Długo nie pisałam, ponieważ przechodziłam wewnętrzna przemianę, kolejną w ciągu trwania mojego trochę ponad półwiecznego życia.
"Półwiecznego" brzmi poważnie, bo to przełom jest całego stulecia, którego to stulecia dożyć życzę każdemu w doskonałej kondycji- (by móc wleźć na drzewo po upatrzone jabłko :) zdrowiu, klarowności umysłu i słonecznej równowadze ducha.
Otóż wydawało by się, że nic się nie dzieje, że czas płynie trybem wstępnie ustalonym dla mojego wiejskiego życia, że praca przy ziemi, kozach, prostuje moja pokręconą miejskimi warunkami duszę, ściera niszczące mnie oprogramowanie i odnawia ciało, tak.
I nie.
Otóż od jakiegoś czasu zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, ze zatrzymałam się w pół drogi, co ja mówię, w ćwierć drogi niespełna, a całą moją uwagę i energię zabierają sprawy gospodarskie. Wszystkie wydarzenia które spychały moją uwagę i ukierunkowanie sił z tego toru, traktowałam jako przeszkodę.
Prosto rzecz ujmując, próbowałam obrastać. Zamiast upraszczać, komplikowałam, układając plany rozwoju gospodarstwa w takim, albo innym kierunku.
Nie zdałam sobie z tego sprawy na poziomie umysłu, lecz odczułam bierny opór wewnętrzny, smolistość i ciężkość. Po spokojnym rozpakowaniu problemu, wyłoniła się przyczyna: ONA, podstępna rutyna.
Mechaniczność, zegarek, kalendarz, przymus.
Zrozumiałam, że przeniosłam tu ze starego życia jeden z programów, który nie jest dobry dla ciała i umysłu.
Program ten nakazywał mi zawsze skierowanie uwagi na zewnętrzną stronę istnienia, ustanawiał ją najwyższym priorytetem w hierarchii.
Pojawił się i zdawał egzamin w czasach, gdy trzeba było utrzymać dom i dzieci, zaspokajać cudze potrzeby, kompletnie inne od moich. Ale tu jego funkcja nie jest już potrzebna. Niestety, z biegiem czasu stał się częścią mojej osobowości, automatem, kształtującym moje postępowanie na poziomie podświadomym.
Zrozumiałam, że NIE MA RÓŻNICY między moim starym życiem, a nowym. Różni się tylko zdrowe środowisko i czystość od chemii jedzenia jakie spożywam, oraz dostęp do wielkiej rozmaitości dobrej jakości ziół.
Jak bardzo prawdziwe jest powiedzenie, że możesz uciec na koniec świata, ale zawsze zabierzesz tam siebie z całym majdanem swoich programików-demoników, które ułożą twoje życie tak samo jak w miejscu, z którego odszedłeś.
Wiele programów przy okazji przeprowadzki na wieś, udało mi się zlokalizować i usunąć, ale nie ten. Ten jest wczepiony mackami w całe moje życie, gadzina podstępna jest i wcementowana u samej podstawy. Zadowolona jest, jak padnę z wysiłku na koniec dnia i nie będę miała czasu zająć się sobą jako człowiekiem, no i... zastanowić się nad nią.
Zadowolona jest również, jak mam do opieki coś wymagającego stałej uwagi.
Kozy :), planowałam jeszcze nie tak dawno drób.....
Na czas jednak zlokalizowałam mackowatego demonika.
Plany co do drobiu poleciały w niebyt, a kozy do nowych właścicieli.
Po podjęciu decyzji o pozbyciu się kóz, nagle, w przeciąg kilku dni znaleźli się chętni ma moje zwierzaki. W miejscu gdzie nikt nie hoduje kóz, gdzie ciężko je sprzedać lub zdobyć. Jest to znak prawidłowości decyzji.
Maluchy są w tej samej wsi, a po Lalkę i Wandzię przyjechał znienacka samochód o zmroku. Dwa dni po oddaniu koźląt.
Łąka jest w barterowej "dzierżawie" (za stałą pomoc w ogarnięciu peryferii posesji), a ja odzyskałam wolność programowania sobie czasu i wyrwałam kotwicę z podłoża :)
Wszystko co się działo w moim gospodarzeniu, było podporządkowane rytmowi kóz- ranne wstawanie, siano, karmienie, dojenie, pasienie, budowanie ogrodzeń, naprawianie boksów, przerabianie mleka, wychowywanie i pilnowanie przefajnych, ale niesfornycn maluchów... To kozy były ważne, a nie ja.
Ten model gospodarowania, można uznać w moim wypadku za przetestowany i odłożony na półkę.
Teraz mogę zajmować się tylko tym, po co tu przyszłam- ogrodem i ziołami (na sposób perma-kulturalny ;), a one będą pomocne w tym, co jest moim celem na drugą połowę życia: zajęcie się sobą, jako całością, jako człowiekiem. Chodzę do lasu dla przyjemności, a nie szybko- po coś. Nie mam codziennie mleka, którego w moim przypadku było za dużo, a to nie jest dobre dla zdrowia człowieka. Fakt, sery dojrzewające robione za pomocą grzybka tybetańskiego były przepyszne, właśnie dojadam ostatni w sałatce z pomidora i sałaty z młodym czosnkiem i świeżym cząbrem ;)
Po sprzedaży Wandy i Lalki, nie spałam całą noc. Koziarnia ziała pustką i ta pustka wyrzucała mnie ze snu.
Lubiłam paskudną Wańdzię, łakomą, twardą i zdecydowaną wobec stadka, ale grzeczną i układną wobec mnie.
Moje gospodarzenie można teraz nazwać defensywnym ;)
Najmniejsza linia oporu przy największych, możliwych do uzyskania korzyściach.
Korzyścią dla mnie jest swobodna możliwość przejścia na typowo wegański i w miarę czasu witariański tryb żywienia, oraz uzyskanie czasu na niewymuszoną koniecznością ciągłej pracy zróżnicowaną aktywność fizyczną oraz odpoczynek, które są dyktowane wewnętrzną potrzebą, a nie zegarkiem i obowiązkiem.
I sobie tez życzę minimum całego wieku, w doskonałej kondycji- (by móc wleźć na drzewo po upatrzone jabłko :), w zdrowiu, klarowności umysłu i słonecznej równowadze ducha...., ponieważ poważnie podejrzewam, że warstw oprogramowania do zdjęcia jest jeszcze więcej, a ciekawska natura wodnika bardzo chce wiedzieć, co jest na samiuśkim spodzie, popiół czy diament :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kozy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kozy. Pokaż wszystkie posty
sobota, 28 czerwca 2014
czwartek, 8 maja 2014
Talizmany
Nie trzeba ich szukać w sklepach, same trafiają do naszych rąk. Są szczególne, bo mają w sobie fajną energię, lubimy na nie patrzeć i trzymać je w rękach.
Jeden z moich talizmanów, to pomarańczowy, wiklinowy koszyk, wykładany pomarańczowym materiałem. Wkładam do niego rzeczy do pomnożenia :)
Dostałam go w Katowicach na pamiątkę od świetnych dziewczyn które obroniły u mnie pracę z ziołolecznictwa. W środku był drugi talizman, niewielki porcelanowy, wymarzony milcząco moździerz, w którym teraz ucieram przyprawy i świeże rośliny na czarowne miksturki.
Jak i dlaczego tam trafił, opowiem może kiedy indziej, a to ciekawa historia.
Niech Wam się dziewczyny wiedzie jak najlepiej :)
Drugim talizmanem jest chusteczka od Gorzkiej Jagody, ozdobiona ręcznie cieniutką jak pajęczyna, zrobioną na szydełku słonecznie żółtą koronką. Lubię ją czasem potrzymać w rękach. Myślę ze jest świetna do machania na pożegnanie wszelkim sprawom trudnym do rozwiązania :)
I jeszcze jeden, który jest podarunkiem od Iskierki i za który też bardzo dziękuję.
Iskierka podarowała mi drewnianą łyżkę własnej roboty. Leciutka, ani duża, ani mała, o oryginalnym kształcie organicznie wynikającym z kształtu kawałka drewna z jakiego została wykonana, ciemna, wypolerowana do jedwabnej gładkości, prawie żywa. Przylega do ręki, grzeje i nie chce się jej odłożyć :)
Jest moim talizmanem od obfitości zbiorów i przetworów na zimę.
Jak biorę ją do ręki, widzę ogród pełen dojrzewających roślin i spiżarkę wypełnioną wszelkim dobrem na zimowe dni.
To wspaniałe, jeśli człowiek tak czuję materię drewna jak Iskierka.
Po tym odróżnia się artystę od rzemieślnika.
Wiosna jak to w tych terenach, jeśli zdecyduje się już ruszyć, robi to bez żadnych wątpliwości i wahań. Już raz kosiłam trawnik, sięgający do połowy łydki i niespełna po 10 dniach czeka mnie powtórka z rozrywki.
Kozy na pastwisku wyjadają czubki traw i ziół, wydeptując resztę, bo nie nadążają za bujnym wzrostem łąki.
Robię eksperymenty z serem dojrzewającym, z mleka koziego zakwaszonego grzybkiem tybetańskim i wyniki wydają się zachęcające. Pomysł nie mój, wzięty ze strony
http://users.sa.chariot.net.au/~dna/kefir_cheese.html
Grzybka dostałam również od Iskierki, mnoży się jak zwariowany. Kefir z koziego mleka na "Tybku" jest naprawdę bardzo smaczny, tak samo twarożki i inne rzeczy z przepisów ze stronki o serach z kefiru.
Ziemniaki posadzone w słomianych "kanapkach", posiane wszystko co można było siać przed przymrozkami majowymi, zostały tylko nasiona wrażliwych roślin i pomidory do wysadzenia.
Szczodrak zamierza kwitnąć
A ja któryś raz odchwaszczam stałe uprawy, takie jak szczodrak, stałe kwiatowe rabatki, zakładam nowe, dosadzam, przesadzam, w przerwach latam z kosą i wykaszam po kawałku to tu to tam, bo zarastają po uszy młode drzewka owocowe, ścieżki, skarpy, maliniak i patrzę z poczuciem winy na drewno do rąbania, gałęzie do pocięcia, resztki stodoły do rozebrania, pranie do prania, ale zielone nie czeka, zaraz pokrzywy wezmą się za kwitnięcie i inne roślinki chętne rozrzucić swoje nasionka w każde wolne miejsce.
Pierwsze zbiory glistnika już za mną, druga partia schnie na strychu.

"Plantacja" glistnika
W tym roku uzbieram też bluszczyku kurdybanka z nasłonecznionych miejsc, właśnie takiego jak na zdjęciach, z czerwonawymi przebarwieniami i mocno pachnącego.
Taki jest najlepszy na oczyszczanie organizmu, wzmacnianie odporności, kłopoty z oddychaniem, takie jak astma, alergie i duszności, a także wszelkie katary, kaszle, gorączki i stany zapalne (również zatok).
Kurdybanek jest dla tych, którym często kręci się w głowie i szumi w uszach, dokucza wątroba i pęcherzyk żółciowy, dla tych którym odmawia współpracy trzustka, oraz chcą przestać hodować własne perły- kamyki w drogach moczowych i żółciowych.
Bluszczyk unormuje przy okazji przemianę materii, ureguluje apetyt, poprawi wchłanianie w jelitach.
Bluszczyk można również jeść. Nadaje się jako dodatek do wiosennych zup razem z pokrzywą i innymi ziołami, do sałatek. Dobrze pasuje do pomidorów. Tak jak pokrzywa, jest wiosennym ziółkiem wzmacniającym i oczyszczającym po zimie.
Napar wykonuje się z łyżki suszu na szklankę wrzątku. Zaparzać około 20 minut. Można zaparzać też świeże ziele.
Jeden z moich talizmanów, to pomarańczowy, wiklinowy koszyk, wykładany pomarańczowym materiałem. Wkładam do niego rzeczy do pomnożenia :)
Dostałam go w Katowicach na pamiątkę od świetnych dziewczyn które obroniły u mnie pracę z ziołolecznictwa. W środku był drugi talizman, niewielki porcelanowy, wymarzony milcząco moździerz, w którym teraz ucieram przyprawy i świeże rośliny na czarowne miksturki.
Jak i dlaczego tam trafił, opowiem może kiedy indziej, a to ciekawa historia.
Niech Wam się dziewczyny wiedzie jak najlepiej :)
Drugim talizmanem jest chusteczka od Gorzkiej Jagody, ozdobiona ręcznie cieniutką jak pajęczyna, zrobioną na szydełku słonecznie żółtą koronką. Lubię ją czasem potrzymać w rękach. Myślę ze jest świetna do machania na pożegnanie wszelkim sprawom trudnym do rozwiązania :)
I jeszcze jeden, który jest podarunkiem od Iskierki i za który też bardzo dziękuję.
Iskierka podarowała mi drewnianą łyżkę własnej roboty. Leciutka, ani duża, ani mała, o oryginalnym kształcie organicznie wynikającym z kształtu kawałka drewna z jakiego została wykonana, ciemna, wypolerowana do jedwabnej gładkości, prawie żywa. Przylega do ręki, grzeje i nie chce się jej odłożyć :)
Jest moim talizmanem od obfitości zbiorów i przetworów na zimę.
Jak biorę ją do ręki, widzę ogród pełen dojrzewających roślin i spiżarkę wypełnioną wszelkim dobrem na zimowe dni.
To wspaniałe, jeśli człowiek tak czuję materię drewna jak Iskierka.
Po tym odróżnia się artystę od rzemieślnika.
Wiosna jak to w tych terenach, jeśli zdecyduje się już ruszyć, robi to bez żadnych wątpliwości i wahań. Już raz kosiłam trawnik, sięgający do połowy łydki i niespełna po 10 dniach czeka mnie powtórka z rozrywki.
Kozy na pastwisku wyjadają czubki traw i ziół, wydeptując resztę, bo nie nadążają za bujnym wzrostem łąki.
Robię eksperymenty z serem dojrzewającym, z mleka koziego zakwaszonego grzybkiem tybetańskim i wyniki wydają się zachęcające. Pomysł nie mój, wzięty ze strony
http://users.sa.chariot.net.au/~dna/kefir_cheese.html
Grzybka dostałam również od Iskierki, mnoży się jak zwariowany. Kefir z koziego mleka na "Tybku" jest naprawdę bardzo smaczny, tak samo twarożki i inne rzeczy z przepisów ze stronki o serach z kefiru.
Ziemniaki posadzone w słomianych "kanapkach", posiane wszystko co można było siać przed przymrozkami majowymi, zostały tylko nasiona wrażliwych roślin i pomidory do wysadzenia.
Szczodrak zamierza kwitnąć
A ja któryś raz odchwaszczam stałe uprawy, takie jak szczodrak, stałe kwiatowe rabatki, zakładam nowe, dosadzam, przesadzam, w przerwach latam z kosą i wykaszam po kawałku to tu to tam, bo zarastają po uszy młode drzewka owocowe, ścieżki, skarpy, maliniak i patrzę z poczuciem winy na drewno do rąbania, gałęzie do pocięcia, resztki stodoły do rozebrania, pranie do prania, ale zielone nie czeka, zaraz pokrzywy wezmą się za kwitnięcie i inne roślinki chętne rozrzucić swoje nasionka w każde wolne miejsce.
Pierwsze zbiory glistnika już za mną, druga partia schnie na strychu.
"Plantacja" glistnika
W tym roku uzbieram też bluszczyku kurdybanka z nasłonecznionych miejsc, właśnie takiego jak na zdjęciach, z czerwonawymi przebarwieniami i mocno pachnącego.
Taki jest najlepszy na oczyszczanie organizmu, wzmacnianie odporności, kłopoty z oddychaniem, takie jak astma, alergie i duszności, a także wszelkie katary, kaszle, gorączki i stany zapalne (również zatok).
Kurdybanek jest dla tych, którym często kręci się w głowie i szumi w uszach, dokucza wątroba i pęcherzyk żółciowy, dla tych którym odmawia współpracy trzustka, oraz chcą przestać hodować własne perły- kamyki w drogach moczowych i żółciowych.
Bluszczyk unormuje przy okazji przemianę materii, ureguluje apetyt, poprawi wchłanianie w jelitach.
Bluszczyk można również jeść. Nadaje się jako dodatek do wiosennych zup razem z pokrzywą i innymi ziołami, do sałatek. Dobrze pasuje do pomidorów. Tak jak pokrzywa, jest wiosennym ziółkiem wzmacniającym i oczyszczającym po zimie.
Napar wykonuje się z łyżki suszu na szklankę wrzątku. Zaparzać około 20 minut. Można zaparzać też świeże ziele.
sobota, 15 marca 2014
Tarot, ganek i przedwiośnie
Długie przedwiośnie ma swoje zalety, bo w prace sezonowe wchodzi sie powoli, można wykonać wiele prac na które w czasie bujnej wegetacji ogrodu i przyległych terenów nie ma czasu.
Majster od drewna zapadając w przedzimową hibernację zapomniał jesienią o moim ganku. Miał być wyremontowany przed zimą, żeby mróz do kuchni nocą się nie zakradał. Przypomniał sobie o nim teraz, w piękne słoneczne dni i niemal zdążył go z zewnątrz wykończyć przed prognozowanym załamaniem pogody. Jeśli w sobotę piękna aura jeszcze się utrzyma, może się uda. Majster rozwalił też bezsensowne przegródki wewnątrz ganku i jak zwykle przy takich okazjach było mnóstwo sprzątania i wynoszenia wiader gruzu, złomów drewna, kurz i siwy pył.
Przez te dni pomagałam przy ganku i zagospodarowywałam teren po rurociągowych jesiennych wykopkach. Z ziemią z wykopu ujrzało światło dzienne mnóstwo cegieł i gruzu po starym domu, który stał kiedyś obok mojej chaty. Gruz przydał się na utwardzenie nowego łagodniejszego podjazdu do domu. Przesadziłam też rozrośnięte krzewy szałwii w nowe miejsce i rozsadziłam lawendę w słonecznym miejscu. Posiałam sałatę, koper i szpinak, bo chłody im nie szkodzą. Wyłazi z ziemi szczypior siedmiolatki i małe listki szczawiu.
Rozplantowuję kretowiska. Kreciki zrobiły mi z podwórza pobojowisko. Z rekordowego wzgórka wyniosłam trzy dziesięciolitrowe wiadra ziemi.
Kozy się pasą na młodej trawie, ale długo nie wytrzymują na pastwisku. Wańdzia po niespełna czterech godzinach już uprasza o powrót pod dach i widać po jej pysku, że jest zmęczona słońcem. Wracamy więc gromadą do koziarni.
Była też u mnie gościem pierwsza wiosenna jaskółka, Iskierka, którą serdecznie pozdrawiam :)
Po bezchmurnym niebie przelatują co chwila patrolujące samoloty, a ich białe smugi rozpraszają się w czystym błękicie. Z zachodu na wschód i ze wschodu na zachód.
Ukraina.
Rzadko sięgam po Tarota. Czasem odczuwam potrzebę rozmowy z kartami. Nie robię rozkładów, tylko rozmawiam, to znaczy ja pytam, i otrzymuję kartę odpowiedź, czasem prosze o uściślenie odpowiedzi lub następne pytania wynikają z wyciągniętej karty.
Zapytałam o Ukrainę, czy będzie wojna na Ukrainie. Dostałam w odpowiedzi kartę Kapłanki, więc Tarot mówi że wojny nie będzie. To co się dzieje na Ukrainie ma głębsze podstawy, których nie uświadamiamy sobie do końca, ale ta karta też mówi, że wszelkie przemiany, choć mogą się wydawać bolesne, wiodą ku dobremu, czego teraz też Ukraińcy mogą nie dostrzegać.
Zapytałam więc po raz drugi, jakie plany ma Putin wobec tego kraju, jak się potoczy jego ingerencja.
W odpowiedzi została wylosowana karta Gwiazda. Karta ta ma wielce wymowne krótkie opisowe hasło: Powrót do źródeł. Czas przed świtem.
Wydaje się, że karty chcą zaznaczyć powrót Krymu do Rosji, o co postulowali (nieskutecznie) mieszkańcy Krymu tuż po rozpadzie ZSRR.
Może oznaczać również zajęcie dalszych części Ukrainy, ale zgodnie z charakterem karty Gwiazda, której patronką jest Wenus.
Wróżba mówi o powrocie do dawnych zamierzeń, które wreszcie można realizować po okresach porażek, ran i ciężkiej pracy. Zwiastuje początek twórczych działań.
Gwiazda z jej patronką- Wenus nie mówi o przemocy, ale o conajmniej dobrowolności. W tym kontekście Putin daje możliwość rozpoczecia związku Ukrainy z Rosją na nowo.
(prosze na mnie nie krzyczeć, mówię co powiedziały karty. Nie zajmuję się polityką, tylko stawiam Tarota)
No tak, przyszło mi do głowy zapytać też co będzie z nami, czyli z Polską.
Taka ciekawa się zrobiłam :)
Zapytałam więc tym razem, co planuje Putin względem Polski.
Wyszedł z talii Rycerz Buław, inaczej Kijów lub Pałek, jak niektórzy wolą.
Czyli planuje być Rycerzem Buław dla Polski. Karta oznacza Tego Który Czyni Swoją Wolę. Rycerze buław są aktywnym ogniem, działają by zwyciężać, nie boją się konfrontacji. Zapytałam więc (aż się boję Wam powiedzieć, no ale zapytałam to powiem) bo takie słuchy chodzą, o następnych rozbiorach, czy po część do Wisły sięgnie Rosja.
W odpowiedzi dostałam dwójkę denarów (lub monet jak kto woli).
Zacznę od tego, że jeśli karta monet wypada przy Rycerzu Buław, to bardzo wzmacnia jego siłę działania, jednocześnie pokazuje ukierunkowanie, czyli sposób działania.
Dwójka denarów to przynależność do organizacji, do struktur i hierarchii na pozycji podwładnego, gdzie trzeba przestrzegać określonych przepisów i pamiętać o swoim miejscu. Specyfika mojego rozmawiania z kartami, dotyczy nie tylko znaczenia kart wg koloru, numeru i nazwy, ale także mówi do mnie sam obraz. Dwójka monet na mojej talii to pajac machający dwiema chorągwiami, jedna czerwona (kolor kojarzony z byłym ZSRR, a druga niebieska- kolor kojarzony z Unią). No i ten numer- dwa.
Tak to właśnie.
Nooo, pomyślałam sobie, a co z zachodnią Polską? Upomną się o nią Niemcy czy nie, skoro pytam o A, zapytam o B.
I teraz właśnie zrobiło się bardzo ciekawie.
Z talii wyjrzała Królowa Buław, reprezentująca panią Merkel, kobietę dobrze wykonującą rzeczy na pokaz, lubiącą okazywać swoją moc, ale której zalezy na poklasku i sławie, bo te gwarantują jej utrzymanie stołka i życzliwość mocodawców. Drugą częścią odpowiedzi była - Uwaga: druga dwójka- dwójka buław. Hasłem tej karty jest: Szukam swego dopełnienia. Czyli zacieśnianie więzów, dla uzyskania energii do działania od drugiej połowy.
Obrazek na karcie, to długi pergamin zwisający z dwóch słupów, na którym są mapy, a odczytuje je i koryguje człowiek z piórem w ręce.
Naturalnym i logicznym następnym pytaniem jest : A Co NATO na to?
I wyszło oj wyszło: Piątka pucharów.
Hasło tej karty to: "Każdy ruch może być fałszywy i ostatni"
Piatki to przemoc, opór, rozpad, kres wytrzymałości, nadchodząca krawędź zdarzeń i przemiana, przy której można przepaść. Silne groźne uczucia żywione dla otoczenia. Piątka pucharów ma tez związek z katastrofami i awariami związanymi z wodą, z autodestrukcją, z akcjami na krawędzi zdrowego rozsądku, z zarażaniem paniką.
Tak mi Tarot określił NATO. ???
Zapytałam więc dlaczego tak i wyszła mi druga piątka! Piątka monet, mówiąca o tym, że koniec kasy. Karta mówi o biedzie, bankructwie. Idą trudne czasy i zaciskanie pasa, poprzestawanie na małym, szykowanie się na chude lata.
Więc NATO na to nic.
I taka to karciana baja na dobranoc.
Majster od drewna zapadając w przedzimową hibernację zapomniał jesienią o moim ganku. Miał być wyremontowany przed zimą, żeby mróz do kuchni nocą się nie zakradał. Przypomniał sobie o nim teraz, w piękne słoneczne dni i niemal zdążył go z zewnątrz wykończyć przed prognozowanym załamaniem pogody. Jeśli w sobotę piękna aura jeszcze się utrzyma, może się uda. Majster rozwalił też bezsensowne przegródki wewnątrz ganku i jak zwykle przy takich okazjach było mnóstwo sprzątania i wynoszenia wiader gruzu, złomów drewna, kurz i siwy pył.
Przez te dni pomagałam przy ganku i zagospodarowywałam teren po rurociągowych jesiennych wykopkach. Z ziemią z wykopu ujrzało światło dzienne mnóstwo cegieł i gruzu po starym domu, który stał kiedyś obok mojej chaty. Gruz przydał się na utwardzenie nowego łagodniejszego podjazdu do domu. Przesadziłam też rozrośnięte krzewy szałwii w nowe miejsce i rozsadziłam lawendę w słonecznym miejscu. Posiałam sałatę, koper i szpinak, bo chłody im nie szkodzą. Wyłazi z ziemi szczypior siedmiolatki i małe listki szczawiu.
Rozplantowuję kretowiska. Kreciki zrobiły mi z podwórza pobojowisko. Z rekordowego wzgórka wyniosłam trzy dziesięciolitrowe wiadra ziemi.
Kozy się pasą na młodej trawie, ale długo nie wytrzymują na pastwisku. Wańdzia po niespełna czterech godzinach już uprasza o powrót pod dach i widać po jej pysku, że jest zmęczona słońcem. Wracamy więc gromadą do koziarni.
Była też u mnie gościem pierwsza wiosenna jaskółka, Iskierka, którą serdecznie pozdrawiam :)
Po bezchmurnym niebie przelatują co chwila patrolujące samoloty, a ich białe smugi rozpraszają się w czystym błękicie. Z zachodu na wschód i ze wschodu na zachód.
Ukraina.
Rzadko sięgam po Tarota. Czasem odczuwam potrzebę rozmowy z kartami. Nie robię rozkładów, tylko rozmawiam, to znaczy ja pytam, i otrzymuję kartę odpowiedź, czasem prosze o uściślenie odpowiedzi lub następne pytania wynikają z wyciągniętej karty.
Zapytałam o Ukrainę, czy będzie wojna na Ukrainie. Dostałam w odpowiedzi kartę Kapłanki, więc Tarot mówi że wojny nie będzie. To co się dzieje na Ukrainie ma głębsze podstawy, których nie uświadamiamy sobie do końca, ale ta karta też mówi, że wszelkie przemiany, choć mogą się wydawać bolesne, wiodą ku dobremu, czego teraz też Ukraińcy mogą nie dostrzegać.
Zapytałam więc po raz drugi, jakie plany ma Putin wobec tego kraju, jak się potoczy jego ingerencja.
W odpowiedzi została wylosowana karta Gwiazda. Karta ta ma wielce wymowne krótkie opisowe hasło: Powrót do źródeł. Czas przed świtem.
Wydaje się, że karty chcą zaznaczyć powrót Krymu do Rosji, o co postulowali (nieskutecznie) mieszkańcy Krymu tuż po rozpadzie ZSRR.
Może oznaczać również zajęcie dalszych części Ukrainy, ale zgodnie z charakterem karty Gwiazda, której patronką jest Wenus.
Wróżba mówi o powrocie do dawnych zamierzeń, które wreszcie można realizować po okresach porażek, ran i ciężkiej pracy. Zwiastuje początek twórczych działań.
Gwiazda z jej patronką- Wenus nie mówi o przemocy, ale o conajmniej dobrowolności. W tym kontekście Putin daje możliwość rozpoczecia związku Ukrainy z Rosją na nowo.
(prosze na mnie nie krzyczeć, mówię co powiedziały karty. Nie zajmuję się polityką, tylko stawiam Tarota)
No tak, przyszło mi do głowy zapytać też co będzie z nami, czyli z Polską.
Taka ciekawa się zrobiłam :)
Zapytałam więc tym razem, co planuje Putin względem Polski.
Wyszedł z talii Rycerz Buław, inaczej Kijów lub Pałek, jak niektórzy wolą.
Czyli planuje być Rycerzem Buław dla Polski. Karta oznacza Tego Który Czyni Swoją Wolę. Rycerze buław są aktywnym ogniem, działają by zwyciężać, nie boją się konfrontacji. Zapytałam więc (aż się boję Wam powiedzieć, no ale zapytałam to powiem) bo takie słuchy chodzą, o następnych rozbiorach, czy po część do Wisły sięgnie Rosja.
W odpowiedzi dostałam dwójkę denarów (lub monet jak kto woli).
Zacznę od tego, że jeśli karta monet wypada przy Rycerzu Buław, to bardzo wzmacnia jego siłę działania, jednocześnie pokazuje ukierunkowanie, czyli sposób działania.
Dwójka denarów to przynależność do organizacji, do struktur i hierarchii na pozycji podwładnego, gdzie trzeba przestrzegać określonych przepisów i pamiętać o swoim miejscu. Specyfika mojego rozmawiania z kartami, dotyczy nie tylko znaczenia kart wg koloru, numeru i nazwy, ale także mówi do mnie sam obraz. Dwójka monet na mojej talii to pajac machający dwiema chorągwiami, jedna czerwona (kolor kojarzony z byłym ZSRR, a druga niebieska- kolor kojarzony z Unią). No i ten numer- dwa.
Tak to właśnie.
Nooo, pomyślałam sobie, a co z zachodnią Polską? Upomną się o nią Niemcy czy nie, skoro pytam o A, zapytam o B.
I teraz właśnie zrobiło się bardzo ciekawie.
Z talii wyjrzała Królowa Buław, reprezentująca panią Merkel, kobietę dobrze wykonującą rzeczy na pokaz, lubiącą okazywać swoją moc, ale której zalezy na poklasku i sławie, bo te gwarantują jej utrzymanie stołka i życzliwość mocodawców. Drugą częścią odpowiedzi była - Uwaga: druga dwójka- dwójka buław. Hasłem tej karty jest: Szukam swego dopełnienia. Czyli zacieśnianie więzów, dla uzyskania energii do działania od drugiej połowy.
Obrazek na karcie, to długi pergamin zwisający z dwóch słupów, na którym są mapy, a odczytuje je i koryguje człowiek z piórem w ręce.
Naturalnym i logicznym następnym pytaniem jest : A Co NATO na to?
I wyszło oj wyszło: Piątka pucharów.
Hasło tej karty to: "Każdy ruch może być fałszywy i ostatni"
Piatki to przemoc, opór, rozpad, kres wytrzymałości, nadchodząca krawędź zdarzeń i przemiana, przy której można przepaść. Silne groźne uczucia żywione dla otoczenia. Piątka pucharów ma tez związek z katastrofami i awariami związanymi z wodą, z autodestrukcją, z akcjami na krawędzi zdrowego rozsądku, z zarażaniem paniką.
Tak mi Tarot określił NATO. ???
Zapytałam więc dlaczego tak i wyszła mi druga piątka! Piątka monet, mówiąca o tym, że koniec kasy. Karta mówi o biedzie, bankructwie. Idą trudne czasy i zaciskanie pasa, poprzestawanie na małym, szykowanie się na chude lata.
Więc NATO na to nic.
I taka to karciana baja na dobranoc.
sobota, 21 września 2013
Bzowe Ucho
pada, leje, siąpi, dżdży, co kto lubi, do wyboru.
Znaczy się, przełamanie na jesień już przyszło.
Na czarnym bzie na miedzy wyrosły śliczne, brązoworóżowe prześwitujące uszy bzowe. Grzybki surrealistyczne, czarodziejsko- nierzeczywiste i jak najbardziej jadalne, a nawet lecznicze. Wyglądają jak miniaturowe ludzkie uszy. Są porównywane w swoich własciwościach i walorach smakowych do chińskich czarnych grzybów Mun, równiez należących do rodziny uszakowatych.
Zbieram więc ucho bzowe i susze w durszlaku na piecu. Schnie bez kłopotu na sztywne kosteczki.
Wypróbuję ich smak kiedy znajdę jakiś ciekawy przepis, a nadają się wszystkie przepisy w jakich występują grzyby Mun.
Ponoć próbowano z bzowego ucha robić kremy do twarzy ..hm?
Zdam realcję ;), chociaż moj świat ulega ciągłemu upraszczaniu sam z siebie i zamiast robic kremy jak kiedyś, wsmarowuję w siebie wyciągi ziołowe pojedynczo, lub mieszam je na poczekaniu na jednorazowe zużycie jak fantazja podpowie, nie bawiąc się w ukręcanie do odpowiedniej konsystencji.
Równie dużemu uproszczeniu uległa kuchnia. Często jakis posiłek jest zastępowany tym, co sobie znajdę pod drzewem lub wyrwę w ogródku.
Czy to lenistwo? być może, ale znajduję jakąś frajdę w upraszczaniu, które stało się niemal automatyczne i zdaję sobie sprawę jak daleko to zaszło w momencie przyjazdu gości, kiedy trzeba zająć się nieco kuchnią. Mieszanie dużej ilości składników w jedzeniu, wydaje mi się takie....bizantyjskie.
Zdaję sobie teraz w pełni sprawę, że więkzość życia ludzkiego kręci sie wokół jedzenia, a samo jedzenie jest nieodzownym składnikiem wszelkich ludzkich spotkań.
Macejko urósł, łapki u niego się wydłużyły, sierść w dotyku przypomina mięsisty śliski jedwab, bo obżarty jest jesiennymi myszorami i odnawianą ciągle zawartością kocich miseczek. Myszy już sam wynosi dumnie z patrolowanej koziarni, bo łowny z niego kocurek.
Potrafi zjeść mysz, zawartość miseczki, popić mlekiem, znów myszora, chrupki i mleko i zaraz wysępić kawałek chlebka, bodaj nawet suchego, a potem dojeść resztki z miseczki Barbarzynki, która go nienawidzi uczuciem szczerym i silnym, lecz opanowanym przez dobre(hm..) wychowanie.
No ale koci dzieć rośnie, coraz rzadziej ma napady wdrapywania się na człowieka i przytulania, za to wytrwale podpatruje rudego wiewióra który wtranżala orzechy włoskie z podwórkowego drzewa, zrzucając na ziemię grube zielone łupiny. Potrafi go tropić godzinami. Lubi także paść się z kozami-pogryzając perz i przebywac w ich bliskości. Sprytnie unika rogów łakomej Wańdzi, traktującej go jak konkurencję do michy.
Maciuś umie wydawać z siebie dziwny dźwięk, ni to głośnie mruczenie, ni to ćwierkanie, które cos robi ze splotem słonecznym człowieka, który skręca się wtedy jak połaskotana stopa.
Dźwięk ten wydaje, jak odzywa mu się diabełek za skórą i rusza z impetem narozrabiac ile się da, nawet za cene oberwania ścierką po tyłku ;)
Z Maciusia zamienia się w Pirania i Rzepióra.
leje, siąpi, dżdży od tygodnia, co przerwało wszelkie prace ogrodowe i przygotowawcze do zimy. Teraz tylko kuchnia- smażenie śliwek i jabłek, oraz leczo z zielonej papryki, bo dojrzeć nie zdążyła. W deszczu pojawiy się na niektórych brzydkie plamki, więc decyzja zapadła- smażę zieloną.
W zeszłym roku który nie był tak goracy i wystarczająco wilgotny jak ten, cała papryka dojrzała bez kłopotu, pomidory też. W tym wydawało by się ponad miarę upalnym 2013 nie zdążyły.
Jedyna papryka jaka dojrzała, to niespodzianka. Jedna z siewek ostrej małej papryczki(siana wprost do gruntu) wyrosła na półtora metra i obrodziła czerwonymi słodkimi papryczkami. Bardzo sa smaczne, lecz dziwo polega na tym, że na tej samej roślinie są słodkie tępo zakończone owoce na przemian ze zwykłymi podłużnymi ostro zakpńczonymi i ostrymi w smaku.
Zebrałam nasiona, zobaczymy co wyrośnie z nich w przyszłym roku.
Na wiosnę przyszłego roku zasieję pomidorki koktajlowe, bo pomimo że małe to są odporne na choroby i plenne aż do przymrozków.
Wypróbowałam tez przepis na kiszoną paprykę- jest kilka słoików. Zobaczymy jak smakuje, jeszcze nie wiem.
Lenistwo razem z deszczem na mnie napadło. Nawet jeść mi się nie chce. Wyjątek to zupa śliwkowo-jabłkowa, której gotuję po południu dwulitrowy garnek żeby na dwa dni starczyło, lecz kończy się ta zupa tego samego wieczoru niestety. Tak mi smakuje, że nie mogła bym pójść spać, wiedząc ze w garnku jeszcze coś jest.
Czego innego tknąć mi się nawet nie chce.
Napisze Wam jeszcze na co jest Ucho Bzowe, bo przepisy na potrawy z grzybów Mun, które można zastąpić Uchem Bzowym, są ogólnie dostępne.
I tak, grzyb ten pozwala wzmocnic się ludzkiemu umysłowi, daje odporność na choroby, wspomaga przy rekonwalescencji, nadciśnieniu, zwyrodnieniu naczyń krwionośnych, odmładza skórę, regeneruje włosy, przeciwdziała sklejaniu sie krwinek (rozrzedza krew), przynosi ulgę przy bólach np. zębów, brzucha, serca.
Najczęściej bierze się 3-5 gram suszonego Ucha, namacza się 12 godzin w pół litrze wody i robi z tego wywar w tej samej wodzie. Grzyby gotuje się na malutkim ogniu nawet do dwóch godzin i wypija to co zostało w dwóch dawkach w ciągu dnia.
Znaczy się, przełamanie na jesień już przyszło.
Na czarnym bzie na miedzy wyrosły śliczne, brązoworóżowe prześwitujące uszy bzowe. Grzybki surrealistyczne, czarodziejsko- nierzeczywiste i jak najbardziej jadalne, a nawet lecznicze. Wyglądają jak miniaturowe ludzkie uszy. Są porównywane w swoich własciwościach i walorach smakowych do chińskich czarnych grzybów Mun, równiez należących do rodziny uszakowatych.
Zbieram więc ucho bzowe i susze w durszlaku na piecu. Schnie bez kłopotu na sztywne kosteczki.
Wypróbuję ich smak kiedy znajdę jakiś ciekawy przepis, a nadają się wszystkie przepisy w jakich występują grzyby Mun.
Ponoć próbowano z bzowego ucha robić kremy do twarzy ..hm?
Zdam realcję ;), chociaż moj świat ulega ciągłemu upraszczaniu sam z siebie i zamiast robic kremy jak kiedyś, wsmarowuję w siebie wyciągi ziołowe pojedynczo, lub mieszam je na poczekaniu na jednorazowe zużycie jak fantazja podpowie, nie bawiąc się w ukręcanie do odpowiedniej konsystencji.
Równie dużemu uproszczeniu uległa kuchnia. Często jakis posiłek jest zastępowany tym, co sobie znajdę pod drzewem lub wyrwę w ogródku.
Czy to lenistwo? być może, ale znajduję jakąś frajdę w upraszczaniu, które stało się niemal automatyczne i zdaję sobie sprawę jak daleko to zaszło w momencie przyjazdu gości, kiedy trzeba zająć się nieco kuchnią. Mieszanie dużej ilości składników w jedzeniu, wydaje mi się takie....bizantyjskie.
Zdaję sobie teraz w pełni sprawę, że więkzość życia ludzkiego kręci sie wokół jedzenia, a samo jedzenie jest nieodzownym składnikiem wszelkich ludzkich spotkań.
Macejko urósł, łapki u niego się wydłużyły, sierść w dotyku przypomina mięsisty śliski jedwab, bo obżarty jest jesiennymi myszorami i odnawianą ciągle zawartością kocich miseczek. Myszy już sam wynosi dumnie z patrolowanej koziarni, bo łowny z niego kocurek.
Potrafi zjeść mysz, zawartość miseczki, popić mlekiem, znów myszora, chrupki i mleko i zaraz wysępić kawałek chlebka, bodaj nawet suchego, a potem dojeść resztki z miseczki Barbarzynki, która go nienawidzi uczuciem szczerym i silnym, lecz opanowanym przez dobre(hm..) wychowanie.
No ale koci dzieć rośnie, coraz rzadziej ma napady wdrapywania się na człowieka i przytulania, za to wytrwale podpatruje rudego wiewióra który wtranżala orzechy włoskie z podwórkowego drzewa, zrzucając na ziemię grube zielone łupiny. Potrafi go tropić godzinami. Lubi także paść się z kozami-pogryzając perz i przebywac w ich bliskości. Sprytnie unika rogów łakomej Wańdzi, traktującej go jak konkurencję do michy.
Maciuś umie wydawać z siebie dziwny dźwięk, ni to głośnie mruczenie, ni to ćwierkanie, które cos robi ze splotem słonecznym człowieka, który skręca się wtedy jak połaskotana stopa.
Dźwięk ten wydaje, jak odzywa mu się diabełek za skórą i rusza z impetem narozrabiac ile się da, nawet za cene oberwania ścierką po tyłku ;)
Z Maciusia zamienia się w Pirania i Rzepióra.
leje, siąpi, dżdży od tygodnia, co przerwało wszelkie prace ogrodowe i przygotowawcze do zimy. Teraz tylko kuchnia- smażenie śliwek i jabłek, oraz leczo z zielonej papryki, bo dojrzeć nie zdążyła. W deszczu pojawiy się na niektórych brzydkie plamki, więc decyzja zapadła- smażę zieloną.
W zeszłym roku który nie był tak goracy i wystarczająco wilgotny jak ten, cała papryka dojrzała bez kłopotu, pomidory też. W tym wydawało by się ponad miarę upalnym 2013 nie zdążyły.
Jedyna papryka jaka dojrzała, to niespodzianka. Jedna z siewek ostrej małej papryczki(siana wprost do gruntu) wyrosła na półtora metra i obrodziła czerwonymi słodkimi papryczkami. Bardzo sa smaczne, lecz dziwo polega na tym, że na tej samej roślinie są słodkie tępo zakończone owoce na przemian ze zwykłymi podłużnymi ostro zakpńczonymi i ostrymi w smaku.
Zebrałam nasiona, zobaczymy co wyrośnie z nich w przyszłym roku.
Na wiosnę przyszłego roku zasieję pomidorki koktajlowe, bo pomimo że małe to są odporne na choroby i plenne aż do przymrozków.
Wypróbowałam tez przepis na kiszoną paprykę- jest kilka słoików. Zobaczymy jak smakuje, jeszcze nie wiem.
Lenistwo razem z deszczem na mnie napadło. Nawet jeść mi się nie chce. Wyjątek to zupa śliwkowo-jabłkowa, której gotuję po południu dwulitrowy garnek żeby na dwa dni starczyło, lecz kończy się ta zupa tego samego wieczoru niestety. Tak mi smakuje, że nie mogła bym pójść spać, wiedząc ze w garnku jeszcze coś jest.
Czego innego tknąć mi się nawet nie chce.
Napisze Wam jeszcze na co jest Ucho Bzowe, bo przepisy na potrawy z grzybów Mun, które można zastąpić Uchem Bzowym, są ogólnie dostępne.
I tak, grzyb ten pozwala wzmocnic się ludzkiemu umysłowi, daje odporność na choroby, wspomaga przy rekonwalescencji, nadciśnieniu, zwyrodnieniu naczyń krwionośnych, odmładza skórę, regeneruje włosy, przeciwdziała sklejaniu sie krwinek (rozrzedza krew), przynosi ulgę przy bólach np. zębów, brzucha, serca.
Najczęściej bierze się 3-5 gram suszonego Ucha, namacza się 12 godzin w pół litrze wody i robi z tego wywar w tej samej wodzie. Grzyby gotuje się na malutkim ogniu nawet do dwóch godzin i wypija to co zostało w dwóch dawkach w ciągu dnia.
wtorek, 27 sierpnia 2013
Jeden dzień
Dni znowu biegną szybko. Wiosenne miesiące ciągnęły się długo, lipiec umiarkowanie szybko, a sierpień strzelił z bata- ledwie się rozpoczął już ma zamiar się skończyć.
Pracy jak zwykle wiele. Przykładowo dzisiejszy dzień: obrządzenie kóz z samego rana, nakarmić koty (któż by śmiał zapomnieć :) Barbarzynka udaje się na polowanie, Macejko też, tyle że obiektem łowów jestem ja. Zaczyna z samego rana wizytując oborę podczas dojenia kozy. Łazi po deskach boksów, zasiada na słupku obok swojego kumpla kozła Darusia i czeka na mleko. Koza Lalka obserwuje go jak zahipnotyzowana.
Po dojeniu ściągam kociego zbója ze słupka, daję kozom siana i idziemy do domu na rzeczone śniadanie.
Potem biorę kosę i dokaszam na pastwisku wczorajsze kozie niedojadki i wyprowadzam kozy na pastwisko. Nie jest ogrodzone,a wkoło wiele miejsc gdzie normalna koza znajdzie wiele drzewek owocowych, posadzonych kwiatków (ukochane zajęcie Lalki, ukraść po drodze choć kwiatek), więc musze je palikować. Z kozami żeden kłopot- wystarczy poprowadzić Wańdzię, a Lalka grzecznie idzie. Inna sprawa z Darusiem który ma nieco kłopotów z kojarzeniem, wyrośnięte rogi i od niedawna zaczął woniać jak cała kozia perfumeria. Czuć go silnie wkoło na 100 metrów. Po każdej operacji wyprowadzania go z koziarni i palikowania idę zmyć z siebie zapach. Wyprowadzanie Darusia to cała zabawa. Trzeba mieć kilka słodkich jabłek w kieszeni i gdy przychodzi mu do głowy wypróbować na mnie swoje rogi, rzucam jabłuszko na ziemię dla odwrócenia uwagi. Zajmuje się jabłkiem, zapomina o co mu chodziło i grzecznie idzie dalej. Operację powtarza się przy wbijaniu palika i jeszcze raz przy wyciąganiu palika z ziemi gdy wieczorem wracamy do koziarni.
Potem do godziny pierwszej lub drugiej pracuję w ogrodzie, dziś oczyszczanie poletka truskawek i następnego kawałka ziemi po ogórkach i czarnuszce z przeznaczeniem na podniesione grządki.
(Najpierw kładzie się warstwę obornika- u mnie koziego, potem grubą warstwę zielonego swieżo skoszonego, a ja koszę niekwitnące pokrzywisko, wszystko przykrywa się warstwą słomy. Taka kanapka u mnie ma nieco więcej grubości niż 50cm i jest przeznaczona pod ziemniaki. Można w nich sadzić też dynie, cukinie, ogórki, pomidory, selery).
Po 14 zostawiam prace ziemne, idziemy z Macejkiem do domu cos szybko zjeść a potem zabieram się za zbiory. Dziś odwiedziłam zarośnięte malinisko i na szybko przyniosłam miskę malin. Trzeba ubrać tam gumowce, bo wszedzie pełno mrowisk.
Malinisko jesienią przeniose bliżej domu. Dozbierałam następną partię śliwek węgierkowatych- słodkie jak miód. Bedę z nich robić powidła, a część z wczoraj już się suszy. Potem wzięłam dużą miskę na czarny bez i kosę na pokrzywy, zeby móc dojść do tych bzów. Koszenie i zrywanie zajęło czas do 16.
Wszystkie prace w ogrodzie i przy zbiorach wizytuje Macejko. Dogłębnie rozumie ideę grzebania w ziemi i musi mi mocno współczuć, że nie mogę się zdecydować na żadne miejsce. On wygrzebuje dziurkę w ziemi i siusia, a ja grzebię pół dnia i nic ;)
Macejka mam na plecach przy plewieniu, ćwiczy na mnie napady ninja z krzaków i drzewek, krzyczy głośno jak się zagapi i mnie zgubi. Co jakiś czas prosi na rączki. Chodzi za mną tam i spowrotem po całym gospodarstwie i wszędzie znajdzie sobie jakieś zajęcie. Lubi obserwować kozy w oborze i przy pasieniu- tak samo łaciaty jak one. Rwał ze mną czarny bez- chodząc po krzewach i drzewkach.
Barbarzynka co jakiś czas przynosi pod próg mysz z pola i woła Macejka. Biegnie wtedy łobuz na złamanie karku.
Wypestkowanie zebranych śliwek i obranie widelcem kuleczek bzu z baldachów (z Macejkiem owiniętym wokół karku) zajęło z godzinę, a potem rozpalenie w piecu i postawienie garnków-jednego ze śliwkami, a drugiego-pięciolitrowego z owocem bzu, miską malin i kilkoma spadami antonówki, dla dodania charakteru sokowi.
Kozy zaczęły się już denerwować na pastwisku więc dokładam więcej do pieca by nie wygasło i idę po kilka słodkich jabłuszek ;)
Najpierw w swoim boksie ląduje Daruś. Nie pozwala mi już wchodzić do swojego boksu, więc uwiazuję go (muszę, bo rozwała rogami wszystkie przegrody)sposobem. W przejściu rzucam na ziemię słodkie jabłuszko (nie za małe, żeby miał się czym zająć) wchodzę do boksu, przewlekam linkę Darusia przez kółko na ścianie, wychodzę na przejście i przewlekam linkę przez drugie kółko. Wtedy ciągnąc za linkę i za pomocą jabłuszka rzuconego do boksu, skierowuję go na miejsce. Linkę wiążę do kółka w przejściu.
Kozy w tym czasie wrzeszczą na pastwisku ile pary w płucach, bo Darusia nie ma. Z nimi nie ma kopotu. Odpinam z linki Lalę, biorę za obrożę Wańdzię i spokojnie idziemy do koziarni.
Towarzystwo w boksach, jedzonko dorzucone, lecę do kuchni w garnkach pomieszać. Za dużo nasypane w garnku z czarnym bzem, bo po ogrzaniu zawartość prawie po brzegi, więc ostrożnie mieszać i pilnować. Zawrzało, można odstawić i przykryć. Mam już dość mleka na ser, więc wstawiam je na płytę, zrobię indyjski ser- panir. Zamarzyło mi się coś ciepłego zjeść. Idę po paprykę i pomidory do ogrodu, nastawiam na kuchni leczo,w garnku dusi się już komplet warzyw, ser odcieka w ściereczce. Teraz idę wydoić Wańdzię- przy pomocy ninji Macejka oczywiście.
Kozie damy znów znalazły sposób by wyleźć z boksu, a ja koziarnię i wszystkie bramki zostawiłam otwarte. Czasem się zastanawiam czy któraś z nich nie była we wcześniejszym wcieleniu uczniem Houdiniego. Idę ścieżką do koziarni, a zza wrót wygląda zabawna morda Wańdzi. Sprawdzam odruchowo kwiatki przy bramce. Same liście, kwiatów brak. Lalka wmłóciła. Smakują jej płatki aksamitek.
(Swojego czasu wciągnęła w ten sposób czubek Katalpy- przesadziłam szybko drzewko w mniej oczywiste dla kóz miejsce. Zrobiło sobie czubek z bocznego odrostu). Dobrze że nie wybrały się na dłuższą przechadzkę po ogrodzie ;)
Grzecznie idą za mną do boksu. Wańdzia sama ustawia się na swoim miejscu do dojenia, a Lalka obserwuje wyczyny Macejka na krawędziach desek.
Daję kozom dokładkę na wieczór, zamykam DOKŁADNIE I JESZCZE RAZ SPRAWDZAM boks Lalki i Wańdzi, zamykam koziarnię. Z Macejkiem na ramieniu i garnuszkiem mleka w ręku idziemy do domu. Ja pomieszac w garnkach, a Macejko na miseczkę mleka i kocie chrupki. I jak się okazało na mysz od Barbarzynki. Mocna kolacja.
Mieszanie w garnkach i porządkowanie kuchni kończę nieco po 20, na dogasającym piecu zostają tylko śliwki i gar z wodą na mycie.
Ja z miseczką leczo idę do pokoju, włączam kompa i odpowiadam na pocztę, piszę posty. Macejko chce chlebka i trochę leczo ode mnie. Daję mu do jego miseczki. Potem zasypia mi na kolanach, a ja piszę, piszę, piszę..... jest już 23.40 kiedy klikam: wyślij posta
Nie umiem ustawić czasu na blogu. Wpisuje jakieś dziwne godziny, ale to chyba nie ma większego znaczenia.
Czas się umyć i spać.
Pracy jak zwykle wiele. Przykładowo dzisiejszy dzień: obrządzenie kóz z samego rana, nakarmić koty (któż by śmiał zapomnieć :) Barbarzynka udaje się na polowanie, Macejko też, tyle że obiektem łowów jestem ja. Zaczyna z samego rana wizytując oborę podczas dojenia kozy. Łazi po deskach boksów, zasiada na słupku obok swojego kumpla kozła Darusia i czeka na mleko. Koza Lalka obserwuje go jak zahipnotyzowana.
Po dojeniu ściągam kociego zbója ze słupka, daję kozom siana i idziemy do domu na rzeczone śniadanie.
Potem biorę kosę i dokaszam na pastwisku wczorajsze kozie niedojadki i wyprowadzam kozy na pastwisko. Nie jest ogrodzone,a wkoło wiele miejsc gdzie normalna koza znajdzie wiele drzewek owocowych, posadzonych kwiatków (ukochane zajęcie Lalki, ukraść po drodze choć kwiatek), więc musze je palikować. Z kozami żeden kłopot- wystarczy poprowadzić Wańdzię, a Lalka grzecznie idzie. Inna sprawa z Darusiem który ma nieco kłopotów z kojarzeniem, wyrośnięte rogi i od niedawna zaczął woniać jak cała kozia perfumeria. Czuć go silnie wkoło na 100 metrów. Po każdej operacji wyprowadzania go z koziarni i palikowania idę zmyć z siebie zapach. Wyprowadzanie Darusia to cała zabawa. Trzeba mieć kilka słodkich jabłek w kieszeni i gdy przychodzi mu do głowy wypróbować na mnie swoje rogi, rzucam jabłuszko na ziemię dla odwrócenia uwagi. Zajmuje się jabłkiem, zapomina o co mu chodziło i grzecznie idzie dalej. Operację powtarza się przy wbijaniu palika i jeszcze raz przy wyciąganiu palika z ziemi gdy wieczorem wracamy do koziarni.
Potem do godziny pierwszej lub drugiej pracuję w ogrodzie, dziś oczyszczanie poletka truskawek i następnego kawałka ziemi po ogórkach i czarnuszce z przeznaczeniem na podniesione grządki.
(Najpierw kładzie się warstwę obornika- u mnie koziego, potem grubą warstwę zielonego swieżo skoszonego, a ja koszę niekwitnące pokrzywisko, wszystko przykrywa się warstwą słomy. Taka kanapka u mnie ma nieco więcej grubości niż 50cm i jest przeznaczona pod ziemniaki. Można w nich sadzić też dynie, cukinie, ogórki, pomidory, selery).
Po 14 zostawiam prace ziemne, idziemy z Macejkiem do domu cos szybko zjeść a potem zabieram się za zbiory. Dziś odwiedziłam zarośnięte malinisko i na szybko przyniosłam miskę malin. Trzeba ubrać tam gumowce, bo wszedzie pełno mrowisk.
Malinisko jesienią przeniose bliżej domu. Dozbierałam następną partię śliwek węgierkowatych- słodkie jak miód. Bedę z nich robić powidła, a część z wczoraj już się suszy. Potem wzięłam dużą miskę na czarny bez i kosę na pokrzywy, zeby móc dojść do tych bzów. Koszenie i zrywanie zajęło czas do 16.
Wszystkie prace w ogrodzie i przy zbiorach wizytuje Macejko. Dogłębnie rozumie ideę grzebania w ziemi i musi mi mocno współczuć, że nie mogę się zdecydować na żadne miejsce. On wygrzebuje dziurkę w ziemi i siusia, a ja grzebię pół dnia i nic ;)
Macejka mam na plecach przy plewieniu, ćwiczy na mnie napady ninja z krzaków i drzewek, krzyczy głośno jak się zagapi i mnie zgubi. Co jakiś czas prosi na rączki. Chodzi za mną tam i spowrotem po całym gospodarstwie i wszędzie znajdzie sobie jakieś zajęcie. Lubi obserwować kozy w oborze i przy pasieniu- tak samo łaciaty jak one. Rwał ze mną czarny bez- chodząc po krzewach i drzewkach.
Barbarzynka co jakiś czas przynosi pod próg mysz z pola i woła Macejka. Biegnie wtedy łobuz na złamanie karku.
Wypestkowanie zebranych śliwek i obranie widelcem kuleczek bzu z baldachów (z Macejkiem owiniętym wokół karku) zajęło z godzinę, a potem rozpalenie w piecu i postawienie garnków-jednego ze śliwkami, a drugiego-pięciolitrowego z owocem bzu, miską malin i kilkoma spadami antonówki, dla dodania charakteru sokowi.
Kozy zaczęły się już denerwować na pastwisku więc dokładam więcej do pieca by nie wygasło i idę po kilka słodkich jabłuszek ;)
Najpierw w swoim boksie ląduje Daruś. Nie pozwala mi już wchodzić do swojego boksu, więc uwiazuję go (muszę, bo rozwała rogami wszystkie przegrody)sposobem. W przejściu rzucam na ziemię słodkie jabłuszko (nie za małe, żeby miał się czym zająć) wchodzę do boksu, przewlekam linkę Darusia przez kółko na ścianie, wychodzę na przejście i przewlekam linkę przez drugie kółko. Wtedy ciągnąc za linkę i za pomocą jabłuszka rzuconego do boksu, skierowuję go na miejsce. Linkę wiążę do kółka w przejściu.
Kozy w tym czasie wrzeszczą na pastwisku ile pary w płucach, bo Darusia nie ma. Z nimi nie ma kopotu. Odpinam z linki Lalę, biorę za obrożę Wańdzię i spokojnie idziemy do koziarni.
Towarzystwo w boksach, jedzonko dorzucone, lecę do kuchni w garnkach pomieszać. Za dużo nasypane w garnku z czarnym bzem, bo po ogrzaniu zawartość prawie po brzegi, więc ostrożnie mieszać i pilnować. Zawrzało, można odstawić i przykryć. Mam już dość mleka na ser, więc wstawiam je na płytę, zrobię indyjski ser- panir. Zamarzyło mi się coś ciepłego zjeść. Idę po paprykę i pomidory do ogrodu, nastawiam na kuchni leczo,w garnku dusi się już komplet warzyw, ser odcieka w ściereczce. Teraz idę wydoić Wańdzię- przy pomocy ninji Macejka oczywiście.
Kozie damy znów znalazły sposób by wyleźć z boksu, a ja koziarnię i wszystkie bramki zostawiłam otwarte. Czasem się zastanawiam czy któraś z nich nie była we wcześniejszym wcieleniu uczniem Houdiniego. Idę ścieżką do koziarni, a zza wrót wygląda zabawna morda Wańdzi. Sprawdzam odruchowo kwiatki przy bramce. Same liście, kwiatów brak. Lalka wmłóciła. Smakują jej płatki aksamitek.
(Swojego czasu wciągnęła w ten sposób czubek Katalpy- przesadziłam szybko drzewko w mniej oczywiste dla kóz miejsce. Zrobiło sobie czubek z bocznego odrostu). Dobrze że nie wybrały się na dłuższą przechadzkę po ogrodzie ;)
Grzecznie idą za mną do boksu. Wańdzia sama ustawia się na swoim miejscu do dojenia, a Lalka obserwuje wyczyny Macejka na krawędziach desek.
Daję kozom dokładkę na wieczór, zamykam DOKŁADNIE I JESZCZE RAZ SPRAWDZAM boks Lalki i Wańdzi, zamykam koziarnię. Z Macejkiem na ramieniu i garnuszkiem mleka w ręku idziemy do domu. Ja pomieszac w garnkach, a Macejko na miseczkę mleka i kocie chrupki. I jak się okazało na mysz od Barbarzynki. Mocna kolacja.
Mieszanie w garnkach i porządkowanie kuchni kończę nieco po 20, na dogasającym piecu zostają tylko śliwki i gar z wodą na mycie.
Ja z miseczką leczo idę do pokoju, włączam kompa i odpowiadam na pocztę, piszę posty. Macejko chce chlebka i trochę leczo ode mnie. Daję mu do jego miseczki. Potem zasypia mi na kolanach, a ja piszę, piszę, piszę..... jest już 23.40 kiedy klikam: wyślij posta
Nie umiem ustawić czasu na blogu. Wpisuje jakieś dziwne godziny, ale to chyba nie ma większego znaczenia.
Czas się umyć i spać.
niedziela, 18 sierpnia 2013
Chwaścianka
Chwaścianka, czyli zupa chwastowa, której recepturę ustaliliśmy z Radkiem, podczas jego pobytu w moim gospodarstwie.
Wyszła mocno smacznie i znikła ze sporego garnka niemal od razu.
Zrobiłam dziś powtórkę z małą modyfikacją: zamiast tasznika którego nie znalazłam w najbliższej okolicy, dałam liście babki jajowatej.
Chwaścianka
Trzy średnie marchewki
pietruszka z nacią
duża cebula albo dwie średnie
ziemniaki (na oko)
czosnek
garść żółtlicy
garść podagryczniika
garść pokrzywy
garść babki jajowatej albo rozety tasznika
nasiona kolendry
kminek
papryka ostra
liść laurowy
ziele angielskie
świeży tymianek lub oregano, ewentualnie bazylia(do smaku)
olej- minimum 4 łyżki
śmietana do zabielenia
Na rozgrzany w garnku olej wrzucamy kminek i kolendrę. Kiedy zaczną pachnieć i strzelać, wrzucamy pokrojoną w słupki marchewkę i pietruszkę. Podsmażamy i dorzucamy cebulę skrojoną w drobną kostkę, zgnieciony ząbek czosnku i mieszając doprowadzamy do zeszklenia i zmięknięcia cebuli. Wtedy dorzucamy skrojoną drobno zieleninę (łącznie z nacią pietruszki, można dać dwie gałązki selera, nie zaszkodzi) i smażymy przez chwilę to wszystko razem. Na tym etapie prawdopodobnie trzeba będzie dolać nieco oleju i podlewać nieco wody, w miarę odparowywania, tak by wszystko się poddusiło niemal do miękkości. Sprawdzamy marchewkę. Jeśli jest miękka, ale leciutko chrupka, to dolewamy 1,5 litra wody, solimy wstępnie, przykrywamy i gotujemy z liściem laurowym, zielem angielskim. W tym czasie obieramy ziemniaki i kroimy je w kostkę. Dorzucamy do gotującej się zupy i kiedy są już miękkie, zabielamy śmietaną, doprawiamy jak lubimy.
Ja doprawiam na ostro papryką, można dodać pieprz czarny, a dla zapachu oregano, tymianek bądź bazylię- do wyboru, a także rozgnieciony ząbek czosnku lub więcej, według uznania.
Zupie charakterystycznego niepowtarzalnego smaczku nadaje żółtlica.
Żółtlica jest odtruwająca, wzmacniająca, przeciwzapalna, jest ziołem trawiennym i żółciopędnym. Reguluje przemianę materii, pobudza regenerację watroby. Surowa żółtlica utarta z masłem lub olejem jest lekiem na skórę z AZS, łuszczycę, oraz chorująca z innych powodów skórę. Nawilża, leczy i goi.
Mały Macejko rośnie, wydłużają mu się łapki i potrafi wtrząchnąć więcej niż Barbarzynka.
Dziś na kolację wrąbał dużą mysz przyniesioną przez Baśkę, po chwili poprawił kocimi chrupkami, popił wody i poprosił żeby mu dać co tam mam w swoim talerzu. Nalałam mu miseczkę chwaścianki z warzywami, zjadł, poprawił dokładką w tej samej ilosci i zjadł jeszcze dokładkę dokładki. Czwarta miseczka jest już tylko w połowie pełna. Pewnie za godzinę lub dwie dopadnie i wyliże do czysta.
Maciuś to chłopski syn, je ziemniaki z tłuszczem, chleb, pije mleko i je mleczne zupy, oczywiście mięsko z hrabianką Barbarzynką również. I myszy. Ogólnie nie ma z nim problemu jeśli chodzi o jedzenie.
Łobuz z niego i przylepa. Pierwszy raz widzę u kota brązowo-piwne oczy.
Jak Baśka woła z podwórka że mysz przyniosła, leci na złamanie karku w takich podskokach, ze można go z latającą wiewiórką pomylić.
Baśka go nie cierpi i podejrzewam że nosi mu te myszy, żeby się od niej choć na chwilę odczepił.
Na jego widok klnie po kociemu i ostrzega, by za bardzo się nie zbliżał, bo oberwie. Oczywiście wcale jej nie słucha. Obrywa i wraca.
Pierwszy dojrzały czarny bez zagotowany z kwaśnymi jabłkami. Jutro podgrzeję jeszcze raz, przecedzę i dodam do soku cukru. Do butelek i do spiżarki.
Trwa szykowanie drewna na zimę.
Skubanie słonecznika wciąga.... :) Mam go dużo w tym roku. Pewnie z kozami damy mu radę przez zimę.
Chce uzbierać dla kóz ( dla kozów, jak mówią u mnie we wsi) żołędzi na zimę. Myślę, to może być dobre dodatkowe źródło białka.
Wyszła mocno smacznie i znikła ze sporego garnka niemal od razu.
Zrobiłam dziś powtórkę z małą modyfikacją: zamiast tasznika którego nie znalazłam w najbliższej okolicy, dałam liście babki jajowatej.
Chwaścianka
Trzy średnie marchewki
pietruszka z nacią
duża cebula albo dwie średnie
ziemniaki (na oko)
czosnek
garść żółtlicy
garść podagryczniika
garść pokrzywy
garść babki jajowatej albo rozety tasznika
nasiona kolendry
kminek
papryka ostra
liść laurowy
ziele angielskie
świeży tymianek lub oregano, ewentualnie bazylia(do smaku)
olej- minimum 4 łyżki
śmietana do zabielenia
Na rozgrzany w garnku olej wrzucamy kminek i kolendrę. Kiedy zaczną pachnieć i strzelać, wrzucamy pokrojoną w słupki marchewkę i pietruszkę. Podsmażamy i dorzucamy cebulę skrojoną w drobną kostkę, zgnieciony ząbek czosnku i mieszając doprowadzamy do zeszklenia i zmięknięcia cebuli. Wtedy dorzucamy skrojoną drobno zieleninę (łącznie z nacią pietruszki, można dać dwie gałązki selera, nie zaszkodzi) i smażymy przez chwilę to wszystko razem. Na tym etapie prawdopodobnie trzeba będzie dolać nieco oleju i podlewać nieco wody, w miarę odparowywania, tak by wszystko się poddusiło niemal do miękkości. Sprawdzamy marchewkę. Jeśli jest miękka, ale leciutko chrupka, to dolewamy 1,5 litra wody, solimy wstępnie, przykrywamy i gotujemy z liściem laurowym, zielem angielskim. W tym czasie obieramy ziemniaki i kroimy je w kostkę. Dorzucamy do gotującej się zupy i kiedy są już miękkie, zabielamy śmietaną, doprawiamy jak lubimy.
Ja doprawiam na ostro papryką, można dodać pieprz czarny, a dla zapachu oregano, tymianek bądź bazylię- do wyboru, a także rozgnieciony ząbek czosnku lub więcej, według uznania.
Zupie charakterystycznego niepowtarzalnego smaczku nadaje żółtlica.
Żółtlica jest odtruwająca, wzmacniająca, przeciwzapalna, jest ziołem trawiennym i żółciopędnym. Reguluje przemianę materii, pobudza regenerację watroby. Surowa żółtlica utarta z masłem lub olejem jest lekiem na skórę z AZS, łuszczycę, oraz chorująca z innych powodów skórę. Nawilża, leczy i goi.
Mały Macejko rośnie, wydłużają mu się łapki i potrafi wtrząchnąć więcej niż Barbarzynka.
Dziś na kolację wrąbał dużą mysz przyniesioną przez Baśkę, po chwili poprawił kocimi chrupkami, popił wody i poprosił żeby mu dać co tam mam w swoim talerzu. Nalałam mu miseczkę chwaścianki z warzywami, zjadł, poprawił dokładką w tej samej ilosci i zjadł jeszcze dokładkę dokładki. Czwarta miseczka jest już tylko w połowie pełna. Pewnie za godzinę lub dwie dopadnie i wyliże do czysta.
Maciuś to chłopski syn, je ziemniaki z tłuszczem, chleb, pije mleko i je mleczne zupy, oczywiście mięsko z hrabianką Barbarzynką również. I myszy. Ogólnie nie ma z nim problemu jeśli chodzi o jedzenie.
Łobuz z niego i przylepa. Pierwszy raz widzę u kota brązowo-piwne oczy.
Jak Baśka woła z podwórka że mysz przyniosła, leci na złamanie karku w takich podskokach, ze można go z latającą wiewiórką pomylić.
Baśka go nie cierpi i podejrzewam że nosi mu te myszy, żeby się od niej choć na chwilę odczepił.
Na jego widok klnie po kociemu i ostrzega, by za bardzo się nie zbliżał, bo oberwie. Oczywiście wcale jej nie słucha. Obrywa i wraca.
Pierwszy dojrzały czarny bez zagotowany z kwaśnymi jabłkami. Jutro podgrzeję jeszcze raz, przecedzę i dodam do soku cukru. Do butelek i do spiżarki.
Trwa szykowanie drewna na zimę.
Skubanie słonecznika wciąga.... :) Mam go dużo w tym roku. Pewnie z kozami damy mu radę przez zimę.
Chce uzbierać dla kóz ( dla kozów, jak mówią u mnie we wsi) żołędzi na zimę. Myślę, to może być dobre dodatkowe źródło białka.
niedziela, 14 lipca 2013
Ogrodowin suszenie
Mały Macejko biega za mną wszedzie. Biegnie ze mną gdy idę do obory, gdzie został wcześniej przedstawiony kozom- nos w nos.
Pchhhhhh, powiedział trzy razy, obwąchawszy trzy kozie pyski. Kozy milczały zezowato. Pchhhhh- potwierdziłam trzy razy.
Buszuje teraz w sianie gdy karmię lub doję, biegnie przede mną ścieżką do domu, przepada w wielkich liściach ogrodowych roślin, szczególnie ulubiwszy dynie i cukinie, skąd muszę go szczęśliwego i rozbawionego wyciągać gdy wracamy do domu.
Za mlekiem nie przepada, woli jedzonko o stałej konsystencji, domaga się wszystkiego co jem i niemal wszystko mu smakuje, jednak nic nie przebije przyniesionej przez Baśkę myszy, która zapaliła drapieżność w małym ciałku aż po końce włosków najeżonego futerka.
Przeglądając pliki w komputerze, natrafiłam na fragment książki z 1805 roku autorstwa B. Dziekońskiego , pod tytułem ., Rolnictwo i ogrodnictwo naynowszem przykładem ...,
a tam o sposobach suszenia roślin ogrodowych, czyli "ogrodowin", a wśród przepisów ciekawostka:
"Względem melonów zaś, czyli Dyń, iako tych nie podobna długo chować, tak naftępuiąca wiadomość wielce użyteczna.
Gotuią się na papkę, przydaie się do niei mąki, lub bez mąki, toż się robi z kartoflami: papka ta gęfta suszy się na ramach, podkładaiąc płótno iakie, lub ftare sito, gdy uschnie, potłuc na proszek gruby nakształt kaszy.
Zażywaią się gdy się woda zagotuie, sypią się takowe krupy, lub kawałek papki, i rozciera się w garku".
Drugą ciekawostką jest specjalny piec do suszenia ogrodowin. Cytuję odnośny fragment:
"Wszyftkie rośliny, prócz ogórków mogą bydź suszone. Te wszakże w dobrym gospodarstwie suszyć się powinno naybardziey, których przechować inaczey nie można.
Piec w tym razie koniecznie iest potrzebny.
Piec do suszenia naynowszego wynalazku tak: W październi, to ieft gdzie suszą len, konopie na przędziwo, lub w izbie, sporządza się piec w ten sposób: ftawi się podoby do pieca chlebowego,w nim zaś ftawi się piec drugi na cegłach, iakby na nożkach tak, aby ogień w pierwszym
zapalony krążył na około tego drugiego: pierwszy otworem wychodzić będzie do kuchni, a drugi do śrzodka izby, i z pierwszym będzie przy swoim otworze miał złączone, aby dym ani płomienie na izbę nie wychodziło.
W tym drugim dawać się mogą ramy z kratek drewnianych na fugach w piecu
zrobionych wspierane, a na nich liście, ogrodowiny do suszenia wkładane.
Piec taki bardzo wygodny, że w pierwszym może ogień nieuftannie krążyć i ten, drugi ogrzewać według potrzeby.
Wszystko więc przednio dosycha, wyimuie się raz, i poprawia się według potrzeby.
Tu owoce, grzyby schną wybornie. Służy też na przędziwo.
To względem suszenia wiedzieć: nayprzod: wszyftkie, które się maią suszyć a nie parzyć, powinne bydź w pogodę zbierane:
powtóre: wszyftkie maią bydź zaraz suszone, aby nie zwiędły: potrzecie piec ftosownie ma bydź napalony. Przyftąpmyż iuż do suszenia:
Nie wszyftkie w prawdzie wypada suszyć ogrodowiny; o wielu iednak ia napiszę, aby z iednych dochodzić suszenia drugich........."
Mija połowa lipca, w ogrodach zaczynają się nadmiary urodzaju, czas przetwarzania i suszenia. mam pierwsze butelki soku z czarnej porzeczki, a w garnku macerują się z cukrem porzeczki na wino. Robię tak, by zachować naturalny aromat owocu.
Są też pierwsze słoiki kiszonych ogórków.
Na jesień mam obiecane sztobry pięknej starej odmany porzeczki czerwonej, o smacznych późno dojrzewających owocach, zebranych w wielkie zbite grona wielkości niemal dłoni. Samo szczęście :)
Szykuję już dla nich miejsce koło domu, wykładając ziemię resztkami roślinnymi i odpadowym sianem z łąki. Odchwaszczam w ten sposób spory kawałek ziemi, a rozkładające się resztki roślinne są świetnym nawozem. No i nie urobię się po pachy. W ten sam sposób uzyskuję u podstawy górki ceglanej miejsce dla czarnych malin. Wyrastają na ogromne krzaki, oblepione owocami w smaku przypominającymi jeżynę.
Owocnego przetwarzania ogrodowin życzę.
Pchhhhhh, powiedział trzy razy, obwąchawszy trzy kozie pyski. Kozy milczały zezowato. Pchhhhh- potwierdziłam trzy razy.
Buszuje teraz w sianie gdy karmię lub doję, biegnie przede mną ścieżką do domu, przepada w wielkich liściach ogrodowych roślin, szczególnie ulubiwszy dynie i cukinie, skąd muszę go szczęśliwego i rozbawionego wyciągać gdy wracamy do domu.
Za mlekiem nie przepada, woli jedzonko o stałej konsystencji, domaga się wszystkiego co jem i niemal wszystko mu smakuje, jednak nic nie przebije przyniesionej przez Baśkę myszy, która zapaliła drapieżność w małym ciałku aż po końce włosków najeżonego futerka.
Przeglądając pliki w komputerze, natrafiłam na fragment książki z 1805 roku autorstwa B. Dziekońskiego , pod tytułem ., Rolnictwo i ogrodnictwo naynowszem przykładem ...,
a tam o sposobach suszenia roślin ogrodowych, czyli "ogrodowin", a wśród przepisów ciekawostka:
"Względem melonów zaś, czyli Dyń, iako tych nie podobna długo chować, tak naftępuiąca wiadomość wielce użyteczna.
Gotuią się na papkę, przydaie się do niei mąki, lub bez mąki, toż się robi z kartoflami: papka ta gęfta suszy się na ramach, podkładaiąc płótno iakie, lub ftare sito, gdy uschnie, potłuc na proszek gruby nakształt kaszy.
Zażywaią się gdy się woda zagotuie, sypią się takowe krupy, lub kawałek papki, i rozciera się w garku".
Drugą ciekawostką jest specjalny piec do suszenia ogrodowin. Cytuję odnośny fragment:
"Wszyftkie rośliny, prócz ogórków mogą bydź suszone. Te wszakże w dobrym gospodarstwie suszyć się powinno naybardziey, których przechować inaczey nie można.
Piec w tym razie koniecznie iest potrzebny.
Piec do suszenia naynowszego wynalazku tak: W październi, to ieft gdzie suszą len, konopie na przędziwo, lub w izbie, sporządza się piec w ten sposób: ftawi się podoby do pieca chlebowego,w nim zaś ftawi się piec drugi na cegłach, iakby na nożkach tak, aby ogień w pierwszym
zapalony krążył na około tego drugiego: pierwszy otworem wychodzić będzie do kuchni, a drugi do śrzodka izby, i z pierwszym będzie przy swoim otworze miał złączone, aby dym ani płomienie na izbę nie wychodziło.
W tym drugim dawać się mogą ramy z kratek drewnianych na fugach w piecu
zrobionych wspierane, a na nich liście, ogrodowiny do suszenia wkładane.
Piec taki bardzo wygodny, że w pierwszym może ogień nieuftannie krążyć i ten, drugi ogrzewać według potrzeby.
Wszystko więc przednio dosycha, wyimuie się raz, i poprawia się według potrzeby.
Tu owoce, grzyby schną wybornie. Służy też na przędziwo.
To względem suszenia wiedzieć: nayprzod: wszyftkie, które się maią suszyć a nie parzyć, powinne bydź w pogodę zbierane:
powtóre: wszyftkie maią bydź zaraz suszone, aby nie zwiędły: potrzecie piec ftosownie ma bydź napalony. Przyftąpmyż iuż do suszenia:
Nie wszyftkie w prawdzie wypada suszyć ogrodowiny; o wielu iednak ia napiszę, aby z iednych dochodzić suszenia drugich........."
Mija połowa lipca, w ogrodach zaczynają się nadmiary urodzaju, czas przetwarzania i suszenia. mam pierwsze butelki soku z czarnej porzeczki, a w garnku macerują się z cukrem porzeczki na wino. Robię tak, by zachować naturalny aromat owocu.
Są też pierwsze słoiki kiszonych ogórków.
Na jesień mam obiecane sztobry pięknej starej odmany porzeczki czerwonej, o smacznych późno dojrzewających owocach, zebranych w wielkie zbite grona wielkości niemal dłoni. Samo szczęście :)
Szykuję już dla nich miejsce koło domu, wykładając ziemię resztkami roślinnymi i odpadowym sianem z łąki. Odchwaszczam w ten sposób spory kawałek ziemi, a rozkładające się resztki roślinne są świetnym nawozem. No i nie urobię się po pachy. W ten sam sposób uzyskuję u podstawy górki ceglanej miejsce dla czarnych malin. Wyrastają na ogromne krzaki, oblepione owocami w smaku przypominającymi jeżynę.
Owocnego przetwarzania ogrodowin życzę.
sobota, 4 maja 2013
Zarastamy
Zielenią zarastamy. Trawnik podwórkowy do niedawna płaski i ledwo zielony wypuszyściał, mokry rosą poranną oblepia wilgocią buty i nogawki spodni. Tylko patrzeć, a zakwitnie glistnik, wszędzie łebki z trawy wychylają stokrotki i fioletowe fiołki. Pokrzywa piękna i dorodna, nic tylko kosą kosić to cenne ziele i suszyć na zapas.
Kwitną i pachną dzikie mirabelki.
Kozy mają zieleniny do syta, pasą się od rana do wieczora, a Bazia weszła w fazę mleczną i zbliża się do pełni swojej wydajności. Będzie kozi ser :-)
Mój ulubiony to twaróg ze świeżym tymiankiem, oregano i czosnkiem.
Zazdroszcząc kozom zieleniny, robię dla siebie sałatki z podagrycznika z pokrzywą, ziarnopłonem, szczypiorem z siedmiolatki, albo z mniszkiem, miodunką, młodymi listkami czarnego bzu, gwiazdnicą.
Zastępują sałatę, która dopiero wykiełkowała. Zioła dodaję także do jajecznicy, do zup.
W ostatnich dniach kwietnia wjechał na ogród traktor i przygotowana została ziemia pod siew. Zaorane zostało bardzo dużo, o wiele więcej niż przy poprzednim ogrodzie , więc zapadła decyzja o posadzeniu dużej ilości ziemniaków. Na szczęście sadzarką. Są kozy, to zimą nadmiar zjedzą. Posiałam też więcej grochu i będzie więcej fasoli. Poza tym jak co roku cebula na przemian z marchwią, nieco pietruszki korzeniowej (naciową posiałam na ceglaku, bo jest wieloletnia), buraki, buraki naciowe i licząc na to że przymrozków nie będzie: ogórki, pomidory i paprykę. Poza tym różną wiosenną zieleninę, oraz kwiatki na rozsadę.
Posieję jeszcze dynię, cukinie i różne zioła. Wieloletnie na rozsadnik, a jednoroczne na docelowe miejsce.
W doniczkach mam już wykiełkowane wcześniej pomidory, a także krzewy jagód goji, których jestem bardzo ciekawa.
Dostałam tez od sąsiadów kilka sadzonek czarnej maliny i sadzonkę czerwonych wielkoowocowych winogron. Winogrono posadziłam pod jabłonką, dającą co roku kilka podłej jakości jabłek. Drzewko posłuży za stelaż.
Kicia ma swoją grządkę na ceglaku. Wysiaduje na niej pasjami, ugniata futrzastym tyłeczkiem ziemię na klepisko i pograbuje łapką w ziemi. Na grządce rośnie kilka krzaczków kozłka lekarskiego, wydzielającego zapach waleriany ulubionej przez koty.
Przez opóźnioną wiosnę, spiętrzyły się wszystkie prace i nie zdążyłam zadbać o posadzenie żywopłotu. Może uda się jesienią, jeśli będzie długa i ciepła.
W święta majowe przyjechali zapowiedziani goście i siedząc z nimi przy dużym kuchennym stole, nagle pojawiło się we mnie odczucie deja vu, że kiedyś już ta sytuacja miała miejsce i że ich wszystkich znam, choć naprawdę widzieliśmy się po raz pierwszy. To samo uczucie miał jeden z uczestników zjazdu. Dom i kuchnia z płonącym pod płytą pieca ogniem, były mu dziwnie znajome.
Przy pożegnaniu umówiliśmy się na następne spotkania.
Pierwsza wiosenna burza w naszej okolicy przyszła wczorajszego wieczoru z wielkim hukiem, błyskawicami i ogromną zlewą. Tym samym zaczęła się u nas Prawdziwa Wiosna.
Kwitną i pachną dzikie mirabelki.
Kozy mają zieleniny do syta, pasą się od rana do wieczora, a Bazia weszła w fazę mleczną i zbliża się do pełni swojej wydajności. Będzie kozi ser :-)
Mój ulubiony to twaróg ze świeżym tymiankiem, oregano i czosnkiem.
Zazdroszcząc kozom zieleniny, robię dla siebie sałatki z podagrycznika z pokrzywą, ziarnopłonem, szczypiorem z siedmiolatki, albo z mniszkiem, miodunką, młodymi listkami czarnego bzu, gwiazdnicą.
Zastępują sałatę, która dopiero wykiełkowała. Zioła dodaję także do jajecznicy, do zup.
W ostatnich dniach kwietnia wjechał na ogród traktor i przygotowana została ziemia pod siew. Zaorane zostało bardzo dużo, o wiele więcej niż przy poprzednim ogrodzie , więc zapadła decyzja o posadzeniu dużej ilości ziemniaków. Na szczęście sadzarką. Są kozy, to zimą nadmiar zjedzą. Posiałam też więcej grochu i będzie więcej fasoli. Poza tym jak co roku cebula na przemian z marchwią, nieco pietruszki korzeniowej (naciową posiałam na ceglaku, bo jest wieloletnia), buraki, buraki naciowe i licząc na to że przymrozków nie będzie: ogórki, pomidory i paprykę. Poza tym różną wiosenną zieleninę, oraz kwiatki na rozsadę.
Posieję jeszcze dynię, cukinie i różne zioła. Wieloletnie na rozsadnik, a jednoroczne na docelowe miejsce.
W doniczkach mam już wykiełkowane wcześniej pomidory, a także krzewy jagód goji, których jestem bardzo ciekawa.
Dostałam tez od sąsiadów kilka sadzonek czarnej maliny i sadzonkę czerwonych wielkoowocowych winogron. Winogrono posadziłam pod jabłonką, dającą co roku kilka podłej jakości jabłek. Drzewko posłuży za stelaż.
Kicia ma swoją grządkę na ceglaku. Wysiaduje na niej pasjami, ugniata futrzastym tyłeczkiem ziemię na klepisko i pograbuje łapką w ziemi. Na grządce rośnie kilka krzaczków kozłka lekarskiego, wydzielającego zapach waleriany ulubionej przez koty.
Przez opóźnioną wiosnę, spiętrzyły się wszystkie prace i nie zdążyłam zadbać o posadzenie żywopłotu. Może uda się jesienią, jeśli będzie długa i ciepła.
W święta majowe przyjechali zapowiedziani goście i siedząc z nimi przy dużym kuchennym stole, nagle pojawiło się we mnie odczucie deja vu, że kiedyś już ta sytuacja miała miejsce i że ich wszystkich znam, choć naprawdę widzieliśmy się po raz pierwszy. To samo uczucie miał jeden z uczestników zjazdu. Dom i kuchnia z płonącym pod płytą pieca ogniem, były mu dziwnie znajome.
Przy pożegnaniu umówiliśmy się na następne spotkania.
Pierwsza wiosenna burza w naszej okolicy przyszła wczorajszego wieczoru z wielkim hukiem, błyskawicami i ogromną zlewą. Tym samym zaczęła się u nas Prawdziwa Wiosna.
piątek, 15 marca 2013
O zaspach,kozach i komputerach.
Przedzieram się do obórki przez śnieg, za każdym krokiem zapadając się do połowy uda. Kopanie ścieżek nie ma sensu, bo po 20 minutach po moim przejściu nie ma nawet śladu.
Odkopuję tylko co jakiś czas wejście do domu i do obory. Wiatr jest północny, a wrota do obory są od południowej strony, więc tu na szczęście dużo pracy nie ma.
W niektórych miejscach zaspy sięgają powyżej pasa. Na przykład przy kranie podwórkowym, z którego biorę wodę i przy bramce obejścia koło obory. Nie widziałam tez chętnych do jazdy samochodem przez zasypaną drogę. Koło południa przejechał nią pług śnieżny, ale na długo to nie wystarczyło, znów zaspy bo ciągle silnie wieje i pada.
Wiosnę i ciepło meteorolodzy zapowiadają na środę przyszłego tygodnia. Ten cały magazyn śnieżny zacznie naraz topnieć i zamieni się w eleganckie błotko.
Moja posesja jest dobrze położona, nie grożą jej zastoje wody, więc mogę się bardziej cieszyć niż martwić gwałtowną zmianą z zimy na wiosnę.
Koza Bazia przez zimę i teraz daje mleko, niewiele bo około pół litra dziennie- czasem więcej, czasem mniej. Pokopałam nieco w fachowej koziej literaturze, z której dowiedziałam się, że ilość mleka związana jest z długością dnia. Szczyt laktacji wypada zawsze latem, a spadek zimą. Co ciekawe, dotyczy również kóz nie zakacanych przez kilka lat, bo takie eksperymenty wykonano.
One utrzymywały laktację przez cały ten czas, oczywiście z wahaniami wydajności związanymi z sezonem.
Bardzo mnie to pociesza, w związku z brakiem kozich kawalerów w najbliższych okolicach. Jak się trafi jakiś na jesień to ok, a jak nie to płakać nie będziemy ;)
Mamy czas.
Bardzo mało jest literatury o kozach. Przejrzałam stare weterynaryjne księgi mojego ojca, dotyczące zwierząt gospodarskich. Jest o krowach, owcach, koniach, nawet królikach, szynszylach i innych drobiazgach, a koza w żadnej książce nawet nie jest wymieniona.
I nie rozumiem dlaczego. Na zdrowy rozum, w małym gospodarstwie lepiej mieć kilka kóz, jak jedną krowę. Kozy są odporniejsze, mniej wybredne. Jak padnie krowa to duża strata, a jak coś się stanie jednej kozie, to zostają jeszcze inne. Mnożą się zwykle bez kłopotu, razy dwa. I lubią jeść chwasty.
Fakt, że są cwane. Tak jak Bazia która wyćwiczyła otwieranie wszelkich zamknięć i często ją łapię jak z córką Lalą buszuje w zapasie siana złożonym w obórce, obok ich zagrody.
No ale taka już ich uroda :)
Padł mi duży komp, pewnie dlatego, że nie włączany ponad pół roku. Nie pierwszej młodości zresztą był. Nie włączany, bo nie chciał współpracować z komórkowym internetem.
Teraz podpięłam maleńkiego netbooka do dużego monitora i zwykłej klawiatury. Luksus i komfort jest :) Oczy odpoczywają od maczkowatych literek.
Zainstalowałam też links2, przeglądarkę obsługiwaną z terminala.
Ma dwa tryby, jeden wyłącznie tekstowy, a drugi graficzny.
Grafikę wyświetla w trybie oszczędnościowym i nie ładuje żadnych reklam i wodotrysków. Tym sposobem oszczędzam transfer.
Links ma swoje wady. Nie mogę się zalogować na bloga, ani na pocztę w interii, więc w tym celu włączam firefoxa.
Co ciekawe Links2 z pocztą na o2 nie ma takich problemów, więc jest to wina ustawień na portalach, a nie samej przeglądarki.
Odkopuję tylko co jakiś czas wejście do domu i do obory. Wiatr jest północny, a wrota do obory są od południowej strony, więc tu na szczęście dużo pracy nie ma.
W niektórych miejscach zaspy sięgają powyżej pasa. Na przykład przy kranie podwórkowym, z którego biorę wodę i przy bramce obejścia koło obory. Nie widziałam tez chętnych do jazdy samochodem przez zasypaną drogę. Koło południa przejechał nią pług śnieżny, ale na długo to nie wystarczyło, znów zaspy bo ciągle silnie wieje i pada.
Wiosnę i ciepło meteorolodzy zapowiadają na środę przyszłego tygodnia. Ten cały magazyn śnieżny zacznie naraz topnieć i zamieni się w eleganckie błotko.
Moja posesja jest dobrze położona, nie grożą jej zastoje wody, więc mogę się bardziej cieszyć niż martwić gwałtowną zmianą z zimy na wiosnę.
Koza Bazia przez zimę i teraz daje mleko, niewiele bo około pół litra dziennie- czasem więcej, czasem mniej. Pokopałam nieco w fachowej koziej literaturze, z której dowiedziałam się, że ilość mleka związana jest z długością dnia. Szczyt laktacji wypada zawsze latem, a spadek zimą. Co ciekawe, dotyczy również kóz nie zakacanych przez kilka lat, bo takie eksperymenty wykonano.
One utrzymywały laktację przez cały ten czas, oczywiście z wahaniami wydajności związanymi z sezonem.
Bardzo mnie to pociesza, w związku z brakiem kozich kawalerów w najbliższych okolicach. Jak się trafi jakiś na jesień to ok, a jak nie to płakać nie będziemy ;)
Mamy czas.
Bardzo mało jest literatury o kozach. Przejrzałam stare weterynaryjne księgi mojego ojca, dotyczące zwierząt gospodarskich. Jest o krowach, owcach, koniach, nawet królikach, szynszylach i innych drobiazgach, a koza w żadnej książce nawet nie jest wymieniona.
I nie rozumiem dlaczego. Na zdrowy rozum, w małym gospodarstwie lepiej mieć kilka kóz, jak jedną krowę. Kozy są odporniejsze, mniej wybredne. Jak padnie krowa to duża strata, a jak coś się stanie jednej kozie, to zostają jeszcze inne. Mnożą się zwykle bez kłopotu, razy dwa. I lubią jeść chwasty.
Fakt, że są cwane. Tak jak Bazia która wyćwiczyła otwieranie wszelkich zamknięć i często ją łapię jak z córką Lalą buszuje w zapasie siana złożonym w obórce, obok ich zagrody.
No ale taka już ich uroda :)
Padł mi duży komp, pewnie dlatego, że nie włączany ponad pół roku. Nie pierwszej młodości zresztą był. Nie włączany, bo nie chciał współpracować z komórkowym internetem.
Teraz podpięłam maleńkiego netbooka do dużego monitora i zwykłej klawiatury. Luksus i komfort jest :) Oczy odpoczywają od maczkowatych literek.
Zainstalowałam też links2, przeglądarkę obsługiwaną z terminala.
Ma dwa tryby, jeden wyłącznie tekstowy, a drugi graficzny.
Grafikę wyświetla w trybie oszczędnościowym i nie ładuje żadnych reklam i wodotrysków. Tym sposobem oszczędzam transfer.
Links ma swoje wady. Nie mogę się zalogować na bloga, ani na pocztę w interii, więc w tym celu włączam firefoxa.
Co ciekawe Links2 z pocztą na o2 nie ma takich problemów, więc jest to wina ustawień na portalach, a nie samej przeglądarki.
sobota, 8 grudnia 2012
Śnieg i mróz
Mróz i śnieg zawitał także na mój prywatny Koniec Świata.
Kozie dzieci Piorun i Lala, porosły grubą sierścią i przypominają małe kudłate owce. Dwa razy dziennie kozy dostają do picia wodę grzaną w wiadrze na kuchennym piecu. Objedzone suchą karmą piją jak smoki.
Bazia wyraźnie nie lubi Lali i przegania ją od jedzenia smakołyków typu obierki warzyw, marchew i jablka. Przy byle okazji próbuje ją zdzielić rogami. Dla Pioruna jest łaskawa.
Lala jest przez to płochliwa i oswajam ją przy wydzielonej porcji owsa. Łakomstwo przeważa i zaczyna pozwalać na takie poufałości.
Piorunowi urosły zawiązki na łebku, ale różki się nie rozwinęły i tak już chyba zostanie. Lala jest rogata.
Mróz nocami jest solidny, do minus kilkunastu stopni, więc muszę uważać, by nie zamarzł mi kran podwórkowy, jedyne źródło wody. Jest dobrze zaopatrzony, ale musi z niego mocno kapać cały czas, inaczej zamarznie.
Stało się tak wczorajszej nocy, gdy ustawiłam za mały przepływ wody. Latałam rano z czajnikami gorącej wody i polewałam rurę, by odmarzła. Tym razem udało się.
Kicia Baśka to jednak piecuch. Wychodzi na dwie minuty i krzyczy pod drzwiami. Uparłam się nauczyć ją wychodzić i zabieram przewieszoną przez ramię do drewutni. Tam ją wypuszczam, nakładam drewno do koszyka i wracamy. Ona oczywiście już na piechotę- szybko, szybciutko, galopkiem, żeby jak najmniej dotykać śniegu :)
Nie zainstalowałam jej tez na zimę kuwety w domu, ryzykując straszliwie. Kto ma koty, ten wie o czym mówię ;)
Dziś nastąpił przełom. Sama poprosiła o wypuszczenie z domu i nie było jej całe 20 minut. Wróciła z ogniście czerwonym nosem, ale zadowolona, wyczyściła miskę do dna i.... przylepiła się do pieca.
PKS skasował autobus, którym można było rano wyjechać z mojej wioski w stronę prawdziwszej cywilizacji, czyli dotrzeć do Wojsławic, miejsca z którego jest połączenie z miastem wojewódzkim, oraz środowy targ.
Został jeden autobus, którym można dojechać jedynie do gminy, a to jest akurat w odwrotna stronę, a stamtąd tylko połączenie z powiatowym Zamościem.
Jesienią padł tez Krasnystawski PKS.
W tym roku zlikwidowano szkołę podstawową we wsi i codziennie dzieciaki zmarznietymi grupkami oczekują na szkolny autobus, odwożący je do szkoły zbiorczej w gminie, gdzie gniotą się w przepełnionych klasach. Cywilizacja zwija się jak dywanik po uroczystościach.
Sklepu u nas nie ma. Jest sklepik objazdowy, co jest fajne latem. Przy drodze są poustawiane drewniane ławeczki i zbiera się rozgadane towarzystwo oczekujące na zakupy, z towarzyszącymi psami i kotami. Sklepowy samochód trąbi z daleka, z popławskiej górki, żeby spóźnialscy zdążyli na czas.
Teraz tupiemy w śniegu i mrozie dla rozgrzewki, a sklep spóźnia się czasem prawie godzinę bo droga wyślizgana i pełna zdradliwych dziur.
W sklepie kupuję tylko chleb raz na trzy dni, rzadko coś więcej. Może warto zacząć piec w domu?
Mój piec kuchenny nie posiada piekarnika. Jest piekarnik elektryczny, wielkie zielone pudło w spiżarce.
Pewnie czas je wypróbować.
Lubie tą aktywność na mroźnym zimowym powietrzu i czystą biel śniegu, z wydeptanymi scieżkami. Noszenie wody, drewna, siana ze stodoły dla zwierzaków, ciepło od pieców w domu, gotowanie na ogniu.
Luksus miejskiej ogrzanej kaloryferami klatki, wypada przy tym anemicznie.
Kozie dzieci Piorun i Lala, porosły grubą sierścią i przypominają małe kudłate owce. Dwa razy dziennie kozy dostają do picia wodę grzaną w wiadrze na kuchennym piecu. Objedzone suchą karmą piją jak smoki.
Bazia wyraźnie nie lubi Lali i przegania ją od jedzenia smakołyków typu obierki warzyw, marchew i jablka. Przy byle okazji próbuje ją zdzielić rogami. Dla Pioruna jest łaskawa.
Lala jest przez to płochliwa i oswajam ją przy wydzielonej porcji owsa. Łakomstwo przeważa i zaczyna pozwalać na takie poufałości.
Piorunowi urosły zawiązki na łebku, ale różki się nie rozwinęły i tak już chyba zostanie. Lala jest rogata.
Mróz nocami jest solidny, do minus kilkunastu stopni, więc muszę uważać, by nie zamarzł mi kran podwórkowy, jedyne źródło wody. Jest dobrze zaopatrzony, ale musi z niego mocno kapać cały czas, inaczej zamarznie.
Stało się tak wczorajszej nocy, gdy ustawiłam za mały przepływ wody. Latałam rano z czajnikami gorącej wody i polewałam rurę, by odmarzła. Tym razem udało się.
Kicia Baśka to jednak piecuch. Wychodzi na dwie minuty i krzyczy pod drzwiami. Uparłam się nauczyć ją wychodzić i zabieram przewieszoną przez ramię do drewutni. Tam ją wypuszczam, nakładam drewno do koszyka i wracamy. Ona oczywiście już na piechotę- szybko, szybciutko, galopkiem, żeby jak najmniej dotykać śniegu :)
Nie zainstalowałam jej tez na zimę kuwety w domu, ryzykując straszliwie. Kto ma koty, ten wie o czym mówię ;)
Dziś nastąpił przełom. Sama poprosiła o wypuszczenie z domu i nie było jej całe 20 minut. Wróciła z ogniście czerwonym nosem, ale zadowolona, wyczyściła miskę do dna i.... przylepiła się do pieca.
PKS skasował autobus, którym można było rano wyjechać z mojej wioski w stronę prawdziwszej cywilizacji, czyli dotrzeć do Wojsławic, miejsca z którego jest połączenie z miastem wojewódzkim, oraz środowy targ.
Został jeden autobus, którym można dojechać jedynie do gminy, a to jest akurat w odwrotna stronę, a stamtąd tylko połączenie z powiatowym Zamościem.
Jesienią padł tez Krasnystawski PKS.
W tym roku zlikwidowano szkołę podstawową we wsi i codziennie dzieciaki zmarznietymi grupkami oczekują na szkolny autobus, odwożący je do szkoły zbiorczej w gminie, gdzie gniotą się w przepełnionych klasach. Cywilizacja zwija się jak dywanik po uroczystościach.
Sklepu u nas nie ma. Jest sklepik objazdowy, co jest fajne latem. Przy drodze są poustawiane drewniane ławeczki i zbiera się rozgadane towarzystwo oczekujące na zakupy, z towarzyszącymi psami i kotami. Sklepowy samochód trąbi z daleka, z popławskiej górki, żeby spóźnialscy zdążyli na czas.
Teraz tupiemy w śniegu i mrozie dla rozgrzewki, a sklep spóźnia się czasem prawie godzinę bo droga wyślizgana i pełna zdradliwych dziur.
W sklepie kupuję tylko chleb raz na trzy dni, rzadko coś więcej. Może warto zacząć piec w domu?
Mój piec kuchenny nie posiada piekarnika. Jest piekarnik elektryczny, wielkie zielone pudło w spiżarce.
Pewnie czas je wypróbować.
Lubie tą aktywność na mroźnym zimowym powietrzu i czystą biel śniegu, z wydeptanymi scieżkami. Noszenie wody, drewna, siana ze stodoły dla zwierzaków, ciepło od pieców w domu, gotowanie na ogniu.
Luksus miejskiej ogrzanej kaloryferami klatki, wypada przy tym anemicznie.
sobota, 20 października 2012
Lecznicze opieńki
Grzyby są od zawsze wykorzystywane do leczenia. Oczywiście celują w tym Chińczycy.
Nie jest prawdą natomiast, ze tylko chińskie grzyby są lecznicze. Przykładem jest nasza opieńka.
Poprawia ukrwienie mózgu i serca, a także kończyn. substancje wzmagające ukrwienie działają także na gałkę oczną, stąd opieńki poprawiają wzrok. Pomagają w chorobach płuc, żołądka, wątroby.
Opieńki działają bakteriobójczo i przeciwgrzybiczo. Zawierają (tak jak większość grzybów) substancje przeciwnowotworowe. Jedzenie opieniek wspomaga prawidłowe nawilżenie skóry.
Proszek z suszonych opieniek (zażywany), pomaga przy bólach dolnej części kręgosłupa, oraz w/wym problemach.
Zebrane opieńki oczyścić i ususzyć i sproszkować. Zażywać 3 X dziennie po 10 gram. Można posypać nim jedzenie, lub wsypać do zupy, wymieszać z wodą, lub zażyć na sucho i popić.
Świeże opieńki w sezonie oczywiście najlepiej gotować i jeść. Gramy czy dekagramy jak myślę, nie mają tu znaczenia ;)
My na jutro znów szykujemy opieńki duszone z cebulką w śmietanie. Dodaję do nich świeże oregano, świeży tymianek, czarny pieprz i troszkę koperku, tez świeżego. Późno wysiany koper ciągle się zieleni między szczypiorem cebuli siedmiolatki. Przetrwał nawet trzy lekkie przymrozki.
Obiecałam zdjęcia z natury.
Debra ze strumieniem na dnie. Kilka metrów wyżej strumień zaczyna się źródłem
Opieńki w trawniku
Opieńki w lesie
Nie jest prawdą natomiast, ze tylko chińskie grzyby są lecznicze. Przykładem jest nasza opieńka.
Poprawia ukrwienie mózgu i serca, a także kończyn. substancje wzmagające ukrwienie działają także na gałkę oczną, stąd opieńki poprawiają wzrok. Pomagają w chorobach płuc, żołądka, wątroby.
Opieńki działają bakteriobójczo i przeciwgrzybiczo. Zawierają (tak jak większość grzybów) substancje przeciwnowotworowe. Jedzenie opieniek wspomaga prawidłowe nawilżenie skóry.
Proszek z suszonych opieniek (zażywany), pomaga przy bólach dolnej części kręgosłupa, oraz w/wym problemach.
Zebrane opieńki oczyścić i ususzyć i sproszkować. Zażywać 3 X dziennie po 10 gram. Można posypać nim jedzenie, lub wsypać do zupy, wymieszać z wodą, lub zażyć na sucho i popić.
Świeże opieńki w sezonie oczywiście najlepiej gotować i jeść. Gramy czy dekagramy jak myślę, nie mają tu znaczenia ;)
My na jutro znów szykujemy opieńki duszone z cebulką w śmietanie. Dodaję do nich świeże oregano, świeży tymianek, czarny pieprz i troszkę koperku, tez świeżego. Późno wysiany koper ciągle się zieleni między szczypiorem cebuli siedmiolatki. Przetrwał nawet trzy lekkie przymrozki.
Obiecałam zdjęcia z natury.
Debra ze strumieniem na dnie. Kilka metrów wyżej strumień zaczyna się źródłem
Jemy :)
Opieńki w trawniku
Opieńki w lesie
czwartek, 4 października 2012
niedziela, 23 września 2012
Codzienne prace
Dostałam od sąsiadki sporą pomarańczową dynię. Przeleżala w spiżarce tydzień i przedwczoraj doczekała się rozkrojenia.
Część usmażyłam pół na pół z jabłkami na gęsto, w szerokim garnku na piecu kuchennym. Wyszło pysznie. Trochę wylądowało w sokowirówce w połączeniu z jabłkami, do wypicia na świeżo, a część z powodu braku pomysłu zamroziłam w kawałkach. Skórki i resztki pozjadały ze smakiem kozy, a nasionka oczyszczone i wysuszone poczekają na wiosenny siew.
Był tez obiad z dodatkiem dyni: podsmażone ziemniaczki plus surówka z utartego surowego buraczka, dyni i jabłka, z dodatkiem szczypty soli, ząbka czosnku i świeżej bazylii. Surówkę polałam olejem słonecznikowym surowym, z pierwszego tłoczenia na zimno, prosto z Ukrainy. Nie ma to jak dobre sąsiedztwo ;)
Wczoraj cały niemal dzień w ogrodzie, przy wykopywaniu marchwi i oczyszczaniu ogrodu pod orkę jesienną, na zmianę z karmieniem kóz, noszeniem drewna i innymi pracami. Marchew już w piwniczce. Prace jesienne w ogrodzie zajmą mi jeszcze kilka dni.
Słoneczniki które były nasiane wokół ogrodu wzeszły i owocowały pięknie. pozjadały je ptaki i dzieci ;)
Zostały mi cztery talerze. Zobaczymy jak plon korzeni słonecznika, bo mam ochotę przeprowadzić kurację oczyszczania układu kostnego ze złogów. Jestem bardzo ciekawa działania.
W przyszłym roku ogród będzie jednak w innym miejscu, tuż obok domu, a na dotychczasowym miejscu zamierzam posadzić czarny bez, gdyż nie wymaga tyle pracy co porzeczki, maliny, truskawki, oraz nie trzeba go opryskiwać by uzyskać plon. W mojej sytuacji najważniejsza jest minimalizacja nakładu pracy.
Dla Annael trochę o leszczynie:
W odwarze z kory i z liści można się kąpać, przy schorzeniach skóry, chorobach kobiecych. dawniej też kąpano w takim odwarze dzieci z krzywicą. Mycie głowy w odwarze pobudza porost włosów.
Doustnie odwary z kory i liści (dr. Różański twierdzi, ze zamiast kory można używać całe roczne gałązki) mają działanie ściągające, przeciwzapalne, bakteriobójcze, osłaniające, uodparniające.
Pomagają przy żylakach, hemoroidach i przy problemach z krążeniem.
Wspomniałaś o tym, że liście leszczyny stosują Bułgarzy w mieszankach ziołowych. Jest to mieszanka na prostatę z 17 ziół, z czego jednym ze składników są liście i kora leszczyny.
Sama sproszkowana kora leszczyny o nazwie "Leska" jest stosowana jako wywar w zapaleniu prostaty, zapaleniu żył, w owrzodzeniach żylakowatych.
Mam tez trochę informacji o kotkach leszczyny (kwiaty męskie). Napary z ich stosuje się przy przeziębieniach, oraz nieżytach ukladu pokarmowego, biegunkach.
Odwar z kory i liści: Łyżka suszu na szklankę wody, gotować 5 minut.
Pączki leszczyny są estrogenne, odtruwające, moczopędne, okłady z naparu można stosować przy zapaleniach piersi u kobiet, pić napary można przy zaburzeniach hormonalnych, chorobach skóry z autoagresji, przy zapaleniach układu moczowego, oddechowego i płciowego.
Łyżka na szklankę wrzątku, przykryć spodeczkiem i zaparzać 20 minut. Można pić po szklance do czterech razy dziennie.
Pogoda jest cudownie słoneczna, koniec lata i początek jesieni to dla mnie najpiękniejsza pora roku. Nie ma namolnych owadów, ranki i wieczory są zachwycająco rześkie i chłodne, a dnie umiarkowanie ciepłe. Jest obfitość dojrzałych owoców, warzyw i nasion, oraz cudowne kolory i zapachy.
Robienie przetworów ma w sobie namiastkę alchemii, więc moja dusza wodnika jest także zachwycona.
Część usmażyłam pół na pół z jabłkami na gęsto, w szerokim garnku na piecu kuchennym. Wyszło pysznie. Trochę wylądowało w sokowirówce w połączeniu z jabłkami, do wypicia na świeżo, a część z powodu braku pomysłu zamroziłam w kawałkach. Skórki i resztki pozjadały ze smakiem kozy, a nasionka oczyszczone i wysuszone poczekają na wiosenny siew.
Był tez obiad z dodatkiem dyni: podsmażone ziemniaczki plus surówka z utartego surowego buraczka, dyni i jabłka, z dodatkiem szczypty soli, ząbka czosnku i świeżej bazylii. Surówkę polałam olejem słonecznikowym surowym, z pierwszego tłoczenia na zimno, prosto z Ukrainy. Nie ma to jak dobre sąsiedztwo ;)
Wczoraj cały niemal dzień w ogrodzie, przy wykopywaniu marchwi i oczyszczaniu ogrodu pod orkę jesienną, na zmianę z karmieniem kóz, noszeniem drewna i innymi pracami. Marchew już w piwniczce. Prace jesienne w ogrodzie zajmą mi jeszcze kilka dni.
Słoneczniki które były nasiane wokół ogrodu wzeszły i owocowały pięknie. pozjadały je ptaki i dzieci ;)
Zostały mi cztery talerze. Zobaczymy jak plon korzeni słonecznika, bo mam ochotę przeprowadzić kurację oczyszczania układu kostnego ze złogów. Jestem bardzo ciekawa działania.
W przyszłym roku ogród będzie jednak w innym miejscu, tuż obok domu, a na dotychczasowym miejscu zamierzam posadzić czarny bez, gdyż nie wymaga tyle pracy co porzeczki, maliny, truskawki, oraz nie trzeba go opryskiwać by uzyskać plon. W mojej sytuacji najważniejsza jest minimalizacja nakładu pracy.
Dla Annael trochę o leszczynie:
W odwarze z kory i z liści można się kąpać, przy schorzeniach skóry, chorobach kobiecych. dawniej też kąpano w takim odwarze dzieci z krzywicą. Mycie głowy w odwarze pobudza porost włosów.
Doustnie odwary z kory i liści (dr. Różański twierdzi, ze zamiast kory można używać całe roczne gałązki) mają działanie ściągające, przeciwzapalne, bakteriobójcze, osłaniające, uodparniające.
Pomagają przy żylakach, hemoroidach i przy problemach z krążeniem.
Wspomniałaś o tym, że liście leszczyny stosują Bułgarzy w mieszankach ziołowych. Jest to mieszanka na prostatę z 17 ziół, z czego jednym ze składników są liście i kora leszczyny.
Sama sproszkowana kora leszczyny o nazwie "Leska" jest stosowana jako wywar w zapaleniu prostaty, zapaleniu żył, w owrzodzeniach żylakowatych.
Mam tez trochę informacji o kotkach leszczyny (kwiaty męskie). Napary z ich stosuje się przy przeziębieniach, oraz nieżytach ukladu pokarmowego, biegunkach.
Odwar z kory i liści: Łyżka suszu na szklankę wody, gotować 5 minut.
Pączki leszczyny są estrogenne, odtruwające, moczopędne, okłady z naparu można stosować przy zapaleniach piersi u kobiet, pić napary można przy zaburzeniach hormonalnych, chorobach skóry z autoagresji, przy zapaleniach układu moczowego, oddechowego i płciowego.
Łyżka na szklankę wrzątku, przykryć spodeczkiem i zaparzać 20 minut. Można pić po szklance do czterech razy dziennie.
Pogoda jest cudownie słoneczna, koniec lata i początek jesieni to dla mnie najpiękniejsza pora roku. Nie ma namolnych owadów, ranki i wieczory są zachwycająco rześkie i chłodne, a dnie umiarkowanie ciepłe. Jest obfitość dojrzałych owoców, warzyw i nasion, oraz cudowne kolory i zapachy.
Robienie przetworów ma w sobie namiastkę alchemii, więc moja dusza wodnika jest także zachwycona.
czwartek, 20 września 2012
Mija lato
Dawno nie pisałam, a zdarzyło się wiele. Został zrobiony remont dachu, po którym już widać jak ładne i jasne jest poddasze i kto wie...jakiś pokoik może....kiedyś :)
Przez sierpień gościłam w chacie A. czytelniczkę mojego bloga, która skuszona kontynentalnym suchym upałem panującym w naszym regionie, wyrwała się z wilgotnych nadbałtyckich wybrzeży i nie zrażona spartańskimi warunkami życia, mężnie przetrwała końcówkę remontu, gojenie się mojej stopy niemal na wylot przebitej gwoździem z deski, prawie uzależniła się od koziego mleka i wyjechała opalona słońcem i suchym wiatrem, z torbą własnoręcznie uzbieranych ziół.
Przetwory na zimę są. Ogórki kiszone, kiszona kapusta (śliczne główki urosły), leczo w słoikach, smażone jabłka, soki z jabłek, aronii, malin i czarnego bzu, dżemy, przeciery pomidorowe, ziemniaki już wykopane. Na swoją kolej czekają jeszcze na grządkach buraczki, marchew, pory, pietruszka i nieco ziół do przesadzenia na ceglaną górkę. Jeszcze nie przesadzone- najpierw z powodu upałów, przebitej stopy, a potem z powodu spiętrzenia się pilniejszych prac.
Codziennie pracuje sokowirówka i wypijam co najmniej litr surowych soków z jabłek, marchwi, buraczka, pokrzywy, babki i co tam jeszcze w rękę wpadnie.
Wczoraj złapałam za kosiarkę i skosiłam trawnik przed domem. Ledwie ukończyłam pracę, lunął deszcz. Coś w tym jest, bo dzieje się to za każdym, koszeniem trawnika. Może to jakiś sposób na wyczarowywanie deszczu wśród suszy ;)
Lało całą noc i leje dziś od rana. Kocia jest deszczem zniesmaczona bardzo. Od kiedy stała się prawdziwym kotem łowi myszy zapamietale, w domu przebywa tylko na małą drzemkę, wieczorem nie chce wracać. Dyplomatycznie znika za rogiem domu.
Myszy przynosi na próg. trzeba zauważyć i pochwalić, bo po to je przecież przynosi. Upomina się o pochwały głośnym miauczeniem, pogłaskana i potraktowana zachwytem, porzuca zdobycz i leci na nowe polowanie.
Myszy które wpadły do domu, muszę łowić sama, bo kicia nie ma czasu.....w zasadzie nawet nie przebywa....
"Degustacje" ziela szczodraka jak dla mnie, wypadły bardziej niż pozytywnie. Zażywam go od kilku dni sposobem rosyjskim. Kawałek przeżutego liścia przetrzymuje się pod językiem. Jest gorzkawy,
Na początek zauważam wyraźną lekkość bytu, łatwość wykonywania cięższych prac i przyjemność z pokonywania wysiłku fizycznego. Łatwo przychodzi koncentracja, kojarzenie i szybkie podejmowanie sensownych decyzji. Myślałam, że nie mam z tym problemów, jednak okazało się, że zawsze może być lepiej. To coś w rodzaju bezpośredniej wiedzy. Rzeczywiście, tak jak w opisach jest zwiększona tolerancja na skoki temperatury i cisnienia atmosferycznego.
Dla mnie to ważne, bo na hektarowym gospodarstwie mocno zauważa się brak drugiej pary rąk do pracy.
Z innych ziółek ładnie sprawdziły się liście rdestowca japońskiego jako podstawa w mieszance zastosowanej w oficjalnie nieuleczalnej chorobie autoimmunologicznej skóry i jelit u pewnego mieszkańca okolicy.
Choroba objawiała się niemal nigdy nie ustępującą silnie swędząca wysypką na całym ciele, twarzy i głowie.
Teraz wysypki nie ma, a badania wypadły ok.
Co ciekawe, padło stwierdzenie, że duża ulga nastąpiła już od pierwszej szklanki naparu i była to pierwsza niemal spokojnie przespana noc.
Z wieści ziółkowych jest jeszcze jedna. Posadziłam wytęsknionego perukowca podolskiego obok domu, a potem zajrzałam na blog dr, Henryka Różańskiego :)
Znalazłam tam najświeższy wpis, właśnie o tym krzewie. Bardzo ciekawe :)
Coś mi się obiło o uszy, że jest leczniczy, ale nie wiedziałam, że aż tak.
W niedzielę 16 września, w niemal samo południe przybył na świat nowy mieszkaniec koziarni, synal Białej Bazi, a przed trzynastą- jego siostrzyczka.
Koźlaki są białe w niewielkie czarne łaty, a koziołek jak zwiastun powracającego na słowiańszczyznę starego Boga Peruna ma po znaku pioruna na obu przednich nóżkach.
I tu podziękowania dla Ewy z Kresowej Zagrody za cenne rady. Dzięki Tobie wiedziałam jak postępować.
Zdjęcia małego Pioruna i jego siostry zamieszczę jak poprawią się warunki oświetlenia. Maluchy kręcą się i podskakują, więc trudno przy zachmurzeniu w obórce zrobić dobre ujęcie.
W domu napalone w piecu kuchennym i w ścianówce. Cieplutko.
Przez sierpień gościłam w chacie A. czytelniczkę mojego bloga, która skuszona kontynentalnym suchym upałem panującym w naszym regionie, wyrwała się z wilgotnych nadbałtyckich wybrzeży i nie zrażona spartańskimi warunkami życia, mężnie przetrwała końcówkę remontu, gojenie się mojej stopy niemal na wylot przebitej gwoździem z deski, prawie uzależniła się od koziego mleka i wyjechała opalona słońcem i suchym wiatrem, z torbą własnoręcznie uzbieranych ziół.
Przetwory na zimę są. Ogórki kiszone, kiszona kapusta (śliczne główki urosły), leczo w słoikach, smażone jabłka, soki z jabłek, aronii, malin i czarnego bzu, dżemy, przeciery pomidorowe, ziemniaki już wykopane. Na swoją kolej czekają jeszcze na grządkach buraczki, marchew, pory, pietruszka i nieco ziół do przesadzenia na ceglaną górkę. Jeszcze nie przesadzone- najpierw z powodu upałów, przebitej stopy, a potem z powodu spiętrzenia się pilniejszych prac.
Codziennie pracuje sokowirówka i wypijam co najmniej litr surowych soków z jabłek, marchwi, buraczka, pokrzywy, babki i co tam jeszcze w rękę wpadnie.
Wczoraj złapałam za kosiarkę i skosiłam trawnik przed domem. Ledwie ukończyłam pracę, lunął deszcz. Coś w tym jest, bo dzieje się to za każdym, koszeniem trawnika. Może to jakiś sposób na wyczarowywanie deszczu wśród suszy ;)
Lało całą noc i leje dziś od rana. Kocia jest deszczem zniesmaczona bardzo. Od kiedy stała się prawdziwym kotem łowi myszy zapamietale, w domu przebywa tylko na małą drzemkę, wieczorem nie chce wracać. Dyplomatycznie znika za rogiem domu.
Myszy przynosi na próg. trzeba zauważyć i pochwalić, bo po to je przecież przynosi. Upomina się o pochwały głośnym miauczeniem, pogłaskana i potraktowana zachwytem, porzuca zdobycz i leci na nowe polowanie.
Myszy które wpadły do domu, muszę łowić sama, bo kicia nie ma czasu.....w zasadzie nawet nie przebywa....
"Degustacje" ziela szczodraka jak dla mnie, wypadły bardziej niż pozytywnie. Zażywam go od kilku dni sposobem rosyjskim. Kawałek przeżutego liścia przetrzymuje się pod językiem. Jest gorzkawy,
Na początek zauważam wyraźną lekkość bytu, łatwość wykonywania cięższych prac i przyjemność z pokonywania wysiłku fizycznego. Łatwo przychodzi koncentracja, kojarzenie i szybkie podejmowanie sensownych decyzji. Myślałam, że nie mam z tym problemów, jednak okazało się, że zawsze może być lepiej. To coś w rodzaju bezpośredniej wiedzy. Rzeczywiście, tak jak w opisach jest zwiększona tolerancja na skoki temperatury i cisnienia atmosferycznego.
Dla mnie to ważne, bo na hektarowym gospodarstwie mocno zauważa się brak drugiej pary rąk do pracy.
Z innych ziółek ładnie sprawdziły się liście rdestowca japońskiego jako podstawa w mieszance zastosowanej w oficjalnie nieuleczalnej chorobie autoimmunologicznej skóry i jelit u pewnego mieszkańca okolicy.
Choroba objawiała się niemal nigdy nie ustępującą silnie swędząca wysypką na całym ciele, twarzy i głowie.
Teraz wysypki nie ma, a badania wypadły ok.
Co ciekawe, padło stwierdzenie, że duża ulga nastąpiła już od pierwszej szklanki naparu i była to pierwsza niemal spokojnie przespana noc.
Z wieści ziółkowych jest jeszcze jedna. Posadziłam wytęsknionego perukowca podolskiego obok domu, a potem zajrzałam na blog dr, Henryka Różańskiego :)
Znalazłam tam najświeższy wpis, właśnie o tym krzewie. Bardzo ciekawe :)
Coś mi się obiło o uszy, że jest leczniczy, ale nie wiedziałam, że aż tak.
W niedzielę 16 września, w niemal samo południe przybył na świat nowy mieszkaniec koziarni, synal Białej Bazi, a przed trzynastą- jego siostrzyczka.
Koźlaki są białe w niewielkie czarne łaty, a koziołek jak zwiastun powracającego na słowiańszczyznę starego Boga Peruna ma po znaku pioruna na obu przednich nóżkach.
I tu podziękowania dla Ewy z Kresowej Zagrody za cenne rady. Dzięki Tobie wiedziałam jak postępować.
Zdjęcia małego Pioruna i jego siostry zamieszczę jak poprawią się warunki oświetlenia. Maluchy kręcą się i podskakują, więc trudno przy zachmurzeniu w obórce zrobić dobre ujęcie.
W domu napalone w piecu kuchennym i w ścianówce. Cieplutko.
sobota, 21 lipca 2012
Trzy...Dwa.. ...Jeden..... .. ZONK :)
Czarna Franka przywieziona z brzuchem jak wielki balon, podejrzeniem o trojaczki i terminem porodu na pierwszą połowę lipca, jest bardzo żywą sympatyczną szczupłą kózką.
Im bliżej terminu "porodu" tym brzuszek był mniejszy, a nasze miny coraz mniej pewne siebie. Z trojaczków zostały bliźniaki, potem może jedno...ale jeśli już to jakieś małe, kociak jakiś.....a potem wg porady pani Ali, zrobiłyśmy "test ciążowy", poprzez zagotowanie swieżo udojonego mleka Franki. Mleko z siarą, przed porodem (a termin już minął) powinno się zwarzyć. Nie zwarzyło się. Nie będzie kozich dzieci :)
Śmiałyśmy się do łez.
Domniemana ciąża prawdopodobnie była wynikiem wzdęcia pokarmowego, w wyniku karmienia przez poprzedniego wlaściciela zaparzoną, koszoną na zapas zielonką.
Na świeżo koszonej karmie, owsie i gałęziach które kozy chetnie zjadają, France stopniowo ustąpił rozdęty brzuch, a Bazia przestała mieć biegunki, polegiwać, wyrywa się do jedzenia, choć wcześniej często nie chciała nic jeść, nawet owsa, na widok którego teraz wytańcowuje radosną niecierpliwość.
czwartek, 14 czerwca 2012
Wino, ser, miód i kocia przygoda
Leje do znudzenia, ostatnio trzy dni i trzy noce pod rząd ulewa, a długo przedtem pogoda w kratkę, godzina słońca, dwie godziny deszczu. Pomarnowało się ludziom na łąkach siano którego nie sposób było zebrać. Na szczęście 25 arów białej koniczyny przeznaczone na siano dla kózek, nie zostało wykoszone przed deszczami i jest szansa, że jak minie zła pogoda, uda się zebrać nieco dobrego siana.
Kozy zadomowiły się już w nowym miejscu, dostały skórzane obroże zamiast łańcuchów z którymi przyjechały do mnie.
Czarna dostała imię Franka, a biała to Bazia.
Przy dojeniu Franki, Bazia ogląda mnie dokładnie i próbuje wylizać mi czoło, albo chwytać za sprzączki przy gumowcach.
Franka przy dojeniu Bazi podskubuje ją za ogon jak tylko nie patrzę :), a potem udaje niewiniątko. Zrobiłam swój pierwszy w życiu kozi ser. Był dzisiaj na śniadnie do chleba, polany młodym miodem. To są proszę państwa te luksusy, jakich rzadko można doznać w mieście. Prawdziwy świeży kozi twaróg z prawdziwym miodem.
Zamierzałam w tym roku narobić syropu do herbaty z kwiatów czarnego bzu, ale mi się nie udało. Okienka w deszczu wykorzystywane były na pilne i konieczne zajęcia, a teraz bzy przekwitają już. Są jeszcze kwiaty, ale mokre. Nie wyglądają zachęcająco. Jedyne co zrobiłam to eksperymentalne 10 l wina z kwiatów. Wino "bulka" sobie w butli w kuchni i wygląda dobrze, Pachnie cudnie kwiatami bzu i cytryną, (zakwasiłam je pokrojoną całą cytryną). Nie miałam drożdży winnych, więc dodałam skórkę z jabłka i winko pracuje na dzikich drożdżach. Powiem wam, ze bardziej mi smakuje wino na dzikich drożdżach, jest bardziej "gładkie" w smaku, oleiste, pięknie ścieka po brzegach szkła, nie ma drożdżowego posmaku. Fachowcy od wina mówią że to z powodu wytwarzania przez dzikusy większej ilości gliceryny, nadającej winu aksamitną gładkość. W zeszłym roku zrobiłam tak wino z czerwonych porzeczek i było najlepsze z dotychczasowych.
Wczoraj kicię Baśkę spotkała przygoda, po której jest już bardzo ostrożna w kontaktach z psami.
Zapolowały na nią dwa zajadłe psy, które wymknęły się z obejścia sąsiadki i ruszyły na rajd po wsi. Udało się jej uciec na drzewo za oborą, jednak był to gładki i wysoki jesion, o gałęziach odchodzących pod kątem ostrym od pnia. Siedziała biedula jakieś siedem metrów nad ziemią obejmując gałąź i nie umiała zejść. po godzinie już mocno płakała. Nie ma wyjścia, trzeba ruszyć na pomoc. Znalazła się drabina w domu obok, jednak gospodarz uparł się że sam ją zdejmie. Koty nie pozwalają podchodzić obcym i skończyło się na tym, że przerażona Baśka wywindowała się po prawie pionowej gałęzi jeszcze kilka metrów wyżej, zasiadła na rosochu i zapłakała jeszcze głośniej. Po następnych dwóch godzinach już ochrypła i nie spełniły się zapewnienia sąsiadów, że koty same schodzą z drzew, bo umieją. Może wiejskie, wychowane wśród drzew, ale nie miejski kot, któremu do głowy nie wpadło, że z drzewa schodzi się tyłem, a same drzewa zobaczył dwa miesiące temu. Pognałam poszukać większej drabiny. Znalazła się czterometrowa, conajmniej o połowę za mała. Wylazłam na ostatni szczebel, złapałam się jedną ręką za gałąź wyżej i dalejże prosić Baśkę, żeby zeszła. Bez skutku. Postanowiłam spróbować znów za godzinę. Odeszłam, zmieniłam buty na wygodniejsze klapki, nakarmiłam kozy i wtedy nadpłynęła ciężka chmura deszczowa. Pędem do drabiny, wylazłam na jej szczyt, złapałam prawą ręką za gałąź i dalejże namawiać kota, by zszedł. Powiem, ze byłam już trochę zrozpaczona, bo sytuacja po tych kilku godzinach wydawała się beznadziejna.
Jak ona zejdzie po niemal pionowej gałęzi tyle metrów w dół? Przytuliłam głowę do jesiona, zamknęłam oczy i pomyślałam: Proszę, pomóż jej podjąć decyzję, bo chłopy w końcu odpiłują ci tą gałąź (naprawdę mieli taki zamiar, jeśli do nocy by nie zeszła). Popatrzyłam w górę na Baśkę, a ta dostała "dzikich oczu", wygramoliła się z rosocha, objęła łapami gałąź i zaczęła schodzić!..............głową w dół!
Przeważyło ją, oderwało od gałęzi i poleciała w dół jak tłusta kluska, uderzyła o mnie całym ciałem i wtedy ją złapałam lewa wolną ręką. Schwytałam ją góry nogami, głową w dół. Powolutku zeszłam trzymając ją mocno tak jak złapałam, szczebel po szczebelku, ostrożnie, bo na nogach miałam klapki, a do trzymania drabiny jedną rękę.
Baśka nie wyciągnęła nawet pazurów, spokojnie dala się znieść, SAMA zeskoczyła na ziemię przy ostatnich szczeblach i z godnością, powolutku SAMA poszła do domu, nie pozwalając się wziąć na ręce :)
Takie to kocie i ludzkie przygody.....
niedziela, 10 czerwca 2012
Zdjęcia
Dokładam do poprzedniego posta zdjęcia obu kózek. Sa uwiązane, ponieważ ich poprzedni właściciel właśnie tak je trzymał i nigdy nie chodziły wolno.
Najczęściej na wszystko reagują paniką, więc doszłam do wniosku, że popuszczenie uwięzi nastąpi dopiero po lepszym oswojeniu się z nami i nabraniu zaufania.
Najczęściej na wszystko reagują paniką, więc doszłam do wniosku, że popuszczenie uwięzi nastąpi dopiero po lepszym oswojeniu się z nami i nabraniu zaufania.
Kozy
Dzień sobotni szalony, dopiero wieczorem opadło tempo i znalazł się czas by usiąść do klawiatury.
Pogoda ostatnio w kratkę, deszcze na przemian ze słońcem, więc trzeba było wykorzystywać każdą chwilę pogody do prac w ogrodzie. Równocześnie od jakiegoś czasu poszukiwałam w okolicy kóz do kupienia, bo trawy i innej zieleniny u mnie dostatek :) a koszenie tego sobie a muzom wydawało się ze wszech miar głupim zajęciem.
Co chwila pocztą pantoflową przychodziły informacje, z różnych miejscowości, ze były, ale już nie ma, że są ale nie na sprzedaż i wreszcie w sobotni poranek, kiedy zdecydowałam się na duże pranie, bo rozpogodziło się i była szansa na wyschnięcie ubrań na sznurach, rozpaliło się w piecu i postawiło gary na gorącą wodę - wpadł sąsiad i powiedział ze są kozy do kupienia. Zadzwonił do drugiego sąsiada po transport i zaczęło się tempo. Ukończyć pranie w dwie godziny, porozwieszać zanim przyjedzie traktor z wózkiem na zwierzęta.
Jechaliśmy około 4 kilometrów przez las i pola, kierowca za kółkiem traktora, a ja w przyczepce na zwierzaki.
Po raz pierwszy widziałam dalsze okolice, drogę przez pola obsadzoną kwitnącymi różami cukrowymi, pola zasiane łanami zboża, zalesione wzgórza i doliny.
Wróciłam z dwiema łaciatymi kozami. Obie zakocone.
Pierwsza mała czarniawa, ma rodzić w lipcu, a większa i jaśniejsza we wrześniu.
Była tam na sprzedaż śliczna duża kózka, bezrożna, pięknie zbudowana i o mały włos to ona by przyjechała ze mną do domu, jednak dzięki życzliwości teściowej sprzedającego, dowiedziałam się, ze kózka prawdopodobnie jest bezpłodna, bo ma już półtora roku i nie dała jeszcze przychówku.
Kozy bały się podróży, bo wychowane były w oborze, bezpastwiskowo i podróż była dla nich dużym stressem. Niepokoiłam się o małą czarniawą kózkę w wysokiej ciąży, bo okazała się mocno strachliwa. Jednak to ona pierwsza sięgnęła po jedzenie w nowym domu, a nie jej odważniejsza koleżanka.
Po szczęśliwym dotarciu do domu, tempo dziania się jeszcze się nie skończyło, bo nadpłynęły ciężkie granatowe chmury i zagrzmiało. złapałam za kosę, by naciąć trawy zanim zleje ją deszcz i nakarmić nowe lokatorki obórki, a potem w pierwszych kroplach deszczu ściągnąć na wpół wyschnięte pranie.
Kózki jeszcze dają trochę mleka i czekała mnie próba dojenia, pierwsza w życiu. Połowicznie udana, bo czarniawa kózka dała się miękko wydoić. Jest strachliwa, ale otwarta na kontakt. Po wydojeniu wykonała zgrabny wykop i mleczko wylądowało na ściółce.
Druga kózka nie puściła ani kropli mleka.
Pani Ala poradziła by jej odpuścić do rana, żeby przyzwyczaiła się do nowego otoczenia. Już widać, ze jest zawzięta i uparta, choć na pozór opanowana.
Drugą jej cenną radą, było posmarowanie wymion kózek przed dojeniem prawdziwym masłem. Powiedziała ze wymiona wtedy miękną i po jakimś czasie najbardziej trudne kozy dają się doić z łatwością.
Dzięki jej radzie, dzisiejszego ranka obie kozy zostały wydojone.
Zawzięta uparciuszka przyjęła nawet kawałek czerstwego chlebka z ręki. Nauczona wczorajszym doświadczeniem, przelewałam w trakcie dojenia mleko do innego garnuszka stojącego na krzesełku obok. Dzisiaj jednak wykopu nie było, a po dojeniu Mała Czarna obejrzała się ze zdziwieniem i długo jeszcze stała spokojnie na miejscu, patrząc jak zbieram garnuszki i sprzątam krzesełka z ich zagródki.
Pogoda ostatnio w kratkę, deszcze na przemian ze słońcem, więc trzeba było wykorzystywać każdą chwilę pogody do prac w ogrodzie. Równocześnie od jakiegoś czasu poszukiwałam w okolicy kóz do kupienia, bo trawy i innej zieleniny u mnie dostatek :) a koszenie tego sobie a muzom wydawało się ze wszech miar głupim zajęciem.
Co chwila pocztą pantoflową przychodziły informacje, z różnych miejscowości, ze były, ale już nie ma, że są ale nie na sprzedaż i wreszcie w sobotni poranek, kiedy zdecydowałam się na duże pranie, bo rozpogodziło się i była szansa na wyschnięcie ubrań na sznurach, rozpaliło się w piecu i postawiło gary na gorącą wodę - wpadł sąsiad i powiedział ze są kozy do kupienia. Zadzwonił do drugiego sąsiada po transport i zaczęło się tempo. Ukończyć pranie w dwie godziny, porozwieszać zanim przyjedzie traktor z wózkiem na zwierzęta.
Jechaliśmy około 4 kilometrów przez las i pola, kierowca za kółkiem traktora, a ja w przyczepce na zwierzaki.
Po raz pierwszy widziałam dalsze okolice, drogę przez pola obsadzoną kwitnącymi różami cukrowymi, pola zasiane łanami zboża, zalesione wzgórza i doliny.
Wróciłam z dwiema łaciatymi kozami. Obie zakocone.
Pierwsza mała czarniawa, ma rodzić w lipcu, a większa i jaśniejsza we wrześniu.
Była tam na sprzedaż śliczna duża kózka, bezrożna, pięknie zbudowana i o mały włos to ona by przyjechała ze mną do domu, jednak dzięki życzliwości teściowej sprzedającego, dowiedziałam się, ze kózka prawdopodobnie jest bezpłodna, bo ma już półtora roku i nie dała jeszcze przychówku.
Kozy bały się podróży, bo wychowane były w oborze, bezpastwiskowo i podróż była dla nich dużym stressem. Niepokoiłam się o małą czarniawą kózkę w wysokiej ciąży, bo okazała się mocno strachliwa. Jednak to ona pierwsza sięgnęła po jedzenie w nowym domu, a nie jej odważniejsza koleżanka.
Po szczęśliwym dotarciu do domu, tempo dziania się jeszcze się nie skończyło, bo nadpłynęły ciężkie granatowe chmury i zagrzmiało. złapałam za kosę, by naciąć trawy zanim zleje ją deszcz i nakarmić nowe lokatorki obórki, a potem w pierwszych kroplach deszczu ściągnąć na wpół wyschnięte pranie.
Kózki jeszcze dają trochę mleka i czekała mnie próba dojenia, pierwsza w życiu. Połowicznie udana, bo czarniawa kózka dała się miękko wydoić. Jest strachliwa, ale otwarta na kontakt. Po wydojeniu wykonała zgrabny wykop i mleczko wylądowało na ściółce.
Druga kózka nie puściła ani kropli mleka.
Pani Ala poradziła by jej odpuścić do rana, żeby przyzwyczaiła się do nowego otoczenia. Już widać, ze jest zawzięta i uparta, choć na pozór opanowana.
Drugą jej cenną radą, było posmarowanie wymion kózek przed dojeniem prawdziwym masłem. Powiedziała ze wymiona wtedy miękną i po jakimś czasie najbardziej trudne kozy dają się doić z łatwością.
Dzięki jej radzie, dzisiejszego ranka obie kozy zostały wydojone.
Zawzięta uparciuszka przyjęła nawet kawałek czerstwego chlebka z ręki. Nauczona wczorajszym doświadczeniem, przelewałam w trakcie dojenia mleko do innego garnuszka stojącego na krzesełku obok. Dzisiaj jednak wykopu nie było, a po dojeniu Mała Czarna obejrzała się ze zdziwieniem i długo jeszcze stała spokojnie na miejscu, patrząc jak zbieram garnuszki i sprzątam krzesełka z ich zagródki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)