Nie ma się co czarować, ziołolecznictwo to jedynie sposób naprawiania szkód wyrządzonych własnemu organizmowi przez braki i niedobory żywieniowe, oraz tryb życia. Jest jednak jedną ze wspaniałych metod pomocy przy przywracaniu do działania uszkodzonych przez naszą ignorancję narządów.
Nie należy ziołolecznictwa traktować jako cudownej metody na powrót do życia w zdrowiu, jeśli jednocześnie nie usuniemy przyczyn powstania choroby. Ciało ludzkie jest nierozerwalnie związane z Ziemia i jej roślinami, stanowiącymi niegdyś podstawę wyżywienia i dostarczającymi wszelkie niezbędne składniki do budowy komórki- witaminy, enzymy, minerały, tłuszcze, białka.
Komórki są najmniejszymi żyjącymi składowymi naszych ciał. Są zróżnicowane w zależności od funkcji jakie sprawują w organizmie. Inaczej są zbudowane komórki wątroby, serca, kości lub mięśni. Wszystkie jednak potrzebują do prawidłowego wykształcenia i działania odpowiedniego budulca, którego należy im dostarczyć wraz z jedzeniem. Jeśli tego nie dostają, organy jakie tworzą będą niepełnosprawne i podatne na wszelkie uszkodzenia i atak patogenów. Współpraca między niepełnosprawnymi organami jest także kaleka.
Jak mawiał mądry Hipokrates: pożywienie powinno być lekiem, a lek pożywieniem.
Powinniśmy też pamiętać, że ciało ludzkie jest stworzone do ruchu, a nie do wielogodzinnego siedzenia w ławce szkolnej lub na biurowym krześle, a potem w fotelu przed telewizorem.
Organy nie używane ulegają atrofii. Nie używane mięśnie zanikają, cofa się ich ukrwienie, limfa odżywiająca i oczyszczająca komórki leniwiej krąży, a w miejscach stałego ucisku (np przy całodziennym siedzeniu) tworzą się jej zastoje i trwałe opuchlizny. Nadmiar pożywienia nie zamieniony w energię ruchu, zamienia się w tłuszcz.
Kości pozbawione obciążeń do jakich są stworzone robią się cienkie, łamliwe i słabe, przez co (w powiązaniu ze słabszym krążeniem) stale marzniemy.
Mało kto wie, że kości łącznie z jelitami są piecem, ogrzewaczem naszych ciał.
Są rezerwuarem energii.
Przestaliśmy zwracać uwagę na to, jaką siłę sprawczą ma nasz umysł, materializuje on w naszym życiu to na czym skupiamy uwagę. Jest to swoisty portal między nieprzejawionym, a przejawionym światem.
Jeśli skupiasz się na chorobie, dostajesz ją, potem skupiasz się na chorobie jeszcze bardziej bojąc się jej. Doładowujesz ją w ten sposób energią i dostajesz jej jeszcze więcej. Tak to działa i na tym polega magia istnienia.
Największym wysysaczem energii jest strach i niechęć, a umysł kieruje wygenerowaną energię na darzony tymi uczuciami aspekt życia.
Nigdy niczego się nie bój. Ryzykujesz jedynie życiem, a bojąc się - już je straciłeś. Będzie nędzne, pełne walki z tym czego nie chcesz, przywiązania do tego co cię boli. Im więcej walczysz, tym więcej skupienia i energii włożysz w to czego się boisz i tym więcej tego dostaniesz.
Tak to działa.
Widzisz więc, ze do zdrowia nie prowadzi walka, ale mądre skupienie na celu, czyli beztroska wizja siebie jako osoby zdrowej, radosnej i pełnej energii.
Metody prowadzące do materializacji tej wizji (fizyczne i niefizyczne), same zaczną wtedy przychodzić do twojego życia.
Nie licz na natychmiastowy cud. On będzie, ale przyjdzie cichutko i niepostrzeżenie, jeśli spełnisz warunki. I będzie to prawdziwa magia, nie ta z różdźkami, kielichami, sztyletami i pigułką.
Bedzie to magia i cud istnienia.
niedziela, 24 listopada 2013
sobota, 16 listopada 2013
Szykowanie do zimy
Żywopłot grabowy posadzony :) Leń mnie troche ogarnął po trzydniowej świątecznej przerwie i trudno wejść na poprzednie obroty, ale posuwa się wszystko powoli do przodu. Przywlokłam do do domu i wyszorowałam wielką ocynkowaną balię. W celach kąpielowych oczywiście. Wbrew pozorom nie potrzeba dużo wody do wielkiej balii, bo wyporność części człowieka które mieszczą się w środku robi swoje ;)
Macejko dorośleje, ma tak na oko już pół roku. Noce spędza poza domem i nawołuje się z innymi kotami. Zaczęły się odwiedziny tych ciekawskich futrzaków na podwórku. Dobrze że kamykami w okno nie rzucają ;)
Łotr śpi cały dzień i pojada, a wieczorem smyk za róg domu i wita mnie rano pod oborą- do asysty przy dojeniu. Potem leci do domu na miseczkę mleka i śniadanie. I spać.
Trawa jeszcze ślicznie zielona i dość bogata, ale kozuchy wybredne. Postały dziś na pastwisku jak dwa nieruchome słupki przez trzy godziny. Co wyjrzę, to stoja w tym samym miejscu i rozglądają się tylko. Poszłam więc je zabrać do obory, wyciągnęłam paliki i wtedy zaczęły jeść. Ożesz ty.
Nie miałam dziś czasu przy nich stać, bo rabanie drewna w toku, cięcie pni na kawałki, zrywanie dobrych desek ze stodoły i znoszenie pod dach, oraz wypad na ostatnie jabłka z sasiedzkiego sadu. Pyszne słodkie i kruche. Kozom tez się dostały jabłka, siano i dynia.
Dynia bezłuskowa, bo leń ze mnie okrutny. Pestki oczywiście moje, a sama dynia dla kozuch. Z całej torebki nasion wyrosły dwie roślinki i miały po jednej dyńce tylko. Na wiosnę posieję uzyskane świeże nasiona i mam nadzieję na lepszy zbiór. Pestki sa pyszne.
W piwnicy mam jeszcze kilka tych dużych pomarańczowych i słodkich, podłużnych gruszkowatych i pare wielkich cukinii. Gruszkowate dynie i cukinie sa dla kóz.
W piecu już trzeba palić bo noce chłodne i wilgoć w powietrzu. W dzień się tego tak nie odczuwa, lecz wieczorem trzeba juz coś narzucić na plecy. Sprawiłam też sobie gumowce piankowe, które mają chronić stopy przed zmarznięciem do minus 30 stopni. Rozpusta :)
Mam też kraciastą koszulę budowlańca, z ocieplanymi rekawami i sztucznym futerkiem w środku. Jest fantastyczna, trzy numery za duża, więc mieści gruby sweter pod spodem i służyła mi zeszłej zimy jako ubranie do kręcenia się po obejściu. Cieplejsza od kurtki zimowej. Dzięki niej nie siniałam i nie sztywniałam na mrozie.
Jutro zamierzam, oj zamierzam. Rozmroziłam kawałek białego sera i bedę piec słone ciasteczka serowo-skwarkowe. Kaloryczne :)
Ugotuję zupę na dwa dni- ogórkową i może upiekę bułeczki?
Trzeba też nastawić zakwas, bo pali się już wieczorami w scianówce. Czas na własny chlebek.
Człowiek czasami musi byc dla siebie dobry ;)
Aha i jeszcze wieczorami marzy mi się ruska bania. Dla zdrowotności i przyjemności. Materiałów ze stodoły bedzie chyba wystarczająco?
Macejko dorośleje, ma tak na oko już pół roku. Noce spędza poza domem i nawołuje się z innymi kotami. Zaczęły się odwiedziny tych ciekawskich futrzaków na podwórku. Dobrze że kamykami w okno nie rzucają ;)
Łotr śpi cały dzień i pojada, a wieczorem smyk za róg domu i wita mnie rano pod oborą- do asysty przy dojeniu. Potem leci do domu na miseczkę mleka i śniadanie. I spać.
Trawa jeszcze ślicznie zielona i dość bogata, ale kozuchy wybredne. Postały dziś na pastwisku jak dwa nieruchome słupki przez trzy godziny. Co wyjrzę, to stoja w tym samym miejscu i rozglądają się tylko. Poszłam więc je zabrać do obory, wyciągnęłam paliki i wtedy zaczęły jeść. Ożesz ty.
Nie miałam dziś czasu przy nich stać, bo rabanie drewna w toku, cięcie pni na kawałki, zrywanie dobrych desek ze stodoły i znoszenie pod dach, oraz wypad na ostatnie jabłka z sasiedzkiego sadu. Pyszne słodkie i kruche. Kozom tez się dostały jabłka, siano i dynia.
Dynia bezłuskowa, bo leń ze mnie okrutny. Pestki oczywiście moje, a sama dynia dla kozuch. Z całej torebki nasion wyrosły dwie roślinki i miały po jednej dyńce tylko. Na wiosnę posieję uzyskane świeże nasiona i mam nadzieję na lepszy zbiór. Pestki sa pyszne.
W piwnicy mam jeszcze kilka tych dużych pomarańczowych i słodkich, podłużnych gruszkowatych i pare wielkich cukinii. Gruszkowate dynie i cukinie sa dla kóz.
W piecu już trzeba palić bo noce chłodne i wilgoć w powietrzu. W dzień się tego tak nie odczuwa, lecz wieczorem trzeba juz coś narzucić na plecy. Sprawiłam też sobie gumowce piankowe, które mają chronić stopy przed zmarznięciem do minus 30 stopni. Rozpusta :)
Mam też kraciastą koszulę budowlańca, z ocieplanymi rekawami i sztucznym futerkiem w środku. Jest fantastyczna, trzy numery za duża, więc mieści gruby sweter pod spodem i służyła mi zeszłej zimy jako ubranie do kręcenia się po obejściu. Cieplejsza od kurtki zimowej. Dzięki niej nie siniałam i nie sztywniałam na mrozie.
Jutro zamierzam, oj zamierzam. Rozmroziłam kawałek białego sera i bedę piec słone ciasteczka serowo-skwarkowe. Kaloryczne :)
Ugotuję zupę na dwa dni- ogórkową i może upiekę bułeczki?
Trzeba też nastawić zakwas, bo pali się już wieczorami w scianówce. Czas na własny chlebek.
Człowiek czasami musi byc dla siebie dobry ;)
Aha i jeszcze wieczorami marzy mi się ruska bania. Dla zdrowotności i przyjemności. Materiałów ze stodoły bedzie chyba wystarczająco?
czwartek, 31 października 2013
Woda
Dziękuję bardzo za tyle wspaniałych wskazówek. Dzięki nim zaczął mi się klarowac obraz książki. Myślę o nim w czasie prac w gospodarstwie, bo jesień ciepła sprzyja pracom.
Przesadzam teraz maliny w dogodniejsze miejsce, codziennie staram się wykopać i posadzić rządek. Rąbię stare dechy leżące na dworze przynajmniej przez godzinę dziennie. Co dzień też pracuję po trochu przy zasypywaniu 12 metrowego rowu, głębokiego na wysokość chłopa. Na raz zasypać go nie dam rady, bo ziemia zmieszana z gruzem. Ciężko.
W rowie lezy rura z wodą, a koniec tej rury w mojej kuchni jest (niemal zgrabnie) wykończony kranem, zawieszonym nad srebrzystym dwukomorowym zlewozmywakiem, usadowionym na topornym, ręką Majstra Od Drewna wykonanym stelażu. Mam wodę w domu :)
A jeśli przy temacie wody jestem, to dopiszę że skromniutka dotacyjka jaka przypadła od Gminy dla naszej małej wioski, została przez Sołtysa i Walne Wiejskie Zebranie przeznaczona na ogarnięcie rozdeptanego przez dziki miejscowego źródełka w debrze (wąwozie) i zrobienie z niego krynicy pod zadaszeniem.
Takie zadaszenie nazywane jest tutaj kapliczką.
Źródełko przylega do mojej posesji więc cieszy mnie to niezmiernie, bo blisko po kryniczną wodę będzie na koniec przyszłego roku. Według tutejszych (tych za kołnierz nie wylewających), woda ze źródełka jest cudownym lekiem na kaca, więc pierwszy cud przyszła krynica ma juz na koncie.
Planuję też o ile zdążę, posadzic żywopłot. Bedzie to jednak grab ze względów ekonomicznych- przycinane co kilka lat odrosty będa źródłem drewna opałowego. Duże drzewa są trudne do pocięcia i porąbania, więc za podszeptem Krystyny prowadzącej blog Kawałek Własnego Raju, zrobię właśnie tak.
A książka będzie o ziołach i magicznej stronie istnienia. Nie fantasy, ale podręcznik.
Przesadzam teraz maliny w dogodniejsze miejsce, codziennie staram się wykopać i posadzić rządek. Rąbię stare dechy leżące na dworze przynajmniej przez godzinę dziennie. Co dzień też pracuję po trochu przy zasypywaniu 12 metrowego rowu, głębokiego na wysokość chłopa. Na raz zasypać go nie dam rady, bo ziemia zmieszana z gruzem. Ciężko.
W rowie lezy rura z wodą, a koniec tej rury w mojej kuchni jest (niemal zgrabnie) wykończony kranem, zawieszonym nad srebrzystym dwukomorowym zlewozmywakiem, usadowionym na topornym, ręką Majstra Od Drewna wykonanym stelażu. Mam wodę w domu :)
A jeśli przy temacie wody jestem, to dopiszę że skromniutka dotacyjka jaka przypadła od Gminy dla naszej małej wioski, została przez Sołtysa i Walne Wiejskie Zebranie przeznaczona na ogarnięcie rozdeptanego przez dziki miejscowego źródełka w debrze (wąwozie) i zrobienie z niego krynicy pod zadaszeniem.
Takie zadaszenie nazywane jest tutaj kapliczką.
Źródełko przylega do mojej posesji więc cieszy mnie to niezmiernie, bo blisko po kryniczną wodę będzie na koniec przyszłego roku. Według tutejszych (tych za kołnierz nie wylewających), woda ze źródełka jest cudownym lekiem na kaca, więc pierwszy cud przyszła krynica ma juz na koncie.
Planuję też o ile zdążę, posadzic żywopłot. Bedzie to jednak grab ze względów ekonomicznych- przycinane co kilka lat odrosty będa źródłem drewna opałowego. Duże drzewa są trudne do pocięcia i porąbania, więc za podszeptem Krystyny prowadzącej blog Kawałek Własnego Raju, zrobię właśnie tak.
A książka będzie o ziołach i magicznej stronie istnienia. Nie fantasy, ale podręcznik.
wtorek, 22 października 2013
Pytanie
Mam do Was pytanie
Gdybyscie chcieli mieć w swojej biblioteczce książkę o ziołach i dawnych sposobach na zdrowie i urodę, to jaka ona miała by być.
Co powinna zawierać, bo ogólnie o ziołach jest napisanych wiele książek.
Zadaję to pytanie w związku z tym, że zbliża się czas, celnie przez Ewę z Kresowej Zagrody nazwany Wakacjami Rolnika, a wakacje te trwają kilka miesięcy, więc może powinnam zmierzyć się w ten czas z czymś czego jeszcze nie zrobiłam, czyli z napisaniem książki.
Mam problem jednak z ogromem tematu. jeśli chcieć ująć wszystko, to będzie po łebkach więc na nic nie przydatne. Może być szczegółowo, ale będzie to wielka cegła w której będzie się można pogubić, a więc też niewiele przydatna.
Może powinno to być kilka książeczek mniejszych rozmiarowo, za to podzielonych tematycznie?
Na przykład książeczka o takiej zawartości: jak wykonac ocet jabłkowy i o jego właściwościach leczniczych, wina lecznicze, pomocne mikstury typu "pyszny galen w stylu arabskim"? (a tak na marginesie, zrobiłam sobie ostatnio taki na bazie czarnuszki, kozieradki, ostropestu, pyłku pszczelego i szczodraka krokoszowatego), syropy, wyciągi olejowe i inne?
Jaka jeszcze tematyka tomików?
A może powieść fantasy z prawdziwymi informacjami o ziołach i metodach przywracania zdrowia?
O matko i córko :) nie wiem czy dała bym radę zmierzyć się z takim wyzwaniem. I kto miał by być głównym bohaterem?
Macie może inne pomysły?
Gdybyscie chcieli mieć w swojej biblioteczce książkę o ziołach i dawnych sposobach na zdrowie i urodę, to jaka ona miała by być.
Co powinna zawierać, bo ogólnie o ziołach jest napisanych wiele książek.
Zadaję to pytanie w związku z tym, że zbliża się czas, celnie przez Ewę z Kresowej Zagrody nazwany Wakacjami Rolnika, a wakacje te trwają kilka miesięcy, więc może powinnam zmierzyć się w ten czas z czymś czego jeszcze nie zrobiłam, czyli z napisaniem książki.
Mam problem jednak z ogromem tematu. jeśli chcieć ująć wszystko, to będzie po łebkach więc na nic nie przydatne. Może być szczegółowo, ale będzie to wielka cegła w której będzie się można pogubić, a więc też niewiele przydatna.
Może powinno to być kilka książeczek mniejszych rozmiarowo, za to podzielonych tematycznie?
Na przykład książeczka o takiej zawartości: jak wykonac ocet jabłkowy i o jego właściwościach leczniczych, wina lecznicze, pomocne mikstury typu "pyszny galen w stylu arabskim"? (a tak na marginesie, zrobiłam sobie ostatnio taki na bazie czarnuszki, kozieradki, ostropestu, pyłku pszczelego i szczodraka krokoszowatego), syropy, wyciągi olejowe i inne?
Jaka jeszcze tematyka tomików?
A może powieść fantasy z prawdziwymi informacjami o ziołach i metodach przywracania zdrowia?
O matko i córko :) nie wiem czy dała bym radę zmierzyć się z takim wyzwaniem. I kto miał by być głównym bohaterem?
Macie może inne pomysły?
niedziela, 13 października 2013
Eteryczne wymiary.
Koci dzieć Macejko nie wrócił na noc do domu. Przez głowę przechodziły mi rózne myśli: lisy, wielkie sowy, porwanie przez przejezdnych "kidnaperów" (bo ładny i miły z niego kot) wychodziłam nawet z latarką na drogę, by sprawdzić czy mu się nic nie stało, bo kierowcy lubią przyszaleć jadąc przez wieś.
W domu panowała cisza, przerywana tylko wysyłanymi w przestrzeń komunikatami z balonu fermentacyjnego.
Zawartość balonu na wino jak to ze społecznościami mikroskopijnych stworzonek jest- przeszła przyspieszoną ewolucję. Przestała robić "uikbul" i zaczęła przez plastikową rurkę fermentacyjną gadac po angielsku.
Niestety, z powodu zamierzchłych czasów mojego urodzenia oprogramowana zostałam jedynie językiem rosyjskim, więc próby komunikacji na wstępie zostały skazane na niepowodzenie.
Smutne jest, gdy twórca nie może się prozumieć z osobiście stworzonym wszechświatem, zanim ten zamrze zaduszony wytworami własnej cywilizacji.
Niektóre wszechświaty nie giną jednak bezpowrotnie, bo pod wpływem oczyszczania z niepożądanych elementów oraz destylacji zamieniają się w czystego ducha- spiritus. Przechodzą udanie w inny, chciało by się rzec- niemal eteryczny wymiar, czym sprawiają nieopanowaną radość swoim twórcom.
Przyznam, że jest to nieco pocieszające dla naszego, równiez kulistego jak balon fermentacyjny wszechświata.
Poszłam spac o drugiej w nocy, wyciągnąwszy najpierw dwie karty z talii Tarota. Na kota?......Tak, na kota.
Niewiarygodne, jak można przywiązac się do małego zwierzaczka.
Na pytanie co się dzieje z Macejkiem wyciągnęłam kartę Król Pucharów. No- już dobrze, pomyślałam. Znaczy się nic złego mu się nie stało, gdyż karta ta określa osobę kierującą się uczuciami w podejmowaniu decyzji.
Na pytanie czy wróci do domu wypadła karta Cesarzowa. Karta ta mówi między innymi o dostatku w domu, spokoju i bezpieczeństwie, czyli odpowiedź pozytywna.
Na wszelki wypadek nastawiłam budzik na siódmą, żeby nie zaspać i.....obudziłam się o wpół do szóstej. Sprawdziłam czy nie ma Macejka pd drzwiami i wróciłam do łóżka. Pomyślałam sobie wpół śpiąc, że chcę zobaczyć to co widzi Maciuś, chcę spojrzeć jego oczami na to co go otacza: z plam pod zamkniętymi oczami uformowały się korony drzew na tle jaśniejącego nieba, zobaczyłam gliniastą skarpę i opieńki jak żywe. Otworzyłam oczy, no nie- pomyślałam. Niemożliwe.
Powtórzyłam to jeszcze raz z takim samym rezultatem, z tym że obraz był różny od pierwszego, ale też las i tez grzyby.
Wstałam, ubrałam się i wyszłam z domu by rozpocząć dzień. Od strony lasu szedł sobie cichutko do domu Macejko.
Dziś smarkacz przespał w domu niemal cały dzień i nigdzie się nie wybrał wieczorem, a ja cały dzień robiłam ognisko- jesienne oczyszczające palenisko.
Internet ostatnio mi szwankuje, nie mogę załadować stron, stąd opóźnienia w odpowiedzi na Wasze komentarze. Dzisiejszy post usiłowałam wstawić niemal przez dwa dni, ale się udało :)
W domu panowała cisza, przerywana tylko wysyłanymi w przestrzeń komunikatami z balonu fermentacyjnego.
Zawartość balonu na wino jak to ze społecznościami mikroskopijnych stworzonek jest- przeszła przyspieszoną ewolucję. Przestała robić "uikbul" i zaczęła przez plastikową rurkę fermentacyjną gadac po angielsku.
Niestety, z powodu zamierzchłych czasów mojego urodzenia oprogramowana zostałam jedynie językiem rosyjskim, więc próby komunikacji na wstępie zostały skazane na niepowodzenie.
Smutne jest, gdy twórca nie może się prozumieć z osobiście stworzonym wszechświatem, zanim ten zamrze zaduszony wytworami własnej cywilizacji.
Niektóre wszechświaty nie giną jednak bezpowrotnie, bo pod wpływem oczyszczania z niepożądanych elementów oraz destylacji zamieniają się w czystego ducha- spiritus. Przechodzą udanie w inny, chciało by się rzec- niemal eteryczny wymiar, czym sprawiają nieopanowaną radość swoim twórcom.
Przyznam, że jest to nieco pocieszające dla naszego, równiez kulistego jak balon fermentacyjny wszechświata.
Poszłam spac o drugiej w nocy, wyciągnąwszy najpierw dwie karty z talii Tarota. Na kota?......Tak, na kota.
Niewiarygodne, jak można przywiązac się do małego zwierzaczka.
Na pytanie co się dzieje z Macejkiem wyciągnęłam kartę Król Pucharów. No- już dobrze, pomyślałam. Znaczy się nic złego mu się nie stało, gdyż karta ta określa osobę kierującą się uczuciami w podejmowaniu decyzji.
Na pytanie czy wróci do domu wypadła karta Cesarzowa. Karta ta mówi między innymi o dostatku w domu, spokoju i bezpieczeństwie, czyli odpowiedź pozytywna.
Na wszelki wypadek nastawiłam budzik na siódmą, żeby nie zaspać i.....obudziłam się o wpół do szóstej. Sprawdziłam czy nie ma Macejka pd drzwiami i wróciłam do łóżka. Pomyślałam sobie wpół śpiąc, że chcę zobaczyć to co widzi Maciuś, chcę spojrzeć jego oczami na to co go otacza: z plam pod zamkniętymi oczami uformowały się korony drzew na tle jaśniejącego nieba, zobaczyłam gliniastą skarpę i opieńki jak żywe. Otworzyłam oczy, no nie- pomyślałam. Niemożliwe.
Powtórzyłam to jeszcze raz z takim samym rezultatem, z tym że obraz był różny od pierwszego, ale też las i tez grzyby.
Wstałam, ubrałam się i wyszłam z domu by rozpocząć dzień. Od strony lasu szedł sobie cichutko do domu Macejko.
Dziś smarkacz przespał w domu niemal cały dzień i nigdzie się nie wybrał wieczorem, a ja cały dzień robiłam ognisko- jesienne oczyszczające palenisko.
Internet ostatnio mi szwankuje, nie mogę załadować stron, stąd opóźnienia w odpowiedzi na Wasze komentarze. Dzisiejszy post usiłowałam wstawić niemal przez dwa dni, ale się udało :)
czwartek, 10 października 2013
Moc serwatki
Znienacka stałam się dumną właścicielką dodatkowych trzech balonów na wino, na widok których lekko ugięły mi się nogi :)
Jeden chyba 35 litrowy, a dwa natępne na oko mają po 50 litrów.
O matko i córko, jak to zapełnić? Niesmiało zabrałam się za najmniejszy balon. Klasycznie balony zapełnia się moszczem- wyciśniętym sokiem z powoców. Postanowiłam odpuścić sobie klasykę, na rzecz pospolitego lecz skutecznego i wypróbowanego pokoleniami sposobu wrzucania do balonu co pod reką.
Pod ręką były jabłka- białe Renety, przemrożona aronia z sąsiedzkich krzewów i miska czarnych kwaśnych miejscowych winogron.
Balonik stoi sobie w pokoju na krzesełku z oparciem, brzuszkiem w stronę pieca, a plecki ma okryte kurtką by ciepło za szybko nie uciekało. Nastaw szybko zaczął pracowac na dzikich drożdżach i teraz co dwie sekundy wydaje z siebie dźwięk : uikbul,, uikbul....a zawartość przybiera różowy kolor.
W pełni sezon grzybów i opieniek, więc przerabiam, przerabiam...
Macejko łazi za mną do lasu, a przy zbieraniu grzybów okręca mi się wokół karku i mruczy.
Jako że nie robię żadnych przetworów na occie, ciekawiły mnie grzyby kiszone. Poszukałam w necie i znalazłam przepis na opieńki, choć można kisić tak wszystkie grzyby.
Próbne dwa słoiczki okazały się bardzo smaczne i niekłopotliwe w wykonaniu, więc następne zbiory darów wioskowego lasu będą kiszone, aż uznam że będzie dość.
Oto przepis:
Grzyby po oczyszczeniu nalezy obgotować, po odcedzeniu przelać zimną wodą i ułozyć w słoiczkach. Ja układam 2/3 słoiczka.
Zalewa- na litr wody 3 łyżki soli (tak jest w oryginale, ja daję mniej, dwie- tak jak do ogórków kiszonych) Można dodać do zalewy koper lub inne przyprawy według smaku.
Na przykład tymianek (mój ulubiony), kminek, kolendrę, co kto lubi, łyżkę wody podpłyniętej przy kwaszeniu mleka, lub...serwatki. Można dodać zamiast serwatki łyżkę młodego octu jabłkowego, bo chodzi tu o rozpoczęcie fermentacji kwasowej.
Grzyby zalewamy i mieszamy z zalewą, starając się by nie było powietrza między kapeluszami. Słoiki zakręcamy i stawiamy na trzy dni w ciepłym, a potem wynosimy do chłodnego pomieszczenia (od 0 do 5stC)
Z takich grzybków można robić zupę, sałatki, jeść jako samodzielny dodatek do potraw. Trwałość wg opisu to con. 5 miesięcy.
Przypadkowe spotkania na wiejskiej drodze, czasem owocują fajnymi starymi przepisami na wykorzystanie różnych produtów ubocznych w gospodarstwie.
Tym razem otrzymałam lekcję wykorzystywania serwatki.
Jako że do skromnego litra mleka od Wańdzi dobieram ostatnio po 5l mleka od krówki i robię z niego sery, serwatki jest nadmiar. Spożyć lub spożytkować inaczej w takiej ilości się nie da.
Otóż okazało się, że serwatką można umyć naczynia. Nie wierzyłam :)
Jednak po wykonaniu następnego sera spojrzałam na gar serwatki i ryzyk fizyk- pomyślałam. Wlałam to do miski i dolałam drugie tyle goracej wody. Słuchajcie odmywa wszystko doskonale, szkło błyszczy jak w barze, płyn nie niszczy łapek a nawet je pielęgnuje.
Odmył się nawet przypalony garnek- spalenizna odchodziła szybciutko pod lekkim naciskiem zmywaka do szorowania.
Do mycia naczyń jak mnie pouczono, można użyć także wody po gotowaniu ziemniaków.
Idąc tym tropem, zastanowiłam się, czy nie można by serwatki uzyć zamiast szamponu. Znalazłam w necie szampony na bazie serwatki i wzmianki, że dawniej używano jej do mycia włosów.
Zazwyczaj myję włosy szarym mydłem z Ukrainy i płucze wodą z octem jabłkowym. Nie zaryzykowałam tym razem mycia samą serwatką, ale wykorzystałam ją do spłukania włosów po umyciu. Serwatka jest kwaskowata, więc doskonale nadaje się do wypłukania resztek mydła. Zdała egzamin doskonale. Włosy są przyjemne w dotyku, sypkie i błyszczące.
Dowiedziałam się także, że uzywano dawniej serwatki do mycia twarzy dla utrzymania ładnej jasnej cery i zdrowej skóry. Spróbować można, czemu nie.
Szkoda że nie mam wanny :)
Sery przerabiam na topione i zlewam na gorąco do słoików.
Jak sąsiad wymieni krówkę na małolitrażową, skończy się mu nadmiar mleka, a mi urwie się dobre ;)
Pozdrawiam i niech moc serwatki będzie z Wami :)
Jeden chyba 35 litrowy, a dwa natępne na oko mają po 50 litrów.
O matko i córko, jak to zapełnić? Niesmiało zabrałam się za najmniejszy balon. Klasycznie balony zapełnia się moszczem- wyciśniętym sokiem z powoców. Postanowiłam odpuścić sobie klasykę, na rzecz pospolitego lecz skutecznego i wypróbowanego pokoleniami sposobu wrzucania do balonu co pod reką.
Pod ręką były jabłka- białe Renety, przemrożona aronia z sąsiedzkich krzewów i miska czarnych kwaśnych miejscowych winogron.
Balonik stoi sobie w pokoju na krzesełku z oparciem, brzuszkiem w stronę pieca, a plecki ma okryte kurtką by ciepło za szybko nie uciekało. Nastaw szybko zaczął pracowac na dzikich drożdżach i teraz co dwie sekundy wydaje z siebie dźwięk : uikbul,, uikbul....a zawartość przybiera różowy kolor.
W pełni sezon grzybów i opieniek, więc przerabiam, przerabiam...
Macejko łazi za mną do lasu, a przy zbieraniu grzybów okręca mi się wokół karku i mruczy.
Jako że nie robię żadnych przetworów na occie, ciekawiły mnie grzyby kiszone. Poszukałam w necie i znalazłam przepis na opieńki, choć można kisić tak wszystkie grzyby.
Próbne dwa słoiczki okazały się bardzo smaczne i niekłopotliwe w wykonaniu, więc następne zbiory darów wioskowego lasu będą kiszone, aż uznam że będzie dość.
Oto przepis:
Grzyby po oczyszczeniu nalezy obgotować, po odcedzeniu przelać zimną wodą i ułozyć w słoiczkach. Ja układam 2/3 słoiczka.
Zalewa- na litr wody 3 łyżki soli (tak jest w oryginale, ja daję mniej, dwie- tak jak do ogórków kiszonych) Można dodać do zalewy koper lub inne przyprawy według smaku.
Na przykład tymianek (mój ulubiony), kminek, kolendrę, co kto lubi, łyżkę wody podpłyniętej przy kwaszeniu mleka, lub...serwatki. Można dodać zamiast serwatki łyżkę młodego octu jabłkowego, bo chodzi tu o rozpoczęcie fermentacji kwasowej.
Grzyby zalewamy i mieszamy z zalewą, starając się by nie było powietrza między kapeluszami. Słoiki zakręcamy i stawiamy na trzy dni w ciepłym, a potem wynosimy do chłodnego pomieszczenia (od 0 do 5stC)
Z takich grzybków można robić zupę, sałatki, jeść jako samodzielny dodatek do potraw. Trwałość wg opisu to con. 5 miesięcy.
Przypadkowe spotkania na wiejskiej drodze, czasem owocują fajnymi starymi przepisami na wykorzystanie różnych produtów ubocznych w gospodarstwie.
Tym razem otrzymałam lekcję wykorzystywania serwatki.
Jako że do skromnego litra mleka od Wańdzi dobieram ostatnio po 5l mleka od krówki i robię z niego sery, serwatki jest nadmiar. Spożyć lub spożytkować inaczej w takiej ilości się nie da.
Otóż okazało się, że serwatką można umyć naczynia. Nie wierzyłam :)
Jednak po wykonaniu następnego sera spojrzałam na gar serwatki i ryzyk fizyk- pomyślałam. Wlałam to do miski i dolałam drugie tyle goracej wody. Słuchajcie odmywa wszystko doskonale, szkło błyszczy jak w barze, płyn nie niszczy łapek a nawet je pielęgnuje.
Odmył się nawet przypalony garnek- spalenizna odchodziła szybciutko pod lekkim naciskiem zmywaka do szorowania.
Do mycia naczyń jak mnie pouczono, można użyć także wody po gotowaniu ziemniaków.
Idąc tym tropem, zastanowiłam się, czy nie można by serwatki uzyć zamiast szamponu. Znalazłam w necie szampony na bazie serwatki i wzmianki, że dawniej używano jej do mycia włosów.
Zazwyczaj myję włosy szarym mydłem z Ukrainy i płucze wodą z octem jabłkowym. Nie zaryzykowałam tym razem mycia samą serwatką, ale wykorzystałam ją do spłukania włosów po umyciu. Serwatka jest kwaskowata, więc doskonale nadaje się do wypłukania resztek mydła. Zdała egzamin doskonale. Włosy są przyjemne w dotyku, sypkie i błyszczące.
Dowiedziałam się także, że uzywano dawniej serwatki do mycia twarzy dla utrzymania ładnej jasnej cery i zdrowej skóry. Spróbować można, czemu nie.
Szkoda że nie mam wanny :)
Sery przerabiam na topione i zlewam na gorąco do słoików.
Jak sąsiad wymieni krówkę na małolitrażową, skończy się mu nadmiar mleka, a mi urwie się dobre ;)
Pozdrawiam i niech moc serwatki będzie z Wami :)
sobota, 21 września 2013
Bzowe Ucho
pada, leje, siąpi, dżdży, co kto lubi, do wyboru.
Znaczy się, przełamanie na jesień już przyszło.
Na czarnym bzie na miedzy wyrosły śliczne, brązoworóżowe prześwitujące uszy bzowe. Grzybki surrealistyczne, czarodziejsko- nierzeczywiste i jak najbardziej jadalne, a nawet lecznicze. Wyglądają jak miniaturowe ludzkie uszy. Są porównywane w swoich własciwościach i walorach smakowych do chińskich czarnych grzybów Mun, równiez należących do rodziny uszakowatych.
Zbieram więc ucho bzowe i susze w durszlaku na piecu. Schnie bez kłopotu na sztywne kosteczki.
Wypróbuję ich smak kiedy znajdę jakiś ciekawy przepis, a nadają się wszystkie przepisy w jakich występują grzyby Mun.
Ponoć próbowano z bzowego ucha robić kremy do twarzy ..hm?
Zdam realcję ;), chociaż moj świat ulega ciągłemu upraszczaniu sam z siebie i zamiast robic kremy jak kiedyś, wsmarowuję w siebie wyciągi ziołowe pojedynczo, lub mieszam je na poczekaniu na jednorazowe zużycie jak fantazja podpowie, nie bawiąc się w ukręcanie do odpowiedniej konsystencji.
Równie dużemu uproszczeniu uległa kuchnia. Często jakis posiłek jest zastępowany tym, co sobie znajdę pod drzewem lub wyrwę w ogródku.
Czy to lenistwo? być może, ale znajduję jakąś frajdę w upraszczaniu, które stało się niemal automatyczne i zdaję sobie sprawę jak daleko to zaszło w momencie przyjazdu gości, kiedy trzeba zająć się nieco kuchnią. Mieszanie dużej ilości składników w jedzeniu, wydaje mi się takie....bizantyjskie.
Zdaję sobie teraz w pełni sprawę, że więkzość życia ludzkiego kręci sie wokół jedzenia, a samo jedzenie jest nieodzownym składnikiem wszelkich ludzkich spotkań.
Macejko urósł, łapki u niego się wydłużyły, sierść w dotyku przypomina mięsisty śliski jedwab, bo obżarty jest jesiennymi myszorami i odnawianą ciągle zawartością kocich miseczek. Myszy już sam wynosi dumnie z patrolowanej koziarni, bo łowny z niego kocurek.
Potrafi zjeść mysz, zawartość miseczki, popić mlekiem, znów myszora, chrupki i mleko i zaraz wysępić kawałek chlebka, bodaj nawet suchego, a potem dojeść resztki z miseczki Barbarzynki, która go nienawidzi uczuciem szczerym i silnym, lecz opanowanym przez dobre(hm..) wychowanie.
No ale koci dzieć rośnie, coraz rzadziej ma napady wdrapywania się na człowieka i przytulania, za to wytrwale podpatruje rudego wiewióra który wtranżala orzechy włoskie z podwórkowego drzewa, zrzucając na ziemię grube zielone łupiny. Potrafi go tropić godzinami. Lubi także paść się z kozami-pogryzając perz i przebywac w ich bliskości. Sprytnie unika rogów łakomej Wańdzi, traktującej go jak konkurencję do michy.
Maciuś umie wydawać z siebie dziwny dźwięk, ni to głośnie mruczenie, ni to ćwierkanie, które cos robi ze splotem słonecznym człowieka, który skręca się wtedy jak połaskotana stopa.
Dźwięk ten wydaje, jak odzywa mu się diabełek za skórą i rusza z impetem narozrabiac ile się da, nawet za cene oberwania ścierką po tyłku ;)
Z Maciusia zamienia się w Pirania i Rzepióra.
leje, siąpi, dżdży od tygodnia, co przerwało wszelkie prace ogrodowe i przygotowawcze do zimy. Teraz tylko kuchnia- smażenie śliwek i jabłek, oraz leczo z zielonej papryki, bo dojrzeć nie zdążyła. W deszczu pojawiy się na niektórych brzydkie plamki, więc decyzja zapadła- smażę zieloną.
W zeszłym roku który nie był tak goracy i wystarczająco wilgotny jak ten, cała papryka dojrzała bez kłopotu, pomidory też. W tym wydawało by się ponad miarę upalnym 2013 nie zdążyły.
Jedyna papryka jaka dojrzała, to niespodzianka. Jedna z siewek ostrej małej papryczki(siana wprost do gruntu) wyrosła na półtora metra i obrodziła czerwonymi słodkimi papryczkami. Bardzo sa smaczne, lecz dziwo polega na tym, że na tej samej roślinie są słodkie tępo zakończone owoce na przemian ze zwykłymi podłużnymi ostro zakpńczonymi i ostrymi w smaku.
Zebrałam nasiona, zobaczymy co wyrośnie z nich w przyszłym roku.
Na wiosnę przyszłego roku zasieję pomidorki koktajlowe, bo pomimo że małe to są odporne na choroby i plenne aż do przymrozków.
Wypróbowałam tez przepis na kiszoną paprykę- jest kilka słoików. Zobaczymy jak smakuje, jeszcze nie wiem.
Lenistwo razem z deszczem na mnie napadło. Nawet jeść mi się nie chce. Wyjątek to zupa śliwkowo-jabłkowa, której gotuję po południu dwulitrowy garnek żeby na dwa dni starczyło, lecz kończy się ta zupa tego samego wieczoru niestety. Tak mi smakuje, że nie mogła bym pójść spać, wiedząc ze w garnku jeszcze coś jest.
Czego innego tknąć mi się nawet nie chce.
Napisze Wam jeszcze na co jest Ucho Bzowe, bo przepisy na potrawy z grzybów Mun, które można zastąpić Uchem Bzowym, są ogólnie dostępne.
I tak, grzyb ten pozwala wzmocnic się ludzkiemu umysłowi, daje odporność na choroby, wspomaga przy rekonwalescencji, nadciśnieniu, zwyrodnieniu naczyń krwionośnych, odmładza skórę, regeneruje włosy, przeciwdziała sklejaniu sie krwinek (rozrzedza krew), przynosi ulgę przy bólach np. zębów, brzucha, serca.
Najczęściej bierze się 3-5 gram suszonego Ucha, namacza się 12 godzin w pół litrze wody i robi z tego wywar w tej samej wodzie. Grzyby gotuje się na malutkim ogniu nawet do dwóch godzin i wypija to co zostało w dwóch dawkach w ciągu dnia.
Znaczy się, przełamanie na jesień już przyszło.
Na czarnym bzie na miedzy wyrosły śliczne, brązoworóżowe prześwitujące uszy bzowe. Grzybki surrealistyczne, czarodziejsko- nierzeczywiste i jak najbardziej jadalne, a nawet lecznicze. Wyglądają jak miniaturowe ludzkie uszy. Są porównywane w swoich własciwościach i walorach smakowych do chińskich czarnych grzybów Mun, równiez należących do rodziny uszakowatych.
Zbieram więc ucho bzowe i susze w durszlaku na piecu. Schnie bez kłopotu na sztywne kosteczki.
Wypróbuję ich smak kiedy znajdę jakiś ciekawy przepis, a nadają się wszystkie przepisy w jakich występują grzyby Mun.
Ponoć próbowano z bzowego ucha robić kremy do twarzy ..hm?
Zdam realcję ;), chociaż moj świat ulega ciągłemu upraszczaniu sam z siebie i zamiast robic kremy jak kiedyś, wsmarowuję w siebie wyciągi ziołowe pojedynczo, lub mieszam je na poczekaniu na jednorazowe zużycie jak fantazja podpowie, nie bawiąc się w ukręcanie do odpowiedniej konsystencji.
Równie dużemu uproszczeniu uległa kuchnia. Często jakis posiłek jest zastępowany tym, co sobie znajdę pod drzewem lub wyrwę w ogródku.
Czy to lenistwo? być może, ale znajduję jakąś frajdę w upraszczaniu, które stało się niemal automatyczne i zdaję sobie sprawę jak daleko to zaszło w momencie przyjazdu gości, kiedy trzeba zająć się nieco kuchnią. Mieszanie dużej ilości składników w jedzeniu, wydaje mi się takie....bizantyjskie.
Zdaję sobie teraz w pełni sprawę, że więkzość życia ludzkiego kręci sie wokół jedzenia, a samo jedzenie jest nieodzownym składnikiem wszelkich ludzkich spotkań.
Macejko urósł, łapki u niego się wydłużyły, sierść w dotyku przypomina mięsisty śliski jedwab, bo obżarty jest jesiennymi myszorami i odnawianą ciągle zawartością kocich miseczek. Myszy już sam wynosi dumnie z patrolowanej koziarni, bo łowny z niego kocurek.
Potrafi zjeść mysz, zawartość miseczki, popić mlekiem, znów myszora, chrupki i mleko i zaraz wysępić kawałek chlebka, bodaj nawet suchego, a potem dojeść resztki z miseczki Barbarzynki, która go nienawidzi uczuciem szczerym i silnym, lecz opanowanym przez dobre(hm..) wychowanie.
No ale koci dzieć rośnie, coraz rzadziej ma napady wdrapywania się na człowieka i przytulania, za to wytrwale podpatruje rudego wiewióra który wtranżala orzechy włoskie z podwórkowego drzewa, zrzucając na ziemię grube zielone łupiny. Potrafi go tropić godzinami. Lubi także paść się z kozami-pogryzając perz i przebywac w ich bliskości. Sprytnie unika rogów łakomej Wańdzi, traktującej go jak konkurencję do michy.
Maciuś umie wydawać z siebie dziwny dźwięk, ni to głośnie mruczenie, ni to ćwierkanie, które cos robi ze splotem słonecznym człowieka, który skręca się wtedy jak połaskotana stopa.
Dźwięk ten wydaje, jak odzywa mu się diabełek za skórą i rusza z impetem narozrabiac ile się da, nawet za cene oberwania ścierką po tyłku ;)
Z Maciusia zamienia się w Pirania i Rzepióra.
leje, siąpi, dżdży od tygodnia, co przerwało wszelkie prace ogrodowe i przygotowawcze do zimy. Teraz tylko kuchnia- smażenie śliwek i jabłek, oraz leczo z zielonej papryki, bo dojrzeć nie zdążyła. W deszczu pojawiy się na niektórych brzydkie plamki, więc decyzja zapadła- smażę zieloną.
W zeszłym roku który nie był tak goracy i wystarczająco wilgotny jak ten, cała papryka dojrzała bez kłopotu, pomidory też. W tym wydawało by się ponad miarę upalnym 2013 nie zdążyły.
Jedyna papryka jaka dojrzała, to niespodzianka. Jedna z siewek ostrej małej papryczki(siana wprost do gruntu) wyrosła na półtora metra i obrodziła czerwonymi słodkimi papryczkami. Bardzo sa smaczne, lecz dziwo polega na tym, że na tej samej roślinie są słodkie tępo zakończone owoce na przemian ze zwykłymi podłużnymi ostro zakpńczonymi i ostrymi w smaku.
Zebrałam nasiona, zobaczymy co wyrośnie z nich w przyszłym roku.
Na wiosnę przyszłego roku zasieję pomidorki koktajlowe, bo pomimo że małe to są odporne na choroby i plenne aż do przymrozków.
Wypróbowałam tez przepis na kiszoną paprykę- jest kilka słoików. Zobaczymy jak smakuje, jeszcze nie wiem.
Lenistwo razem z deszczem na mnie napadło. Nawet jeść mi się nie chce. Wyjątek to zupa śliwkowo-jabłkowa, której gotuję po południu dwulitrowy garnek żeby na dwa dni starczyło, lecz kończy się ta zupa tego samego wieczoru niestety. Tak mi smakuje, że nie mogła bym pójść spać, wiedząc ze w garnku jeszcze coś jest.
Czego innego tknąć mi się nawet nie chce.
Napisze Wam jeszcze na co jest Ucho Bzowe, bo przepisy na potrawy z grzybów Mun, które można zastąpić Uchem Bzowym, są ogólnie dostępne.
I tak, grzyb ten pozwala wzmocnic się ludzkiemu umysłowi, daje odporność na choroby, wspomaga przy rekonwalescencji, nadciśnieniu, zwyrodnieniu naczyń krwionośnych, odmładza skórę, regeneruje włosy, przeciwdziała sklejaniu sie krwinek (rozrzedza krew), przynosi ulgę przy bólach np. zębów, brzucha, serca.
Najczęściej bierze się 3-5 gram suszonego Ucha, namacza się 12 godzin w pół litrze wody i robi z tego wywar w tej samej wodzie. Grzyby gotuje się na malutkim ogniu nawet do dwóch godzin i wypija to co zostało w dwóch dawkach w ciągu dnia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)