Przedzieram się do obórki przez śnieg, za każdym krokiem zapadając się do połowy uda. Kopanie ścieżek nie ma sensu, bo po 20 minutach po moim przejściu nie ma nawet śladu.
Odkopuję tylko co jakiś czas wejście do domu i do obory. Wiatr jest północny, a wrota do obory są od południowej strony, więc tu na szczęście dużo pracy nie ma.
W niektórych miejscach zaspy sięgają powyżej pasa. Na przykład przy kranie podwórkowym, z którego biorę wodę i przy bramce obejścia koło obory. Nie widziałam tez chętnych do jazdy samochodem przez zasypaną drogę. Koło południa przejechał nią pług śnieżny, ale na długo to nie wystarczyło, znów zaspy bo ciągle silnie wieje i pada.
Wiosnę i ciepło meteorolodzy zapowiadają na środę przyszłego tygodnia. Ten cały magazyn śnieżny zacznie naraz topnieć i zamieni się w eleganckie błotko.
Moja posesja jest dobrze położona, nie grożą jej zastoje wody, więc mogę się bardziej cieszyć niż martwić gwałtowną zmianą z zimy na wiosnę.
Koza Bazia przez zimę i teraz daje mleko, niewiele bo około pół litra dziennie- czasem więcej, czasem mniej. Pokopałam nieco w fachowej koziej literaturze, z której dowiedziałam się, że ilość mleka związana jest z długością dnia. Szczyt laktacji wypada zawsze latem, a spadek zimą. Co ciekawe, dotyczy również kóz nie zakacanych przez kilka lat, bo takie eksperymenty wykonano.
One utrzymywały laktację przez cały ten czas, oczywiście z wahaniami wydajności związanymi z sezonem.
Bardzo mnie to pociesza, w związku z brakiem kozich kawalerów w najbliższych okolicach. Jak się trafi jakiś na jesień to ok, a jak nie to płakać nie będziemy ;)
Mamy czas.
Bardzo mało jest literatury o kozach. Przejrzałam stare weterynaryjne księgi mojego ojca, dotyczące zwierząt gospodarskich. Jest o krowach, owcach, koniach, nawet królikach, szynszylach i innych drobiazgach, a koza w żadnej książce nawet nie jest wymieniona.
I nie rozumiem dlaczego. Na zdrowy rozum, w małym gospodarstwie lepiej mieć kilka kóz, jak jedną krowę. Kozy są odporniejsze, mniej wybredne. Jak padnie krowa to duża strata, a jak coś się stanie jednej kozie, to zostają jeszcze inne. Mnożą się zwykle bez kłopotu, razy dwa. I lubią jeść chwasty.
Fakt, że są cwane. Tak jak Bazia która wyćwiczyła otwieranie wszelkich zamknięć i często ją łapię jak z córką Lalą buszuje w zapasie siana złożonym w obórce, obok ich zagrody.
No ale taka już ich uroda :)
Padł mi duży komp, pewnie dlatego, że nie włączany ponad pół roku. Nie pierwszej młodości zresztą był. Nie włączany, bo nie chciał współpracować z komórkowym internetem.
Teraz podpięłam maleńkiego netbooka do dużego monitora i zwykłej klawiatury. Luksus i komfort jest :) Oczy odpoczywają od maczkowatych literek.
Zainstalowałam też links2, przeglądarkę obsługiwaną z terminala.
Ma dwa tryby, jeden wyłącznie tekstowy, a drugi graficzny.
Grafikę wyświetla w trybie oszczędnościowym i nie ładuje żadnych reklam i wodotrysków. Tym sposobem oszczędzam transfer.
Links ma swoje wady. Nie mogę się zalogować na bloga, ani na pocztę w interii, więc w tym celu włączam firefoxa.
Co ciekawe Links2 z pocztą na o2 nie ma takich problemów, więc jest to wina ustawień na portalach, a nie samej przeglądarki.
piątek, 15 marca 2013
czwartek, 14 marca 2013
Niedźwiedzie zimują
Pada śnieg od wczoraj. Znów wszystko zasypane, północnym wiatrem rozdmuchane sprawiedliwie, po drogach, po ścieżkach, dachach, polach, podwórkach. Grubo, puszyście i nietykalnie bielutko.
I noc całą ma padać. Jak mapy pokazują pół metra śniegu dodatkowo ma przybyć. I mróz ma być spory.
Naniosłam więc z zapasem siana kozom do obórki, na wszelki wypadek gdyby mnie nagła niechęć ogarnęła do odkopywania z zaspy wrót stodoły. Drewna też przyniosłam do domu z zapasem, odkopałam z zaspy piwniczkę ogrodową i uzupełniłam domowe zapasy ziemniaków, buraczków, marchwi, selera, pietruszki i jabłek.
Jabłuszka choć już połowa marca, pięknie się trzymają. Są soczyste, winno-słodkie i nie zepsute. Taka miła niespodzianka.
No to wspomnienie dzieciństwa -raz. Marcheweczka utarta z jabłkiem, osłodzona odrobina miodu.
I niedźwiedzie zimują.
I noc całą ma padać. Jak mapy pokazują pół metra śniegu dodatkowo ma przybyć. I mróz ma być spory.
Naniosłam więc z zapasem siana kozom do obórki, na wszelki wypadek gdyby mnie nagła niechęć ogarnęła do odkopywania z zaspy wrót stodoły. Drewna też przyniosłam do domu z zapasem, odkopałam z zaspy piwniczkę ogrodową i uzupełniłam domowe zapasy ziemniaków, buraczków, marchwi, selera, pietruszki i jabłek.
Jabłuszka choć już połowa marca, pięknie się trzymają. Są soczyste, winno-słodkie i nie zepsute. Taka miła niespodzianka.
No to wspomnienie dzieciństwa -raz. Marcheweczka utarta z jabłkiem, osłodzona odrobina miodu.
I niedźwiedzie zimują.
poniedziałek, 4 marca 2013
Łąkarzenie
Wymyśliłam sobie wysoki żywopłot od drogi, taki który szybko rośnie i nie ma odrostów korzeniowych (z którymi jest tylko kłopot), nie przycina się go, albo tnie tylko raz w roku na wczesną wiosnę - kiedy jest jeszcze trochę wolnego, oraz da się pozyskać sadzonki z natury. Z natury, bo żywopłot okrutnie długi ma być, więc kupno sadzonek zrujnowało by mnie ekonomicznie. No i patyki wciśnięte w ziemię mają się przyjmować bez marudzenia. Ewentualne resztki po przycinaniu mają być kozo-jadalne.
Po wstępnych eliminacjach została mi tylko wierzba wiciowa, drugich eliminacji nie było.
Rekonesans w najbliższych okolicach wykazał kompletny brak jakichkolwiek odmian wierzby wiciowej. Jest krucha i inne podobnego pokroju rzadkie krzaczoro-drzewka, które jednak nie spełniają założeń.
Po obniżeniu wymagań co do szybkości wzrostu i odrostów korzeniowych, pierwsze miejsce wśród reszty krzaczastych zajęły po równo jaśminowiec i trzmielina pospolita. Jaśminowiec obecny jak najbardziej, w odległości rzutu kamieniem od zainteresowanej. Trzmielina ciut dalej, pod lasem. Obydwu też nie wystarczy na "monotematyczny" żywopłot, więc rzutu monetą nie będzie, a zastanawiam się teraz jak będzie wyglądał żywopłot łaciaty. Miejscami kwitnący i pachnący jaśminowo na wiosnę, a jesienią w czerwono-bordowe łaty od liści i owoców trzmieliny.
Wyobraźni mi zabrakło, więc nic nie pozostało, oprócz sprawdzenia tego w praktyce.
Mogę dosadzić jeszcze bez-lilak. Estetyczna masakra :)
Bzy kwitną w maju, a jaśminowiec w czerwcu, wiec może tak źle nie będzie.
Obie roślinki jak najbardziej lecznicze (tak tak, bez-lilak jest leczniczy). Trzmielina też. Jednak roślin sadzonych przy drodze się nie zbiera.
Już się cieszę na ruch i pracę która zacznie się od przedwiośnia i na gości którzy zapowiedzieli się u mnie na pierwsze dni maja by pobyć kilka dni na wsi, oraz nabyć w teorii i praktyce wiedzy o polskich dzikich roślinach leczniczych i jadalnych. Jadalne będą dosłownie. Kuchnia do dyspozycji.
Zapowiadam że będzie to solidna piguła wiedzy. Trochę "łąkarów" i "łąkarek" wyszło spod mojej ręki przez kilka lat wykładów z ziołolecznictwa w warszawskim studium psychotronicznym. Medycyna ludowa tez cieszyła się zainteresowaniem. Ma w swoim repertuarze sprawdzone praktyczne przepisy oraz działania magiczno-energetyczne, leczące duszę i ciało.
Dlaczego napisałam łąkarz i łąkarka? Tak ładnie określił to Czesław Białczyński na swoim blogu: zbieranie na łąkach roślin leczniczych to łąkarzenie. Słowo "łąkarz" jest pierwowzorem słowa "lekarz".
Teraz te znaczenia się rozeszły. Łąkarz to po prostu zielarz, a lekarz jest w białym fartuchu i ma długopis.
A tymczasem zima na wschodzie dopiero dniami odpuszcza. Topią się i osiadają śniegi, błotko mlaszcze na ścieżkach. Nocami wszystko zamarza, pod kapiącym kranem na podwórzu tworzy się stalagmit. Mróz zeszkliwia ścieżki i połacie podsiąkniętego śniegu. Wystarczy wczesnym rankiem na wietrze rozpostrzeć szeroko rękawy, by pożeglować na śliskich gumofilcach hen w pola :)
Po wstępnych eliminacjach została mi tylko wierzba wiciowa, drugich eliminacji nie było.
Rekonesans w najbliższych okolicach wykazał kompletny brak jakichkolwiek odmian wierzby wiciowej. Jest krucha i inne podobnego pokroju rzadkie krzaczoro-drzewka, które jednak nie spełniają założeń.
Po obniżeniu wymagań co do szybkości wzrostu i odrostów korzeniowych, pierwsze miejsce wśród reszty krzaczastych zajęły po równo jaśminowiec i trzmielina pospolita. Jaśminowiec obecny jak najbardziej, w odległości rzutu kamieniem od zainteresowanej. Trzmielina ciut dalej, pod lasem. Obydwu też nie wystarczy na "monotematyczny" żywopłot, więc rzutu monetą nie będzie, a zastanawiam się teraz jak będzie wyglądał żywopłot łaciaty. Miejscami kwitnący i pachnący jaśminowo na wiosnę, a jesienią w czerwono-bordowe łaty od liści i owoców trzmieliny.
Wyobraźni mi zabrakło, więc nic nie pozostało, oprócz sprawdzenia tego w praktyce.
Mogę dosadzić jeszcze bez-lilak. Estetyczna masakra :)
Bzy kwitną w maju, a jaśminowiec w czerwcu, wiec może tak źle nie będzie.
Obie roślinki jak najbardziej lecznicze (tak tak, bez-lilak jest leczniczy). Trzmielina też. Jednak roślin sadzonych przy drodze się nie zbiera.
Już się cieszę na ruch i pracę która zacznie się od przedwiośnia i na gości którzy zapowiedzieli się u mnie na pierwsze dni maja by pobyć kilka dni na wsi, oraz nabyć w teorii i praktyce wiedzy o polskich dzikich roślinach leczniczych i jadalnych. Jadalne będą dosłownie. Kuchnia do dyspozycji.
Zapowiadam że będzie to solidna piguła wiedzy. Trochę "łąkarów" i "łąkarek" wyszło spod mojej ręki przez kilka lat wykładów z ziołolecznictwa w warszawskim studium psychotronicznym. Medycyna ludowa tez cieszyła się zainteresowaniem. Ma w swoim repertuarze sprawdzone praktyczne przepisy oraz działania magiczno-energetyczne, leczące duszę i ciało.
Dlaczego napisałam łąkarz i łąkarka? Tak ładnie określił to Czesław Białczyński na swoim blogu: zbieranie na łąkach roślin leczniczych to łąkarzenie. Słowo "łąkarz" jest pierwowzorem słowa "lekarz".
Teraz te znaczenia się rozeszły. Łąkarz to po prostu zielarz, a lekarz jest w białym fartuchu i ma długopis.
A tymczasem zima na wschodzie dopiero dniami odpuszcza. Topią się i osiadają śniegi, błotko mlaszcze na ścieżkach. Nocami wszystko zamarza, pod kapiącym kranem na podwórzu tworzy się stalagmit. Mróz zeszkliwia ścieżki i połacie podsiąkniętego śniegu. Wystarczy wczesnym rankiem na wietrze rozpostrzeć szeroko rękawy, by pożeglować na śliskich gumofilcach hen w pola :)
poniedziałek, 18 lutego 2013
Porządki i kilka sposobów na żylaki
Zima trzyma się mocno. Dawno tak nie było, ze pierwszy zimowy śnieg utrzymuje się do końca sezonu. Po kilku dniach odwilży wrócił mróz. Nie jest wielki, ale wiosenne temperatury rozhartowują.
U mnie wielkie przemeblowanie i porządkowanie nie zamieszkałych kątów chaty. Po poprzednich właścicielach ciągle coś wyrzucam i wyrzucam, a za kilka dni jak odgruzuję spiżarnię z wiekowych "przydasi", przyjdą "chłopy" i przetargają wielką starą dębową szafę ze ślepej sieni do spiżarki. Tym sposobem odsłonią się drzwi do pokoju, a mały pokoik i duży pokój zyskają osobne wejścia.
Szafa w spiżarni otrzyma półki na przetwory.
Pracy jest od groma, a spiżarnia i ślepa sień są lodowate, bo nie ogrzewane i nieocieplone. Surowe belki, które trzeba będzie na świeżo obielić wapnem jak tylko mrozy się skończą.
Ostatnio kilka osób pytało mnie jak poradzić sobie z żylakami, więc na żylaki sposobów kilka.
Należy przy tym pamiętać, że sposób żywienia jest bardzo ważny, bo dostarcza organizmowi witamin, enzymów i składników mineralnych do odbudowy naczyń krwionośnych. Soki, surówki, owoce, zioła krzemionkowe, pyłek pszczeli.
Najlepiej stosować dietę rozłączną i unikać przetworzonej żywności i glutenu, by wspomóc oczyszczanie żył.
Jednym z efektywniejszych sposobów na żylaki jest czosnek z masłem. Zdarza się, że po miesiącu następuje wybitne zmniejszenie obrzmiałych żył, znika ból i dyskomfort.
Trzeba wziąć biały czosnek (koniecznie z białą skórką), utrzeć go na drobnej tarce i zmieszać na jednolitą masę z dwoma częściami krowiego masła. Takim mazidłem na noc smaruje się uwypuklone żyły i ich okolice, przykrywa się pergaminowym papierem (może być papier do pieczenia i zawija elastycznym bandażem, by utrzymać opatrunek i ciepło.
Rano umyć nogi, w ciągu dnia dbać by ich nie wyziębić.
Drugim sposobem, choć nie tak szybkim, są nocne okłady z plasterków zielonych pomidorów (przez cały sezon pomidorowy)
W niektórych domach na parapecie rośnie żyworódka pierzasta. Nalewkę z niej można zastosować do leczenia żylaków.
Aby wykonać nalewkę, trzeba wziąć umyte liście rośliny, włożyć do litrowego słoika, tak by wypełniły go do połowy i zalać do pełna 70% spirytusem.
Nalewka powinna stać w ciemnym miejscu 10-14 dni, po czym należy zlać ją do butelki.
Każdego wieczoru przed snem nacierać nogi i stopy nalewką. Ból znika już po pierwszej nocy.
Przy silnych i zaniedbanych żylakach czas leczenia wynosi ok. 4 miesięcy.
Jeszcze innym sposobem na żylaki, są okłady z utartych ziemniaków.
Umyć kilka kartofli, zetrzeć na tarce i tą papką nacierać i okładać nogi. Zdejmuje ból i zmniejsza stany zapalne.
Jeśli ktoś ma dostęp do korzeni mniszka lekarskiego: wykopać korzenie, umyć, oczyścić i zetrzeć na drobnej tarce. papkę zalać wodą i gotować na małym ogniu do uzyskania gęstej masy. Masę po przestudzeniu utrzeć ze świńskim sadłem lub smalcem 1:1, by uzyskać gęstą maść, którą przechowuje się w lodówce.
Maścią smarować na noc nogi, obłożyć pergaminem i owinąć bandażem elastycznym, dla utrzymania opatrunku. Rano zmyć.
Jeśli ktoś ma dostęp do ziela gwiazdnicy (rośnie od przedwiośnia do pierwszych śniegów, upierdliwy chwast działkowy, ogrodowy), może robić z niej okłady. Listki i gałązki gwiazdnicy są delikatne i miękkie, więc nawet bez rozdrabniania okłada się nimi chore miejsca, owija liściem łopianu lub kapusty. (Z liścia kapusty należy ściąć płasko gruby nerw i obić lekko tłuczkiem, lub przewałkować dla zmiękczenia wałkiem do ciasta, albo butelką), na to bandaż. Rano umyć.
Sposób nie jest najszybszy, ale skuteczny.
Można też wykonać mazidło do smarowania, ucierając gwiazdnicę ze smalcem, świńskim sadłem lub krowim masłem. Robić mazidło na dwa -trzy użycia, przechowywać w lodówce a potem znów wykonać świeże.
dobrym sposobem na żylaki jest nacieranie nóg octem jabłkowym. Z octu jabłkowego można robić również okłady. Przy kuracji octem jabłkowym, warto również wypijać na czczo napój z łyżeczki lub dwóch octu i łyżeczki miodu na szklankę ciepłej wody.
ocet powinien być domowy, albo z dobrego źródła.
Niedługo wiosna, zacznie się sezon na sok brzozowy i klonowy. Sok brzozowy warto zastosować dla oczyszczenia organizmu z zimowych złogów.
Na razie jednak tej wiosny nie widać. Palę w piecach, co sprawia mi ogromną przyjemność i nie zdążyło się jeszcze znudzić.
Odbijam sobie kaloryferowe lata patrząc jak ogień pożera polana, a podczerwień z żaru przenika ciało aż do kości.
U mnie wielkie przemeblowanie i porządkowanie nie zamieszkałych kątów chaty. Po poprzednich właścicielach ciągle coś wyrzucam i wyrzucam, a za kilka dni jak odgruzuję spiżarnię z wiekowych "przydasi", przyjdą "chłopy" i przetargają wielką starą dębową szafę ze ślepej sieni do spiżarki. Tym sposobem odsłonią się drzwi do pokoju, a mały pokoik i duży pokój zyskają osobne wejścia.
Szafa w spiżarni otrzyma półki na przetwory.
Pracy jest od groma, a spiżarnia i ślepa sień są lodowate, bo nie ogrzewane i nieocieplone. Surowe belki, które trzeba będzie na świeżo obielić wapnem jak tylko mrozy się skończą.
Ostatnio kilka osób pytało mnie jak poradzić sobie z żylakami, więc na żylaki sposobów kilka.
Należy przy tym pamiętać, że sposób żywienia jest bardzo ważny, bo dostarcza organizmowi witamin, enzymów i składników mineralnych do odbudowy naczyń krwionośnych. Soki, surówki, owoce, zioła krzemionkowe, pyłek pszczeli.
Najlepiej stosować dietę rozłączną i unikać przetworzonej żywności i glutenu, by wspomóc oczyszczanie żył.
Jednym z efektywniejszych sposobów na żylaki jest czosnek z masłem. Zdarza się, że po miesiącu następuje wybitne zmniejszenie obrzmiałych żył, znika ból i dyskomfort.
Trzeba wziąć biały czosnek (koniecznie z białą skórką), utrzeć go na drobnej tarce i zmieszać na jednolitą masę z dwoma częściami krowiego masła. Takim mazidłem na noc smaruje się uwypuklone żyły i ich okolice, przykrywa się pergaminowym papierem (może być papier do pieczenia i zawija elastycznym bandażem, by utrzymać opatrunek i ciepło.
Rano umyć nogi, w ciągu dnia dbać by ich nie wyziębić.
Drugim sposobem, choć nie tak szybkim, są nocne okłady z plasterków zielonych pomidorów (przez cały sezon pomidorowy)
W niektórych domach na parapecie rośnie żyworódka pierzasta. Nalewkę z niej można zastosować do leczenia żylaków.
Aby wykonać nalewkę, trzeba wziąć umyte liście rośliny, włożyć do litrowego słoika, tak by wypełniły go do połowy i zalać do pełna 70% spirytusem.
Nalewka powinna stać w ciemnym miejscu 10-14 dni, po czym należy zlać ją do butelki.
Każdego wieczoru przed snem nacierać nogi i stopy nalewką. Ból znika już po pierwszej nocy.
Przy silnych i zaniedbanych żylakach czas leczenia wynosi ok. 4 miesięcy.
Jeszcze innym sposobem na żylaki, są okłady z utartych ziemniaków.
Umyć kilka kartofli, zetrzeć na tarce i tą papką nacierać i okładać nogi. Zdejmuje ból i zmniejsza stany zapalne.
Jeśli ktoś ma dostęp do korzeni mniszka lekarskiego: wykopać korzenie, umyć, oczyścić i zetrzeć na drobnej tarce. papkę zalać wodą i gotować na małym ogniu do uzyskania gęstej masy. Masę po przestudzeniu utrzeć ze świńskim sadłem lub smalcem 1:1, by uzyskać gęstą maść, którą przechowuje się w lodówce.
Maścią smarować na noc nogi, obłożyć pergaminem i owinąć bandażem elastycznym, dla utrzymania opatrunku. Rano zmyć.
Jeśli ktoś ma dostęp do ziela gwiazdnicy (rośnie od przedwiośnia do pierwszych śniegów, upierdliwy chwast działkowy, ogrodowy), może robić z niej okłady. Listki i gałązki gwiazdnicy są delikatne i miękkie, więc nawet bez rozdrabniania okłada się nimi chore miejsca, owija liściem łopianu lub kapusty. (Z liścia kapusty należy ściąć płasko gruby nerw i obić lekko tłuczkiem, lub przewałkować dla zmiękczenia wałkiem do ciasta, albo butelką), na to bandaż. Rano umyć.
Sposób nie jest najszybszy, ale skuteczny.
Można też wykonać mazidło do smarowania, ucierając gwiazdnicę ze smalcem, świńskim sadłem lub krowim masłem. Robić mazidło na dwa -trzy użycia, przechowywać w lodówce a potem znów wykonać świeże.
dobrym sposobem na żylaki jest nacieranie nóg octem jabłkowym. Z octu jabłkowego można robić również okłady. Przy kuracji octem jabłkowym, warto również wypijać na czczo napój z łyżeczki lub dwóch octu i łyżeczki miodu na szklankę ciepłej wody.
ocet powinien być domowy, albo z dobrego źródła.
Niedługo wiosna, zacznie się sezon na sok brzozowy i klonowy. Sok brzozowy warto zastosować dla oczyszczenia organizmu z zimowych złogów.
Na razie jednak tej wiosny nie widać. Palę w piecach, co sprawia mi ogromną przyjemność i nie zdążyło się jeszcze znudzić.
Odbijam sobie kaloryferowe lata patrząc jak ogień pożera polana, a podczerwień z żaru przenika ciało aż do kości.
wtorek, 5 lutego 2013
Herbatka z Marszałka i chleb krasnoludów.
W okolicach przed-urodzinowych "zawiesił mi się procesor" , co jak zauważyłam jest żelazną regułą. Wszystko idzie na opak. Na dodatek ze ścianówki zamiast pachnącego chlebka, wyjęłam chleb krasnoludów, którym w razie potrzeby można wbić gwóźdź w ścianę, albo użyć jako podręcznej broni miotanej, o skuteczności zbliżonej do solidnej cegły.
Jeśli ktoś nie czytał książek Terry Pratcheta, pozwolę sobie przytoczyć cytat w pełni odzwierciedlający moje kuchenne dzieło:
" ...chleb krasnoludów był doprawdy cudowny: nikt nie cierpiał głodu, jeśli miał choć trochę chleba krasnoludów do uniknięcia.
Wystarczyło popatrzeć na niego przez chwilę, a natychmiast przychodziło człowiekowi do głowy mnóstwo innych rzeczy, które wolałby zjeść. Własne buty, na przykład. Góry. Owce na surowo. Swoje stopy".
i jeszcze jeden cytat: "- A to co?! - zawołała niania Ogg, wyjmując nieduży pakunek. Rozwinęła papier i pokazała koleżankom kilka twardych brązowych krążków.
- Coś podobnego - zdziwiła się babcia Weatherwax. - Wycofuję wszystkie zarzuty. To przecież słynny chleb krasnoludów. Nie dają go byle komu.
Niania postukała chlebem o burtę łódki. Wydał dźwięk bardzo podobny do tego, który wydaje drewniana linijka upuszczona na blat biurka: rodzaj głuchego „boioioing”.
- Podobno nigdy nie czerstwieje, nawet przez lata - stwierdziła babcia.
- I podtrzymuje siły całymi dniami - dodała niania.
Magrat wzięła jeden z płaskich bochenków, spróbowała rozłamać go na pół i zrezygnowała.
- To się je? - spytała.
- Nie przypuszczam, żeby był przeznaczony do jedzenia - uznała niania. - Raczej do......
- Do podtrzymywania sił - podpowiedziała babcia".
No to teraz dla podtrzymania sił w zimie i uzupełnienia naturalnej witaminy C, P i A, należy udać się do pobliskiego zagajnika i wrócić do domu z garścią świeżych, najmłodszych gałązek sosny lub innego iglastego drzewa (oprócz jałowca i cisu, bo można sobie krzywdę zrobić). Igliwie drzew o tej porze ma największą zawartość witaminy C 150-250mg/100g. herbatka z niego jest wzmacniająca, dobrze działa przy przeziębieniach, bo obniża gorączkę, działa napotnie, wykrztuśnie.
Olejki eteryczne drzew iglastych uspokajają, poprawiają samopoczucie i odkażają. łagodzą stany zapalne.
Można herbatkę popijać przy reumatyzmie, problemach z woreczkiem żółciowym, kamicy moczowej, obrzękach, przy osłabieniu, chorobach z przeziębienia, lub prosto dla przyjemności, spoglądając na chleb krasnoludów.
Przepis na herbatkę:
Łyżkę lub dwie igliwia zalać szklanką wrzątku, pozwolić naciągnąć pod przykryciem przez pół godziny, po czym przecedzić, podgrzać i wypić. Smaczniejsza i skuteczniejsza jest po dodaniu plasterków cytryny i osłodzeniu miodem.
Takich herbatek można wypić trzy do pięciu w ciągu dnia, w zależności od ich esencjonalności.
U mnie środek podwórza zajmuje świerk o imieniu Marszałek i z jego to zwisających łapek zaparzam wspomnianą wyżej herbatkę.
I czekam.
Czekam na wiosenne ruszenie soków w brzozach i klonach.
Jeśli ktoś nie czytał książek Terry Pratcheta, pozwolę sobie przytoczyć cytat w pełni odzwierciedlający moje kuchenne dzieło:
" ...chleb krasnoludów był doprawdy cudowny: nikt nie cierpiał głodu, jeśli miał choć trochę chleba krasnoludów do uniknięcia.
Wystarczyło popatrzeć na niego przez chwilę, a natychmiast przychodziło człowiekowi do głowy mnóstwo innych rzeczy, które wolałby zjeść. Własne buty, na przykład. Góry. Owce na surowo. Swoje stopy".
i jeszcze jeden cytat: "- A to co?! - zawołała niania Ogg, wyjmując nieduży pakunek. Rozwinęła papier i pokazała koleżankom kilka twardych brązowych krążków.
- Coś podobnego - zdziwiła się babcia Weatherwax. - Wycofuję wszystkie zarzuty. To przecież słynny chleb krasnoludów. Nie dają go byle komu.
Niania postukała chlebem o burtę łódki. Wydał dźwięk bardzo podobny do tego, który wydaje drewniana linijka upuszczona na blat biurka: rodzaj głuchego „boioioing”.
- Podobno nigdy nie czerstwieje, nawet przez lata - stwierdziła babcia.
- I podtrzymuje siły całymi dniami - dodała niania.
Magrat wzięła jeden z płaskich bochenków, spróbowała rozłamać go na pół i zrezygnowała.
- To się je? - spytała.
- Nie przypuszczam, żeby był przeznaczony do jedzenia - uznała niania. - Raczej do......
- Do podtrzymywania sił - podpowiedziała babcia".
No to teraz dla podtrzymania sił w zimie i uzupełnienia naturalnej witaminy C, P i A, należy udać się do pobliskiego zagajnika i wrócić do domu z garścią świeżych, najmłodszych gałązek sosny lub innego iglastego drzewa (oprócz jałowca i cisu, bo można sobie krzywdę zrobić). Igliwie drzew o tej porze ma największą zawartość witaminy C 150-250mg/100g. herbatka z niego jest wzmacniająca, dobrze działa przy przeziębieniach, bo obniża gorączkę, działa napotnie, wykrztuśnie.
Olejki eteryczne drzew iglastych uspokajają, poprawiają samopoczucie i odkażają. łagodzą stany zapalne.
Można herbatkę popijać przy reumatyzmie, problemach z woreczkiem żółciowym, kamicy moczowej, obrzękach, przy osłabieniu, chorobach z przeziębienia, lub prosto dla przyjemności, spoglądając na chleb krasnoludów.
Przepis na herbatkę:
Łyżkę lub dwie igliwia zalać szklanką wrzątku, pozwolić naciągnąć pod przykryciem przez pół godziny, po czym przecedzić, podgrzać i wypić. Smaczniejsza i skuteczniejsza jest po dodaniu plasterków cytryny i osłodzeniu miodem.
Takich herbatek można wypić trzy do pięciu w ciągu dnia, w zależności od ich esencjonalności.
U mnie środek podwórza zajmuje świerk o imieniu Marszałek i z jego to zwisających łapek zaparzam wspomnianą wyżej herbatkę.
I czekam.
Czekam na wiosenne ruszenie soków w brzozach i klonach.
piątek, 25 stycznia 2013
Remanenty zdarzeń
Swojego czasu, żeby utrzymać mieszkanie i dwójkę małych dzieci, sprzedawałam książki.
Pamiętam moje przerażenie faktem, ze ja coś mam sprzedać proponując coś komuś bezpośrednio i tylko fakt, ze to były dobre KSIĄŻKI, sprawił, że nie uciekłam od razu pierwszego dnia, a potem wytrwałam w korporacji prawie trzy lata, pracując po 12 godzin dziennie, ciągle na biegu, schody, ulice, biura, zakłady pracy, szkoły, łącznie z sobotami, a czasem i w niedziele na giełdzie samochodowej.
Podeszwy chińskich trampek przecierały się w takim tempie, ze czasem w deszczowe dni, zostawiałam na korytarzach ślady bosych palców. To była ciężka harówka, bieganie cały dzień z kilkunasto-kilogramowym pudłem książek.
Wyrobiły mi się takie mięśnie i kondycja, ze niech się fitness schowa. Nigdy nie korzystałam z wind. cztery, siedem czy dziewięć pięter z obciążeniem na samą górę i dopiero schodząc w dół, zaczynałam sprzedaż.
Tak się działało, z powodu urzędniczych strażników, pilnujących, aby sprzedawcy nie mogli wejść. Windy były obserwowane.
Wtedy to odkryłam niewidzialność. Tak, dobrze widzicie ;)
W te lata nauczyłam się, a raczej odkryłam taką potencjalność w sobie i rozwinęłam ją z powodów praktycznych.
Idąc po tych schodach na najwyższe piętro, albo długim biurowym korytarzem, stawałam się widzialna dla idącego naprzeciw człowieka dopiero w czasie mijania. Reakcje były niesamowite, łącznie z podskokiem, łapaniem się za serce i wydawaniem urywanego wrzasku :), a potem nieskładne tłumaczenie, ze przecież mnie tu wcześniej nie było.
Zamyślił się pan/pani, odpowiadałam, to dlatego nie byłam zauważona. Bo co miałam odpowiedzieć?
Była to umiejętność bardzo praktyczna w spotkaniach z kontrolerami w komunikacji miejskiej. Często rano nie miałam na bilet (dom wysysał wczorajszy zarobek), a kilka kilometrów piechotą do swojego rejonu pracy, zabierały czas i siłę.
Kontrolerzy rozglądając się pilnie, przechodzili obok mnie, a przy sprawdzaniu wysiadających, sięgali po następną po mnie osobę.
Ja nie istniałam.
Innym ćwiczeniem, było wyczuwanie. Idąc np. korytarzem urzędu, trzeba było się stopić z całym piętrem i wtedy zawsze się wiedziało, czy za drzwiami ktoś jest, czy pomieszczenie pomimo tabliczek jest puste i zamknięte. Oszczędzało to czas, ale i tak pukałam, by potwierdzić swoją perfekcję.
Niezliczone dary otrzymałam od tej ciężkiej, wyczerpującej pracy.
Nauczyłam się słuchać ludzi. i to spowodowało, ze zaczęłam rozumieć innych i wyrosła we mnie akceptacja totalna.
Przestałam odczuwać potrzebę oceniania i porównywania kogokolwiek.
Przestałam sprzedawać książki, a zaczęłam rozmawiać z ludźmi. Nie wiem co w tym jest, ale ludzie których poznawałam podczas pracy, często zaczepiali mnie potem na ulicy, pytając kiedy do nich przyjdę i czemu mnie tak dawno nie było.
Książki znikały sobie z mojego pudełka same, trafiając spokojnie do tych którzy ich potrzebowali.
Nauczyłam się wyrzucać z głowy korporacyjne szkolenia na miejskiego szczura, natychmiast po ich ukończeniu.
Nauczyłam się całkowicie skupiać na tym co robię i na osobie z którą rozmawiam i tak odkryłam istnienie TERAZ.
I jeszcze o wiele, wiele więcej.
Czas zatoczył koło. Dziś przystępuję do programu partnerskiego e-księgarni Złote Myśli
Książki :)
Oczywiście tylko takie, które przydadzą się w domowym ziołolecznictwie, oraz w nauczeniu się wpływania umysłem na poprawę zdrowia.
A sekret niewidzialności? Nie jest żadnym sekretem. To wewnętrzna cisza.
Jeśli w twoim umyśle zapanuje spokój i idealna cisza, inne umysły nie odbiorą jego istnienia, a wtedy fakt twojej fizycznej powłoki nie zostaje dopuszczony do ich percepcji. Przestajesz być widzialny. Ot i wszystko.
Pamiętam moje przerażenie faktem, ze ja coś mam sprzedać proponując coś komuś bezpośrednio i tylko fakt, ze to były dobre KSIĄŻKI, sprawił, że nie uciekłam od razu pierwszego dnia, a potem wytrwałam w korporacji prawie trzy lata, pracując po 12 godzin dziennie, ciągle na biegu, schody, ulice, biura, zakłady pracy, szkoły, łącznie z sobotami, a czasem i w niedziele na giełdzie samochodowej.
Podeszwy chińskich trampek przecierały się w takim tempie, ze czasem w deszczowe dni, zostawiałam na korytarzach ślady bosych palców. To była ciężka harówka, bieganie cały dzień z kilkunasto-kilogramowym pudłem książek.
Wyrobiły mi się takie mięśnie i kondycja, ze niech się fitness schowa. Nigdy nie korzystałam z wind. cztery, siedem czy dziewięć pięter z obciążeniem na samą górę i dopiero schodząc w dół, zaczynałam sprzedaż.
Tak się działało, z powodu urzędniczych strażników, pilnujących, aby sprzedawcy nie mogli wejść. Windy były obserwowane.
Wtedy to odkryłam niewidzialność. Tak, dobrze widzicie ;)
W te lata nauczyłam się, a raczej odkryłam taką potencjalność w sobie i rozwinęłam ją z powodów praktycznych.
Idąc po tych schodach na najwyższe piętro, albo długim biurowym korytarzem, stawałam się widzialna dla idącego naprzeciw człowieka dopiero w czasie mijania. Reakcje były niesamowite, łącznie z podskokiem, łapaniem się za serce i wydawaniem urywanego wrzasku :), a potem nieskładne tłumaczenie, ze przecież mnie tu wcześniej nie było.
Zamyślił się pan/pani, odpowiadałam, to dlatego nie byłam zauważona. Bo co miałam odpowiedzieć?
Była to umiejętność bardzo praktyczna w spotkaniach z kontrolerami w komunikacji miejskiej. Często rano nie miałam na bilet (dom wysysał wczorajszy zarobek), a kilka kilometrów piechotą do swojego rejonu pracy, zabierały czas i siłę.
Kontrolerzy rozglądając się pilnie, przechodzili obok mnie, a przy sprawdzaniu wysiadających, sięgali po następną po mnie osobę.
Ja nie istniałam.
Innym ćwiczeniem, było wyczuwanie. Idąc np. korytarzem urzędu, trzeba było się stopić z całym piętrem i wtedy zawsze się wiedziało, czy za drzwiami ktoś jest, czy pomieszczenie pomimo tabliczek jest puste i zamknięte. Oszczędzało to czas, ale i tak pukałam, by potwierdzić swoją perfekcję.
Niezliczone dary otrzymałam od tej ciężkiej, wyczerpującej pracy.
Nauczyłam się słuchać ludzi. i to spowodowało, ze zaczęłam rozumieć innych i wyrosła we mnie akceptacja totalna.
Przestałam odczuwać potrzebę oceniania i porównywania kogokolwiek.
Przestałam sprzedawać książki, a zaczęłam rozmawiać z ludźmi. Nie wiem co w tym jest, ale ludzie których poznawałam podczas pracy, często zaczepiali mnie potem na ulicy, pytając kiedy do nich przyjdę i czemu mnie tak dawno nie było.
Książki znikały sobie z mojego pudełka same, trafiając spokojnie do tych którzy ich potrzebowali.
Nauczyłam się wyrzucać z głowy korporacyjne szkolenia na miejskiego szczura, natychmiast po ich ukończeniu.
Nauczyłam się całkowicie skupiać na tym co robię i na osobie z którą rozmawiam i tak odkryłam istnienie TERAZ.
I jeszcze o wiele, wiele więcej.
Czas zatoczył koło. Dziś przystępuję do programu partnerskiego e-księgarni Złote Myśli
Książki :)
Oczywiście tylko takie, które przydadzą się w domowym ziołolecznictwie, oraz w nauczeniu się wpływania umysłem na poprawę zdrowia.
A sekret niewidzialności? Nie jest żadnym sekretem. To wewnętrzna cisza.
Jeśli w twoim umyśle zapanuje spokój i idealna cisza, inne umysły nie odbiorą jego istnienia, a wtedy fakt twojej fizycznej powłoki nie zostaje dopuszczony do ich percepcji. Przestajesz być widzialny. Ot i wszystko.
piątek, 11 stycznia 2013
Wciągnęło z butami....
Dzisiaj znowu posypało białym śnieżkiem, ale ciepło jest. Zaledwie 1-2 stopnie na minus, więc w domu dobra temperatura.
Blaszany dach jest nieocieplony, a w wielu miejscach wykruszona cieniutka polepa na podłodze strychu, w duże mrozy nie dawała ochrony domowi. W przynoszonych do kuchni wiadrach wody, do rana pływały kawałki lodu. Kicia ukochała piec i tekturowe pudełko stawiane dla niej przy drzwiczkach paleniska.
Rok temu natrafiłam na Słowiano-aryjskie Wedy, starsze od Wed Hinduskich. Przyrzekłam sobie ze je przetłumaczę z języka rosyjskiego na polski i oto tej zimy zabrałam się za tą niełatwą, ale pasjonującą pracę.
Wciągnęło mnie z butami :)
Nie mogę się doczekać wieczorów, kiedy spokojnie mogę usiąść do tłumaczenia. Obórka z kopytnymi napojonymi grzaną woda i nakarmionymi wieczorną dawką owsa zamknięta, ostatnie wiadra wody przyniesione i wyniesione, można spokojnie, z kubkiem herbaty lub ziółek zabrać się za tłumaczenie.
Przetłumaczone teksty, jeśli ktoś interesuje się dziejami i kosmologią Słowian, można przeczytać na forum www.kodczasu.pl, w dziale o Słowianach.
Codziennie przybywają nowe odcinki.
Niech to będzie noworoczny prezent dla wszystkich zainteresowanych.
Wszystkiego Dobrego w Nowym Roku :)
Blaszany dach jest nieocieplony, a w wielu miejscach wykruszona cieniutka polepa na podłodze strychu, w duże mrozy nie dawała ochrony domowi. W przynoszonych do kuchni wiadrach wody, do rana pływały kawałki lodu. Kicia ukochała piec i tekturowe pudełko stawiane dla niej przy drzwiczkach paleniska.
Rok temu natrafiłam na Słowiano-aryjskie Wedy, starsze od Wed Hinduskich. Przyrzekłam sobie ze je przetłumaczę z języka rosyjskiego na polski i oto tej zimy zabrałam się za tą niełatwą, ale pasjonującą pracę.
Wciągnęło mnie z butami :)
Nie mogę się doczekać wieczorów, kiedy spokojnie mogę usiąść do tłumaczenia. Obórka z kopytnymi napojonymi grzaną woda i nakarmionymi wieczorną dawką owsa zamknięta, ostatnie wiadra wody przyniesione i wyniesione, można spokojnie, z kubkiem herbaty lub ziółek zabrać się za tłumaczenie.
Przetłumaczone teksty, jeśli ktoś interesuje się dziejami i kosmologią Słowian, można przeczytać na forum www.kodczasu.pl, w dziale o Słowianach.
Codziennie przybywają nowe odcinki.
Niech to będzie noworoczny prezent dla wszystkich zainteresowanych.
Wszystkiego Dobrego w Nowym Roku :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)