nie popatrzeć, pozbycie się szkodnika było całkiem nierealne, z powodu zakamarków w gigantycznych liściach kapust. Zawsze się kilka kolonii zarodowych uchowa.
Zresztą, jak mnie uświadomił internet, NIE MA dobrego środka na mączlika. Odporna zaraza i mutuje w jeszcze odporniejsze formy, a mnoży się bez opamiętania.
I tu zapadła decyzja szybka (bo jeśli zaczyna się problem, najlepiej uciąć go przy samym tyłku)- wywalamy kapustę na kompostownik. Zawiązane ładne główki lipcówki na szybkie zjedzenie i zakiszenie, a późna, no cóż. I tak bym jej nie uratowała, a rozsiała bym zarazę po całym ogrodzie.
W tym roku w naszym regionie plaga mączlika w ogrodach.
Zabrałam się do wyrywania kapusty, a biała chmura nade mną jak aureola na obrazach świętych, tylko pochodzenie jej piekielne raczej.
Trzy pełne taczki kapusty wyjechały na kompost. Żal.
A mączlik poleciał do pomidorków, ogóreczków, dyniek, szczodraka, siewek jarmużu i zaczął się nerwowo krzątać, szukając nowych miejsc.
Pomyślałam sobie, że może zapach mięty go zdezorientuje i zniechęci do skonsumowania mojego ogrodu. Poleciałam po ręczny opryskiwacz, wlałam wodę i kilka kropli olejku miętowego. Wypróbowałam na szczodrakach i ogórkach. A gdzie tam. Nic im to nie przeszkadzało.
Wracam więc poszukać wskazówek jakichkolwiek w internecie, może ktoś, coś kiedyś zrobił co poskutkowało i zostawił ślad.
Nie było.
Ale było coś innego. Było o ekologicznym środku, składającym się ze specjalnych szczepów grzybów o specjalnej pokręconej nazwie i ten grzyb był skuteczny.
Hah, myślę sobie. Przecież na zarazę i inne choroby pomidorów, tez były drożdże o mocno specjalnych nazwach, w specjalnych preparatach, a zwykłe z kostki skutkują genialnie.
Nie poddam się za nic. Rozpuściłam drożdże i poleciałam pryskać szczodraki, choć w to nie wierzyłam. Dwa razy pod rząd ten sam numer i to taki niemożliwy? Nie ma mowy.
Ludzie kochani, ja też nie mogłam uwierzyć. Te upierdliwe owady uciekały od roślin spryskanych drożdżami.
Patrzyłam i myślałam sobie, że czasem są takie sny, w których wszystko jest tak realne, że nawet lepsze od jawy i może to taki sen?
Skojarzyłam wtedy, że mączlik nie skolonizował pomidorów, ogórków i dyń być może dlatego, że były pryskane kilka razy drożdżami, więc nie bardzo miał na nie ochotę. Jak mu zabrałam kapustę, to poszedł w resztę upraw, bo już dawno nie pryskałam.
Kapusta nie miała szczęścia by zetknąć się z tym eliksirem, bo do tego czasu była zdrowa i czysta.
Opryskałam wszystko dokładnie, mączlik poszedł precz, potem za chwilę spadł lekki deszczyk. Jak skończyło padać, mączlika dalej nie było w ogrodzie. Zabłąkane pojedyncze muszki, ale wysoko nad ogrodem, żeby nie za blisko drożdży, kierowały się w stronę lasu. Opryskałam mocno nawet ziemię po kapuście.
I kto by pomyślał.
Druga bitwa wygrana :)
Tak sobie myślę, że dużo dobrego robią zwykłe piekarskie drożdże i może jednak opublikuję ten post o nich, co go trzymam w prywatnym archiwum...
Podzielę się dzisiejszym wschodem słońca. Lipcowe lilie rozkwitły.

A to Hlebosolnyj, rozmiar mniej więcej naturalny. To jedna niewielka gałązka z krzaka. One są samokończące.

A tak to było: nie zaglądałam do kapusty z bliska od dłuższego czasu. Te parę białych latających nerwowo muszek, zbagatelizowałam, nie rozumiejąc, jaka plaga mi się zagnieździła w uprawie. Dziś rano zaczęłam pielić szczodraki obok kapusty i wtedy uniosła się z wielkich kapuścianych liści biała chmura, tak gęsta, że tylko maskę p-gaz zakładać.
Lipcówka miała pozwijane spore główki, ale późna kapusta jeszcze luźne róże, a pomiędzy liśćmi jak śniegu, jak białego maku -pełno mączlika.
Zadumałam się ja mocno, bo widzę, że te uratowane resztki szczodraka też są podjadane, biała mączka na liściach. Moje pomidory zaraz obok i tylko pewnie dlatego, że kapusta jest słodka i soczysta, muszki jeszcze nie wdarły się do nich.
Z której strony nie popatrzeć, pozbycie się szkodnika było całkiem nierealne, z powodu zakamarków w gigantycznych liściach kapust. Zawsze się kilka kolonii zarodowych uchowa.
Zresztą, jak mnie uświadomił internet, NIE MA dobrego środka na mączlika. Odporna zaraza i mutuje w jeszcze odporniejsze formy, a mnoży się bez opamiętania.
I tu zapadła decyzja szybka (bo jeśli zaczyna się problem, najlepiej uciąć go przy samym tyłku)- wywalamy kapustę na kompostownik. Zawiązane ładne główki lipcówki na szybkie zjedzenie i zakiszenie, a późna, no cóż. I tak bym jej nie uratowała, a rozsiała bym zarazę po całym ogrodzie.
W tym roku w naszym regionie plaga mączlika w ogrodach.
Zabrałam się do wyrywania kapusty, a biała chmura nade mną jak aureola na obrazach świętych, tylko pochodzenie jej piekielne raczej.
Trzy pełne taczki kapusty wyjechały na kompost. Żal.
A mączlik poleciał do pomidorków, ogóreczków, dyniek, szczodraka, siewek jarmużu i zaczął się nerwowo krzątać, szukając nowych miejsc.
Pomyślałam sobie, że może zapach mięty go zdezorientuje i zniechęci do skonsumowania mojego ogrodu. Poleciałam po ręczny opryskiwacz, wlałam wodę i kilka kropli olejku miętowego. Wypróbowałam na szczodrakach i ogórkach. A gdzie tam. Nic im to nie przeszkadzało.
Wracam więc poszukać wskazówek jakichkolwiek w internecie, może ktoś, coś kiedyś zrobił co poskutkowało i zostawił ślad.
Nie było.
Ale było coś innego. Było o ekologicznym środku, składającym się ze specjalnych szczepów grzybów o specjalnej pokręconej nazwie i ten grzyb był skuteczny.
Hah, myślę sobie. Przecież na zarazę i inne choroby pomidorów, tez były drożdże o mocno specjalnych nazwach, w specjalnych preparatach, a zwykłe z kostki skutkują genialnie.
Nie poddam się za nic. Rozpuściłam drożdże i poleciałam pryskać szczodraki, choć w to nie wierzyłam. Dwa razy pod rząd ten sam numer i to taki niemożliwy? Nie ma mowy.
Ludzie kochani, ja też nie mogłam uwierzyć. Te upierdliwe owady uciekały od roślin spryskanych drożdżami.
Patrzyłam i myślałam sobie, że czasem są takie sny, w których wszystko jest tak realne, że nawet lepsze od jawy i może to taki sen?
Skojarzyłam wtedy, że mączlik nie skolonizował pomidorów, ogórków i dyń być może dlatego, że były pryskane kilka razy drożdżami, więc nie bardzo miał na nie ochotę. Jak mu zabrałam kapustę, to poszedł w resztę upraw, bo już dawno nie pryskałam.
Kapusta nie miała szczęścia by zetknąć się z tym eliksirem, bo do tego czasu była zdrowa i czysta.
Opryskałam wszystko dokładnie, mączlik poszedł precz, potem za chwilę spadł lekki deszczyk. Jak skończyło padać, mączlika dalej nie było w ogrodzie. Zabłąkane pojedyncze muszki, ale wysoko nad ogrodem, żeby nie za blisko drożdży, kierowały się w stronę lasu. Opryskałam mocno nawet ziemię po kapuście.
I kto by pomyślał.
Druga bitwa wygrana :)
Tak sobie myślę, że dużo dobrego robią zwykłe piekarskie drożdże i może jednak opublikuję ten post o nich, co go trzymam w prywatnym archiwum...
Podzielę się dzisiejszym wschodem słońca. Lipcowe lilie rozkwitły.
A to Hlebosolnyj, rozmiar mniej więcej naturalny. To jedna niewielka gałązka z krzaka. One są samokończące.

wtorek, 23 czerwca 2015
Ogród na stodole
W komentarzach nadmieniałam o tym, ze na miejscu po stodole mam teraz zaczątek nowego ogrodu. Zaczątek, bo na wschodnich krańcach świata naszego, południowoamerykańska "maniana" czyli "wieczne jutro" jest sprawą normalną, a poślizg do roku czasu jest przyjęty zwyczajowo. I tak to, zanim zrealizowała się obiecana pomoc w zniesieniu najcięższych słupów ze stodoły (którą licząc na ogród w tym roku rozbierałam sama zimą i wiosną -znając system maniany), zaczął mijać czas siewów, a trawa runęła zarastając wszystko po pas, w tym rzeczone słupy leżące w miejscu gdzie miał być początek sadu.
Drzewka które już miałam, posadziłam gdzie indziej, a nowych nie nabyłam, bo uległy by zadeptaniu podczas czyszczenia tej części placu po stodole.
Rok w tą czy w tamtą, jakie to ma znaczenie. Obyśmy zdrowi byli.
Poważnie :)
Jednak trochę ponad połowę po stodole udało mi się przygotować pod ogród i powiem Wam, że to był strzał w 10-tkę :)
Próchnica gruba na pół metra, w niektórych miejscach ponad 70 cm. Wszystko rośnie fantastycznie wielkie i mocne.
W połowie maja posadziłam kapustę z kupionej rozsady- takie szczurze ogonki na wielkość, a już wczoraj ugotowałam pierwszą kapustę zasmażaną (lipcówka)
Na pierwszym planie lipcówka.
Sałaty są koncertowe, odmiana masłowa i rzymska wysiewane w marcu do gruntu, nie wybijające szybko w kwiaty dostarczają codziennie pysznego jedzenia.
Kapusta liściasta mizuna, dwa pokolenia rzodkiewek, wczesny szpinak i inne krótkotrwałe zieleniny (wszystko wysiewane w marcu) przeszły już do historii, ustępując miejsca rozrastającym się pomidorom.
Nawet nie zauważyłam, jak z dziczyzny (oczywiście zielnej :) przeszłam w większości na jedzenie ogrodowe.
No i pomidory, nadal zdrowe, co kilka dni przybywa im na wysokość i szerokość. Po jednym paliku nie starczało, więc przeszłam na system palików i sznurków.
Widać jak całość podłoża jest wyścielona zmieloną przez kosiarkę trawą.
Trawa rośnie i co kilka dni trzeba kosić, więc ogródek na tym korzysta.
Podłoże jest tak miękkie, że na ścieżkach położyłam deski, by nie ugniatać ziemi.
Te syberyjskie odmiany sprawdzają się jak dotąd bardzo dobrze. Wysadzone w ostatnich dniach kwietnia radzą sobie bez osłon ze zmienną pogodą i dużymi wahaniami temperatury. Z obserwacji wynika, że najwcześniej zawiązał owoce Hlebosolnyj.
Korol Gigantow sięga mi niemal do pasa, w opisie jest informacja że dorasta do 160cm. Oczywiście wszystkie już pięknie kwitną.
Rosa Vetrov
Zdjęcia są sprzed kilku dni, pomidory urosły od tego czasu gdzieś o 1/4 i przybyło palików i sznurków. Co jakiś czas pryskam drożdżami nowe przyrosty na wszelki wypadek i wydaje się, że one to lubią, że wchodzą z drożdżami w jakąś symbiozę, co się uwidacznia nasileniem rośnięcia i jednocześnie grubością i mocą pędów.
Bardzo malutko wyszło buraczków i marchewki, cebula- dużo wszędzie gdzie popadło, nieco czosnku. To wszystko na tyle, na ile uwolniłam miejsca zajętego ekspansywnie przez przyrodę. Ona nie znosi pustki. Ziemniaków nie mam, ale też jakby od zeszłego roku przestałam je tak chętnie jeść, stąd nie żałuję.
Truskawki posadziłam na miejscu które chyba ulubiły pędraki. Znikają krzaczek po krzaczku, więc już szykuję nowe miejsce na późno-letnie przesadzanie.
Poprzedniej plantacji nie znalazły.
Z wiedźmińskich zajęć:
zbiory i suszenie ziół - melisa, szałwia, kwiat czarnego bzu, jaskółcze ziele, konyza (po raz pierwszy w tym roku), nieco tymianku. Do "żniw" dojrzała lawenda, ale dziś pada, więc poczeka na pogodę. Na dniach zbiorę oregano.
Obieranie listeczków melisy z ususzonych gałązek.
Takie oberwane listki w całości idą do zakręcanych słoików.
Ukręciłam maść na niespokojne nogi dla osoby ze wsi, działa bez pudła. Użyczona przez nią do posmarowania innej osobie -ze stanem zapalnym żylaków, w kilka godzin "schowała" te żylaki i uśmierzyła ból i stan zapalny. U innej zdjęła opuchlizny nóg i ból stawów.
A miała być tylko na zespół niespokojnych nóg. Użyta do masażu sparaliżowanej osoby z przykurczami dłoni i stóp, spowodowała wyluzowanie ścięgien i zmniejszenie przykurczy, poruszyła zastoje limfy.
No, ludzka wynalazczość, do czego można użyć maści na niespokojne nogi jest wielka :)
Są potrzebujący, więc ukręcam, ukręcam...
Testuję też na sobie sok z jaskółczego ziela. Nawyciskałam z ciekawości w najlepszym do tego czasie, kiedy kwitnie i ma zaczątki zielonych owoców. Przepis z rosyjskiej książki (książka niestety po rosyjsku) o przetworach leczniczych z glistnika. Sok zadziałał mi na wyobraźnię, jest samokonserwujący i z tego co widzę, to prawda.
Napiszę o nim więcej kiedy indziej, bo rozpisałam się bardzo.
Ostrzegam, że będzie ciekawie :)
Przydomowe kwiaty. To białe wyglądające zza węgła to parzydło leśne, lecznicze.
Żółte kwiaty to tojeść kropkowana, oczywiście lecznicza. Mam jeszcze obok domu sporo dziko zarastającej tojeści rozesłanej, płożącej się po ziemi delikatnej roślinki o złotych kwiatkach. W tle te wysokie patyki, to pędy kwiatowe lipcowych lilii.
wtorek, 2 czerwca 2015
Pomidorowa historyjka
Zacznę od tego, że kocham jeść
pomidory. I jestem bardzo nieszczęśliwa, bo to co teraz można
kupić pod nazwą „pomidory”, wcale nie przypomina tego cudnie
pachnącego, pełnego smaku owocu.
Dlatego co roku próbuję z uporem
maniaka wyhodować własne pomidorki i co roku przezywam klęskę. I
nie jest to klęska urodzaju niestety, ale pełnowymiarowe Waterloo w
postaci miseczki parchatych na wpół dojrzałych kulek.
Jakież było więc moje szczęście,
kiedy otrzymałam od Gorzkiej Jagody nasionka syberyjskich pomidorów
o poetyckich nazwach: Róża Wiatrów, Gregor iz Altaju, Król
Gigantów, Chlebosolnyj, Niedźwiedzia Łapa, Black from Thula
(czarny z Tuły), polską starą odmianę Opalka, oraz rosyjską Ośle
Uszy, przezwaną przeze mnie na koniec Ośli Ogon.
Stara moja chatka ma niewielkie okna
bez parapetów, siłą rzeczy niedostatek światła dla siewek. Jest
tu również masakrycznie zimno z powodu starych niewydolnych pieców.
Dlatego nasionka posiałam dopiero po połowie marca, by podarować
im szansę przeżycia.
Wykiełkowały delikatne roślinki z
którymi galopowałam w słoneczne dni pod nagrzaną południową
ścianę obory, bo było tam o wiele cieplej i jaśniej niż w domu.
Dostałam po 5 nasionek z każdej
odmiany, wyszły z ziemi po trzy lub cztery, Ośle Uszy z
opóźnieniem. Myślałam już, że wcale nie wzejdą.
Przesadziłam je w połowie kwietnia do
osobnych doniczek, czego część nie polubiła, szczególnie Ośle
Uszy, z których pozostały tylko dwa.
W ostatnie dni kwietnia, pomidory
poszły do gruntu (bez osłony) w postodolnianą próchnicę. Tak
wcześnie, bo na dworze cieplej jak w domu, a poza tym minęła
pełnia księżyca i pogoda zmieniła się na wilgotną i ciepłą,
więc majowe przymrozki były jak dla mnie nieprawdopodobne i
rzeczywiście, nie było u nas przymrozków. Spodobało im się
mocno, choć Oślim Uszom raczej niekoniecznie. Zastanawiały się
czy rosnąć czy nie, w końcu zapadła decyzja pozytywna i napięcie
puściło ;)
Z czterech Wiatrowych Róż zostały mi
trzy, bo coś urwało jedną przy samej ziemi.
I nadciągnęła groza, jakaś
galopująca zaraza zaczęła dopadać moje skarby. Krzaczek opadał w
sobie i szybko czerniał, wyglądał jakby coś na niego ogniem
chuchnęło.
Najpierw dwa, jedno Ośle Ucho, a drugi
Gregor iz Ałtaju. Wyrzuciłam je natychmiast, by zaraza się nie
rozniosła, ale gdzie tam, następne były jedna Opalka i jeden Król
Gigantów i tez zostały wyrzucone a mi się zrobiło kwaśno w buzi.
Znów polegnę w boju?
Zaczęłam szukać ratunku, ale nie
chemicznego, bo chemiczne pomidory są wszędzie, a ja nie po to mam
ogród, żeby jeść chemię. Nie przemawiały do mnie gnojówki z
pokrzyw, skrzypy i inne wyciągi roślinne, bo działają powoli, a
to jakby galopowało zbyt szybko. Doba wystarczała..
Kiedy znalazłam ratunek, chory był
następny Król Gigantów i ostatnie Ośle ucho, nazwane przeze mnie
pieszczotliwie Oślim Ogonem.
Oprysk zupełnie naturalny i
błyskawiczny w wykonaniu.
Ostatnich chorych pomidorów nie
wyrzuciłam, opryskiwałam wszystkie z nastawieniem: niech się
dzieje co chce, najwyżej wszystkie padną, bo może zamiast ratunku
ściągam na krzaczki nową zarazę.
Słuchajcie, słuchajcie, a przede
wszystkim ci, którzy mają i kochają pomidory :)
Po oprysku te zdrowe ruszyły z kopyta,
rosły wręcz w oczach, stały się krępe i mocne.
Chore krzaczki zostały uratowane (!),
choć były tak uszkodzone, że Król Gigantów dopiero w ostatnich
dniach zdołał wydusić z siebie nowy stożek wzrostu i zakwitł
świeżym pióropuszem liści, natomiast Ośli Ogon, no cóż, stoi w
miejscu. Nie choruje, pozieleniał po całości, ale widać, że to
mocno wrażliwa roślinka.
Opryskałam pomidorowe poletko jeszcze
dwa razy od tamtego czasu i oprysk działa mocno odżywczo i zabija
zdaje się choroby grzybowe i bakteryjne. Czy wirusowe nie wiem, ale
ta bitwa została wygrana :)
Hlebosolnyje mają już zamknięte
zielone kulki kwiatów, do kwitnięcia będzie się zbierał Czarny z
Tuły.
Zapytacie co to za dziwny lek dla
pomidorów? No więc zwyczajne drożdże spożywcze w kostce.
Bierze się tego pół kostki na 8-10
litrów letniej wody i tak mocno spryskuje krzaczki, żeby aż ziemia
wkoło nasiąkła.
Z tego co wiem, działa na choroby
malin, truskawek, ogórków (więc zapewne dyniowatych też). Jak
myślę, zadziała tez na choroby bakteryjne i grzybowe ziemniaków
(psiankowate jak pomidory)
Resztkami z opryskiwacza potraktowałam
małą brzoskwinkę, oczywiście truskawki dostały pełnowymiarowa
dawkę.
Warto poeksperymentować i wypróbować
na drzewkach owocowych, bo szkodzić nie szkodzi, a roślinki dostają
dobrego kopa do rozwoju.
Poza tym sezon na zbiory i suszenie
ziół rozpoczęty glistnikiem i wielką ilością szałwii której
spodobała się chyba pogoda, bo całe naręcza wnosiłam na strych
po uginającej się drabince.
Mokra wiosnozima wykończyła większość
moich szczodraków, te co przeżyły przesadziłam, ale zbiory będą
w tym roku malutkie.
Zaskoczył mnie za to przyjemnie jiaogulan (gynostemma), adaptogen opisywany jako zioło życia lub ziele długowieczności. Posadzony pod wypróchniałym pniakiem schował się na zimę kłączami wewnątrz a teraz wylazł gęstymi gałązkami na słoneczko i zrobię mu trochę sznurków, żeby miał się do czego wąsami przyczepiać.
Oprócz suszenia glistnika, zrobiłam
kilka litrów nalewki glistnikowej na winie domowym
porzeczkowo-czarnobzowym i czysty sok glistnikowy wg przepisu z
rosyjskiej książki, a są tam naprawdę ciekawe rzeczy.
Sokowi przyglądam się na razie z
lekka podejrzliwością, ale wygląda i pachnie dobrze. Wypróbowuję
go na sobie wcierając wg ksiązki dwa razy dziennie w skórę, bo
chcę na własne oczy zobaczyć, jak to działa.
Obalony został jeden mit krążący po
internecie, że sok glistnikowy jest żrąco parzacy i należy uważać
żeby nie zaczepić nim zdrowej skóry. Wcieram go proszę ja Was w
całą twarz i w dłonie, no i pięknie jest :)
Można nim jak piszą wyleczyć
wszelkie schorzenia zatok i nosogardzieli, w tym polipy, narośla i
inne cuda . Nie omieszkam go wypróbować na zatoki, jak tylko uda mi
się pojechać do cywilizacji i kupić zakraplacz.
No, to na dzisiaj tyle, pozdrawiam
wszystkich czerwcowo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




