Zima trzyma się mocno. Dawno tak nie było, ze pierwszy zimowy śnieg utrzymuje się do końca sezonu. Po kilku dniach odwilży wrócił mróz. Nie jest wielki, ale wiosenne temperatury rozhartowują.
U mnie wielkie przemeblowanie i porządkowanie nie zamieszkałych kątów chaty. Po poprzednich właścicielach ciągle coś wyrzucam i wyrzucam, a za kilka dni jak odgruzuję spiżarnię z wiekowych "przydasi", przyjdą "chłopy" i przetargają wielką starą dębową szafę ze ślepej sieni do spiżarki. Tym sposobem odsłonią się drzwi do pokoju, a mały pokoik i duży pokój zyskają osobne wejścia.
Szafa w spiżarni otrzyma półki na przetwory.
Pracy jest od groma, a spiżarnia i ślepa sień są lodowate, bo nie ogrzewane i nieocieplone. Surowe belki, które trzeba będzie na świeżo obielić wapnem jak tylko mrozy się skończą.
Ostatnio kilka osób pytało mnie jak poradzić sobie z żylakami, więc na żylaki sposobów kilka.
Należy przy tym pamiętać, że sposób żywienia jest bardzo ważny, bo dostarcza organizmowi witamin, enzymów i składników mineralnych do odbudowy naczyń krwionośnych. Soki, surówki, owoce, zioła krzemionkowe, pyłek pszczeli.
Najlepiej stosować dietę rozłączną i unikać przetworzonej żywności i glutenu, by wspomóc oczyszczanie żył.
Jednym z efektywniejszych sposobów na żylaki jest czosnek z masłem. Zdarza się, że po miesiącu następuje wybitne zmniejszenie obrzmiałych żył, znika ból i dyskomfort.
Trzeba wziąć biały czosnek (koniecznie z białą skórką), utrzeć go na drobnej tarce i zmieszać na jednolitą masę z dwoma częściami krowiego masła. Takim mazidłem na noc smaruje się uwypuklone żyły i ich okolice, przykrywa się pergaminowym papierem (może być papier do pieczenia i zawija elastycznym bandażem, by utrzymać opatrunek i ciepło.
Rano umyć nogi, w ciągu dnia dbać by ich nie wyziębić.
Drugim sposobem, choć nie tak szybkim, są nocne okłady z plasterków zielonych pomidorów (przez cały sezon pomidorowy)
W niektórych domach na parapecie rośnie żyworódka pierzasta. Nalewkę z niej można zastosować do leczenia żylaków.
Aby wykonać nalewkę, trzeba wziąć umyte liście rośliny, włożyć do litrowego słoika, tak by wypełniły go do połowy i zalać do pełna 70% spirytusem.
Nalewka powinna stać w ciemnym miejscu 10-14 dni, po czym należy zlać ją do butelki.
Każdego wieczoru przed snem nacierać nogi i stopy nalewką. Ból znika już po pierwszej nocy.
Przy silnych i zaniedbanych żylakach czas leczenia wynosi ok. 4 miesięcy.
Jeszcze innym sposobem na żylaki, są okłady z utartych ziemniaków.
Umyć kilka kartofli, zetrzeć na tarce i tą papką nacierać i okładać nogi. Zdejmuje ból i zmniejsza stany zapalne.
Jeśli ktoś ma dostęp do korzeni mniszka lekarskiego: wykopać korzenie, umyć, oczyścić i zetrzeć na drobnej tarce. papkę zalać wodą i gotować na małym ogniu do uzyskania gęstej masy. Masę po przestudzeniu utrzeć ze świńskim sadłem lub smalcem 1:1, by uzyskać gęstą maść, którą przechowuje się w lodówce.
Maścią smarować na noc nogi, obłożyć pergaminem i owinąć bandażem elastycznym, dla utrzymania opatrunku. Rano zmyć.
Jeśli ktoś ma dostęp do ziela gwiazdnicy (rośnie od przedwiośnia do pierwszych śniegów, upierdliwy chwast działkowy, ogrodowy), może robić z niej okłady. Listki i gałązki gwiazdnicy są delikatne i miękkie, więc nawet bez rozdrabniania okłada się nimi chore miejsca, owija liściem łopianu lub kapusty. (Z liścia kapusty należy ściąć płasko gruby nerw i obić lekko tłuczkiem, lub przewałkować dla zmiękczenia wałkiem do ciasta, albo butelką), na to bandaż. Rano umyć.
Sposób nie jest najszybszy, ale skuteczny.
Można też wykonać mazidło do smarowania, ucierając gwiazdnicę ze smalcem, świńskim sadłem lub krowim masłem. Robić mazidło na dwa -trzy użycia, przechowywać w lodówce a potem znów wykonać świeże.
dobrym sposobem na żylaki jest nacieranie nóg octem jabłkowym. Z octu jabłkowego można robić również okłady. Przy kuracji octem jabłkowym, warto również wypijać na czczo napój z łyżeczki lub dwóch octu i łyżeczki miodu na szklankę ciepłej wody.
ocet powinien być domowy, albo z dobrego źródła.
Niedługo wiosna, zacznie się sezon na sok brzozowy i klonowy. Sok brzozowy warto zastosować dla oczyszczenia organizmu z zimowych złogów.
Na razie jednak tej wiosny nie widać. Palę w piecach, co sprawia mi ogromną przyjemność i nie zdążyło się jeszcze znudzić.
Odbijam sobie kaloryferowe lata patrząc jak ogień pożera polana, a podczerwień z żaru przenika ciało aż do kości.
poniedziałek, 18 lutego 2013
wtorek, 5 lutego 2013
Herbatka z Marszałka i chleb krasnoludów.
W okolicach przed-urodzinowych "zawiesił mi się procesor" , co jak zauważyłam jest żelazną regułą. Wszystko idzie na opak. Na dodatek ze ścianówki zamiast pachnącego chlebka, wyjęłam chleb krasnoludów, którym w razie potrzeby można wbić gwóźdź w ścianę, albo użyć jako podręcznej broni miotanej, o skuteczności zbliżonej do solidnej cegły.
Jeśli ktoś nie czytał książek Terry Pratcheta, pozwolę sobie przytoczyć cytat w pełni odzwierciedlający moje kuchenne dzieło:
" ...chleb krasnoludów był doprawdy cudowny: nikt nie cierpiał głodu, jeśli miał choć trochę chleba krasnoludów do uniknięcia.
Wystarczyło popatrzeć na niego przez chwilę, a natychmiast przychodziło człowiekowi do głowy mnóstwo innych rzeczy, które wolałby zjeść. Własne buty, na przykład. Góry. Owce na surowo. Swoje stopy".
i jeszcze jeden cytat: "- A to co?! - zawołała niania Ogg, wyjmując nieduży pakunek. Rozwinęła papier i pokazała koleżankom kilka twardych brązowych krążków.
- Coś podobnego - zdziwiła się babcia Weatherwax. - Wycofuję wszystkie zarzuty. To przecież słynny chleb krasnoludów. Nie dają go byle komu.
Niania postukała chlebem o burtę łódki. Wydał dźwięk bardzo podobny do tego, który wydaje drewniana linijka upuszczona na blat biurka: rodzaj głuchego „boioioing”.
- Podobno nigdy nie czerstwieje, nawet przez lata - stwierdziła babcia.
- I podtrzymuje siły całymi dniami - dodała niania.
Magrat wzięła jeden z płaskich bochenków, spróbowała rozłamać go na pół i zrezygnowała.
- To się je? - spytała.
- Nie przypuszczam, żeby był przeznaczony do jedzenia - uznała niania. - Raczej do......
- Do podtrzymywania sił - podpowiedziała babcia".
No to teraz dla podtrzymania sił w zimie i uzupełnienia naturalnej witaminy C, P i A, należy udać się do pobliskiego zagajnika i wrócić do domu z garścią świeżych, najmłodszych gałązek sosny lub innego iglastego drzewa (oprócz jałowca i cisu, bo można sobie krzywdę zrobić). Igliwie drzew o tej porze ma największą zawartość witaminy C 150-250mg/100g. herbatka z niego jest wzmacniająca, dobrze działa przy przeziębieniach, bo obniża gorączkę, działa napotnie, wykrztuśnie.
Olejki eteryczne drzew iglastych uspokajają, poprawiają samopoczucie i odkażają. łagodzą stany zapalne.
Można herbatkę popijać przy reumatyzmie, problemach z woreczkiem żółciowym, kamicy moczowej, obrzękach, przy osłabieniu, chorobach z przeziębienia, lub prosto dla przyjemności, spoglądając na chleb krasnoludów.
Przepis na herbatkę:
Łyżkę lub dwie igliwia zalać szklanką wrzątku, pozwolić naciągnąć pod przykryciem przez pół godziny, po czym przecedzić, podgrzać i wypić. Smaczniejsza i skuteczniejsza jest po dodaniu plasterków cytryny i osłodzeniu miodem.
Takich herbatek można wypić trzy do pięciu w ciągu dnia, w zależności od ich esencjonalności.
U mnie środek podwórza zajmuje świerk o imieniu Marszałek i z jego to zwisających łapek zaparzam wspomnianą wyżej herbatkę.
I czekam.
Czekam na wiosenne ruszenie soków w brzozach i klonach.
Jeśli ktoś nie czytał książek Terry Pratcheta, pozwolę sobie przytoczyć cytat w pełni odzwierciedlający moje kuchenne dzieło:
" ...chleb krasnoludów był doprawdy cudowny: nikt nie cierpiał głodu, jeśli miał choć trochę chleba krasnoludów do uniknięcia.
Wystarczyło popatrzeć na niego przez chwilę, a natychmiast przychodziło człowiekowi do głowy mnóstwo innych rzeczy, które wolałby zjeść. Własne buty, na przykład. Góry. Owce na surowo. Swoje stopy".
i jeszcze jeden cytat: "- A to co?! - zawołała niania Ogg, wyjmując nieduży pakunek. Rozwinęła papier i pokazała koleżankom kilka twardych brązowych krążków.
- Coś podobnego - zdziwiła się babcia Weatherwax. - Wycofuję wszystkie zarzuty. To przecież słynny chleb krasnoludów. Nie dają go byle komu.
Niania postukała chlebem o burtę łódki. Wydał dźwięk bardzo podobny do tego, który wydaje drewniana linijka upuszczona na blat biurka: rodzaj głuchego „boioioing”.
- Podobno nigdy nie czerstwieje, nawet przez lata - stwierdziła babcia.
- I podtrzymuje siły całymi dniami - dodała niania.
Magrat wzięła jeden z płaskich bochenków, spróbowała rozłamać go na pół i zrezygnowała.
- To się je? - spytała.
- Nie przypuszczam, żeby był przeznaczony do jedzenia - uznała niania. - Raczej do......
- Do podtrzymywania sił - podpowiedziała babcia".
No to teraz dla podtrzymania sił w zimie i uzupełnienia naturalnej witaminy C, P i A, należy udać się do pobliskiego zagajnika i wrócić do domu z garścią świeżych, najmłodszych gałązek sosny lub innego iglastego drzewa (oprócz jałowca i cisu, bo można sobie krzywdę zrobić). Igliwie drzew o tej porze ma największą zawartość witaminy C 150-250mg/100g. herbatka z niego jest wzmacniająca, dobrze działa przy przeziębieniach, bo obniża gorączkę, działa napotnie, wykrztuśnie.
Olejki eteryczne drzew iglastych uspokajają, poprawiają samopoczucie i odkażają. łagodzą stany zapalne.
Można herbatkę popijać przy reumatyzmie, problemach z woreczkiem żółciowym, kamicy moczowej, obrzękach, przy osłabieniu, chorobach z przeziębienia, lub prosto dla przyjemności, spoglądając na chleb krasnoludów.
Przepis na herbatkę:
Łyżkę lub dwie igliwia zalać szklanką wrzątku, pozwolić naciągnąć pod przykryciem przez pół godziny, po czym przecedzić, podgrzać i wypić. Smaczniejsza i skuteczniejsza jest po dodaniu plasterków cytryny i osłodzeniu miodem.
Takich herbatek można wypić trzy do pięciu w ciągu dnia, w zależności od ich esencjonalności.
U mnie środek podwórza zajmuje świerk o imieniu Marszałek i z jego to zwisających łapek zaparzam wspomnianą wyżej herbatkę.
I czekam.
Czekam na wiosenne ruszenie soków w brzozach i klonach.
piątek, 25 stycznia 2013
Remanenty zdarzeń
Swojego czasu, żeby utrzymać mieszkanie i dwójkę małych dzieci, sprzedawałam książki.
Pamiętam moje przerażenie faktem, ze ja coś mam sprzedać proponując coś komuś bezpośrednio i tylko fakt, ze to były dobre KSIĄŻKI, sprawił, że nie uciekłam od razu pierwszego dnia, a potem wytrwałam w korporacji prawie trzy lata, pracując po 12 godzin dziennie, ciągle na biegu, schody, ulice, biura, zakłady pracy, szkoły, łącznie z sobotami, a czasem i w niedziele na giełdzie samochodowej.
Podeszwy chińskich trampek przecierały się w takim tempie, ze czasem w deszczowe dni, zostawiałam na korytarzach ślady bosych palców. To była ciężka harówka, bieganie cały dzień z kilkunasto-kilogramowym pudłem książek.
Wyrobiły mi się takie mięśnie i kondycja, ze niech się fitness schowa. Nigdy nie korzystałam z wind. cztery, siedem czy dziewięć pięter z obciążeniem na samą górę i dopiero schodząc w dół, zaczynałam sprzedaż.
Tak się działało, z powodu urzędniczych strażników, pilnujących, aby sprzedawcy nie mogli wejść. Windy były obserwowane.
Wtedy to odkryłam niewidzialność. Tak, dobrze widzicie ;)
W te lata nauczyłam się, a raczej odkryłam taką potencjalność w sobie i rozwinęłam ją z powodów praktycznych.
Idąc po tych schodach na najwyższe piętro, albo długim biurowym korytarzem, stawałam się widzialna dla idącego naprzeciw człowieka dopiero w czasie mijania. Reakcje były niesamowite, łącznie z podskokiem, łapaniem się za serce i wydawaniem urywanego wrzasku :), a potem nieskładne tłumaczenie, ze przecież mnie tu wcześniej nie było.
Zamyślił się pan/pani, odpowiadałam, to dlatego nie byłam zauważona. Bo co miałam odpowiedzieć?
Była to umiejętność bardzo praktyczna w spotkaniach z kontrolerami w komunikacji miejskiej. Często rano nie miałam na bilet (dom wysysał wczorajszy zarobek), a kilka kilometrów piechotą do swojego rejonu pracy, zabierały czas i siłę.
Kontrolerzy rozglądając się pilnie, przechodzili obok mnie, a przy sprawdzaniu wysiadających, sięgali po następną po mnie osobę.
Ja nie istniałam.
Innym ćwiczeniem, było wyczuwanie. Idąc np. korytarzem urzędu, trzeba było się stopić z całym piętrem i wtedy zawsze się wiedziało, czy za drzwiami ktoś jest, czy pomieszczenie pomimo tabliczek jest puste i zamknięte. Oszczędzało to czas, ale i tak pukałam, by potwierdzić swoją perfekcję.
Niezliczone dary otrzymałam od tej ciężkiej, wyczerpującej pracy.
Nauczyłam się słuchać ludzi. i to spowodowało, ze zaczęłam rozumieć innych i wyrosła we mnie akceptacja totalna.
Przestałam odczuwać potrzebę oceniania i porównywania kogokolwiek.
Przestałam sprzedawać książki, a zaczęłam rozmawiać z ludźmi. Nie wiem co w tym jest, ale ludzie których poznawałam podczas pracy, często zaczepiali mnie potem na ulicy, pytając kiedy do nich przyjdę i czemu mnie tak dawno nie było.
Książki znikały sobie z mojego pudełka same, trafiając spokojnie do tych którzy ich potrzebowali.
Nauczyłam się wyrzucać z głowy korporacyjne szkolenia na miejskiego szczura, natychmiast po ich ukończeniu.
Nauczyłam się całkowicie skupiać na tym co robię i na osobie z którą rozmawiam i tak odkryłam istnienie TERAZ.
I jeszcze o wiele, wiele więcej.
Czas zatoczył koło. Dziś przystępuję do programu partnerskiego e-księgarni Złote Myśli
Książki :)
Oczywiście tylko takie, które przydadzą się w domowym ziołolecznictwie, oraz w nauczeniu się wpływania umysłem na poprawę zdrowia.
A sekret niewidzialności? Nie jest żadnym sekretem. To wewnętrzna cisza.
Jeśli w twoim umyśle zapanuje spokój i idealna cisza, inne umysły nie odbiorą jego istnienia, a wtedy fakt twojej fizycznej powłoki nie zostaje dopuszczony do ich percepcji. Przestajesz być widzialny. Ot i wszystko.
Pamiętam moje przerażenie faktem, ze ja coś mam sprzedać proponując coś komuś bezpośrednio i tylko fakt, ze to były dobre KSIĄŻKI, sprawił, że nie uciekłam od razu pierwszego dnia, a potem wytrwałam w korporacji prawie trzy lata, pracując po 12 godzin dziennie, ciągle na biegu, schody, ulice, biura, zakłady pracy, szkoły, łącznie z sobotami, a czasem i w niedziele na giełdzie samochodowej.
Podeszwy chińskich trampek przecierały się w takim tempie, ze czasem w deszczowe dni, zostawiałam na korytarzach ślady bosych palców. To była ciężka harówka, bieganie cały dzień z kilkunasto-kilogramowym pudłem książek.
Wyrobiły mi się takie mięśnie i kondycja, ze niech się fitness schowa. Nigdy nie korzystałam z wind. cztery, siedem czy dziewięć pięter z obciążeniem na samą górę i dopiero schodząc w dół, zaczynałam sprzedaż.
Tak się działało, z powodu urzędniczych strażników, pilnujących, aby sprzedawcy nie mogli wejść. Windy były obserwowane.
Wtedy to odkryłam niewidzialność. Tak, dobrze widzicie ;)
W te lata nauczyłam się, a raczej odkryłam taką potencjalność w sobie i rozwinęłam ją z powodów praktycznych.
Idąc po tych schodach na najwyższe piętro, albo długim biurowym korytarzem, stawałam się widzialna dla idącego naprzeciw człowieka dopiero w czasie mijania. Reakcje były niesamowite, łącznie z podskokiem, łapaniem się za serce i wydawaniem urywanego wrzasku :), a potem nieskładne tłumaczenie, ze przecież mnie tu wcześniej nie było.
Zamyślił się pan/pani, odpowiadałam, to dlatego nie byłam zauważona. Bo co miałam odpowiedzieć?
Była to umiejętność bardzo praktyczna w spotkaniach z kontrolerami w komunikacji miejskiej. Często rano nie miałam na bilet (dom wysysał wczorajszy zarobek), a kilka kilometrów piechotą do swojego rejonu pracy, zabierały czas i siłę.
Kontrolerzy rozglądając się pilnie, przechodzili obok mnie, a przy sprawdzaniu wysiadających, sięgali po następną po mnie osobę.
Ja nie istniałam.
Innym ćwiczeniem, było wyczuwanie. Idąc np. korytarzem urzędu, trzeba było się stopić z całym piętrem i wtedy zawsze się wiedziało, czy za drzwiami ktoś jest, czy pomieszczenie pomimo tabliczek jest puste i zamknięte. Oszczędzało to czas, ale i tak pukałam, by potwierdzić swoją perfekcję.
Niezliczone dary otrzymałam od tej ciężkiej, wyczerpującej pracy.
Nauczyłam się słuchać ludzi. i to spowodowało, ze zaczęłam rozumieć innych i wyrosła we mnie akceptacja totalna.
Przestałam odczuwać potrzebę oceniania i porównywania kogokolwiek.
Przestałam sprzedawać książki, a zaczęłam rozmawiać z ludźmi. Nie wiem co w tym jest, ale ludzie których poznawałam podczas pracy, często zaczepiali mnie potem na ulicy, pytając kiedy do nich przyjdę i czemu mnie tak dawno nie było.
Książki znikały sobie z mojego pudełka same, trafiając spokojnie do tych którzy ich potrzebowali.
Nauczyłam się wyrzucać z głowy korporacyjne szkolenia na miejskiego szczura, natychmiast po ich ukończeniu.
Nauczyłam się całkowicie skupiać na tym co robię i na osobie z którą rozmawiam i tak odkryłam istnienie TERAZ.
I jeszcze o wiele, wiele więcej.
Czas zatoczył koło. Dziś przystępuję do programu partnerskiego e-księgarni Złote Myśli
Książki :)
Oczywiście tylko takie, które przydadzą się w domowym ziołolecznictwie, oraz w nauczeniu się wpływania umysłem na poprawę zdrowia.
A sekret niewidzialności? Nie jest żadnym sekretem. To wewnętrzna cisza.
Jeśli w twoim umyśle zapanuje spokój i idealna cisza, inne umysły nie odbiorą jego istnienia, a wtedy fakt twojej fizycznej powłoki nie zostaje dopuszczony do ich percepcji. Przestajesz być widzialny. Ot i wszystko.
piątek, 11 stycznia 2013
Wciągnęło z butami....
Dzisiaj znowu posypało białym śnieżkiem, ale ciepło jest. Zaledwie 1-2 stopnie na minus, więc w domu dobra temperatura.
Blaszany dach jest nieocieplony, a w wielu miejscach wykruszona cieniutka polepa na podłodze strychu, w duże mrozy nie dawała ochrony domowi. W przynoszonych do kuchni wiadrach wody, do rana pływały kawałki lodu. Kicia ukochała piec i tekturowe pudełko stawiane dla niej przy drzwiczkach paleniska.
Rok temu natrafiłam na Słowiano-aryjskie Wedy, starsze od Wed Hinduskich. Przyrzekłam sobie ze je przetłumaczę z języka rosyjskiego na polski i oto tej zimy zabrałam się za tą niełatwą, ale pasjonującą pracę.
Wciągnęło mnie z butami :)
Nie mogę się doczekać wieczorów, kiedy spokojnie mogę usiąść do tłumaczenia. Obórka z kopytnymi napojonymi grzaną woda i nakarmionymi wieczorną dawką owsa zamknięta, ostatnie wiadra wody przyniesione i wyniesione, można spokojnie, z kubkiem herbaty lub ziółek zabrać się za tłumaczenie.
Przetłumaczone teksty, jeśli ktoś interesuje się dziejami i kosmologią Słowian, można przeczytać na forum www.kodczasu.pl, w dziale o Słowianach.
Codziennie przybywają nowe odcinki.
Niech to będzie noworoczny prezent dla wszystkich zainteresowanych.
Wszystkiego Dobrego w Nowym Roku :)
Blaszany dach jest nieocieplony, a w wielu miejscach wykruszona cieniutka polepa na podłodze strychu, w duże mrozy nie dawała ochrony domowi. W przynoszonych do kuchni wiadrach wody, do rana pływały kawałki lodu. Kicia ukochała piec i tekturowe pudełko stawiane dla niej przy drzwiczkach paleniska.
Rok temu natrafiłam na Słowiano-aryjskie Wedy, starsze od Wed Hinduskich. Przyrzekłam sobie ze je przetłumaczę z języka rosyjskiego na polski i oto tej zimy zabrałam się za tą niełatwą, ale pasjonującą pracę.
Wciągnęło mnie z butami :)
Nie mogę się doczekać wieczorów, kiedy spokojnie mogę usiąść do tłumaczenia. Obórka z kopytnymi napojonymi grzaną woda i nakarmionymi wieczorną dawką owsa zamknięta, ostatnie wiadra wody przyniesione i wyniesione, można spokojnie, z kubkiem herbaty lub ziółek zabrać się za tłumaczenie.
Przetłumaczone teksty, jeśli ktoś interesuje się dziejami i kosmologią Słowian, można przeczytać na forum www.kodczasu.pl, w dziale o Słowianach.
Codziennie przybywają nowe odcinki.
Niech to będzie noworoczny prezent dla wszystkich zainteresowanych.
Wszystkiego Dobrego w Nowym Roku :)
poniedziałek, 10 grudnia 2012
Pieczenie w ścianówce
Ewa z Kresowej Zagrody podpowiedziała mi, jak można wykorzystać do pieczenia piec ścianowy, w naszym regionie zwany ogrzewalnikiem.
Oczka mi się zaświeciły na taką wiadomość, podkarmiłam zakwas żytni i wczoraj zrobiłam zaczyn.
Dziś rano nie wyszłam tupać na mrozie, żeby kupić chleb w sklepie objazdowym, tylko zagniotłam ciasto pszenno-żytnie na pierwszy eksperymentalny wypiek.
Trochę się obawiałam, czy wceluję z wyrośniętymi bułeczkami na czas dogaszania żaru w palenisku pieca, no ale początkujący mają szczęście ;)
Znalazłam nawet odpowiednie naczynie, ciężką żeliwną patelenkę z dnem wytłaczanym w drobną krateczkę.
Palenisko jest wąskie i to jedyne naczynie które się w nim mieści. Nie da rady postawić go na ruszcie paleniska, ale udało się znaleźć występy w bokach, na których daje się naczynie "powiesić" wewnątrz pieca.
Bułeczki wyszły wspaniale. Ta chrupiąca skórka jak za dawnych czasów, Bogowie :)
Miąższ puszysty, ale konkretny i sycący od żytniej mąki.
Wystarczyło na kolację i będzie na śniadanie, a nowy zaczyn już pracuje na jutrzejszy wypiek.
Zielone elektryczne pudło do pieczenia niech sobie dalej spokojnie śpi w spiżarce, bo w piecu ścianowym można upiec i chleb i ciasto i pizzę.
Dzięki Ewo :)
sobota, 8 grudnia 2012
Śnieg i mróz
Mróz i śnieg zawitał także na mój prywatny Koniec Świata.
Kozie dzieci Piorun i Lala, porosły grubą sierścią i przypominają małe kudłate owce. Dwa razy dziennie kozy dostają do picia wodę grzaną w wiadrze na kuchennym piecu. Objedzone suchą karmą piją jak smoki.
Bazia wyraźnie nie lubi Lali i przegania ją od jedzenia smakołyków typu obierki warzyw, marchew i jablka. Przy byle okazji próbuje ją zdzielić rogami. Dla Pioruna jest łaskawa.
Lala jest przez to płochliwa i oswajam ją przy wydzielonej porcji owsa. Łakomstwo przeważa i zaczyna pozwalać na takie poufałości.
Piorunowi urosły zawiązki na łebku, ale różki się nie rozwinęły i tak już chyba zostanie. Lala jest rogata.
Mróz nocami jest solidny, do minus kilkunastu stopni, więc muszę uważać, by nie zamarzł mi kran podwórkowy, jedyne źródło wody. Jest dobrze zaopatrzony, ale musi z niego mocno kapać cały czas, inaczej zamarznie.
Stało się tak wczorajszej nocy, gdy ustawiłam za mały przepływ wody. Latałam rano z czajnikami gorącej wody i polewałam rurę, by odmarzła. Tym razem udało się.
Kicia Baśka to jednak piecuch. Wychodzi na dwie minuty i krzyczy pod drzwiami. Uparłam się nauczyć ją wychodzić i zabieram przewieszoną przez ramię do drewutni. Tam ją wypuszczam, nakładam drewno do koszyka i wracamy. Ona oczywiście już na piechotę- szybko, szybciutko, galopkiem, żeby jak najmniej dotykać śniegu :)
Nie zainstalowałam jej tez na zimę kuwety w domu, ryzykując straszliwie. Kto ma koty, ten wie o czym mówię ;)
Dziś nastąpił przełom. Sama poprosiła o wypuszczenie z domu i nie było jej całe 20 minut. Wróciła z ogniście czerwonym nosem, ale zadowolona, wyczyściła miskę do dna i.... przylepiła się do pieca.
PKS skasował autobus, którym można było rano wyjechać z mojej wioski w stronę prawdziwszej cywilizacji, czyli dotrzeć do Wojsławic, miejsca z którego jest połączenie z miastem wojewódzkim, oraz środowy targ.
Został jeden autobus, którym można dojechać jedynie do gminy, a to jest akurat w odwrotna stronę, a stamtąd tylko połączenie z powiatowym Zamościem.
Jesienią padł tez Krasnystawski PKS.
W tym roku zlikwidowano szkołę podstawową we wsi i codziennie dzieciaki zmarznietymi grupkami oczekują na szkolny autobus, odwożący je do szkoły zbiorczej w gminie, gdzie gniotą się w przepełnionych klasach. Cywilizacja zwija się jak dywanik po uroczystościach.
Sklepu u nas nie ma. Jest sklepik objazdowy, co jest fajne latem. Przy drodze są poustawiane drewniane ławeczki i zbiera się rozgadane towarzystwo oczekujące na zakupy, z towarzyszącymi psami i kotami. Sklepowy samochód trąbi z daleka, z popławskiej górki, żeby spóźnialscy zdążyli na czas.
Teraz tupiemy w śniegu i mrozie dla rozgrzewki, a sklep spóźnia się czasem prawie godzinę bo droga wyślizgana i pełna zdradliwych dziur.
W sklepie kupuję tylko chleb raz na trzy dni, rzadko coś więcej. Może warto zacząć piec w domu?
Mój piec kuchenny nie posiada piekarnika. Jest piekarnik elektryczny, wielkie zielone pudło w spiżarce.
Pewnie czas je wypróbować.
Lubie tą aktywność na mroźnym zimowym powietrzu i czystą biel śniegu, z wydeptanymi scieżkami. Noszenie wody, drewna, siana ze stodoły dla zwierzaków, ciepło od pieców w domu, gotowanie na ogniu.
Luksus miejskiej ogrzanej kaloryferami klatki, wypada przy tym anemicznie.
Kozie dzieci Piorun i Lala, porosły grubą sierścią i przypominają małe kudłate owce. Dwa razy dziennie kozy dostają do picia wodę grzaną w wiadrze na kuchennym piecu. Objedzone suchą karmą piją jak smoki.
Bazia wyraźnie nie lubi Lali i przegania ją od jedzenia smakołyków typu obierki warzyw, marchew i jablka. Przy byle okazji próbuje ją zdzielić rogami. Dla Pioruna jest łaskawa.
Lala jest przez to płochliwa i oswajam ją przy wydzielonej porcji owsa. Łakomstwo przeważa i zaczyna pozwalać na takie poufałości.
Piorunowi urosły zawiązki na łebku, ale różki się nie rozwinęły i tak już chyba zostanie. Lala jest rogata.
Mróz nocami jest solidny, do minus kilkunastu stopni, więc muszę uważać, by nie zamarzł mi kran podwórkowy, jedyne źródło wody. Jest dobrze zaopatrzony, ale musi z niego mocno kapać cały czas, inaczej zamarznie.
Stało się tak wczorajszej nocy, gdy ustawiłam za mały przepływ wody. Latałam rano z czajnikami gorącej wody i polewałam rurę, by odmarzła. Tym razem udało się.
Kicia Baśka to jednak piecuch. Wychodzi na dwie minuty i krzyczy pod drzwiami. Uparłam się nauczyć ją wychodzić i zabieram przewieszoną przez ramię do drewutni. Tam ją wypuszczam, nakładam drewno do koszyka i wracamy. Ona oczywiście już na piechotę- szybko, szybciutko, galopkiem, żeby jak najmniej dotykać śniegu :)
Nie zainstalowałam jej tez na zimę kuwety w domu, ryzykując straszliwie. Kto ma koty, ten wie o czym mówię ;)
Dziś nastąpił przełom. Sama poprosiła o wypuszczenie z domu i nie było jej całe 20 minut. Wróciła z ogniście czerwonym nosem, ale zadowolona, wyczyściła miskę do dna i.... przylepiła się do pieca.
PKS skasował autobus, którym można było rano wyjechać z mojej wioski w stronę prawdziwszej cywilizacji, czyli dotrzeć do Wojsławic, miejsca z którego jest połączenie z miastem wojewódzkim, oraz środowy targ.
Został jeden autobus, którym można dojechać jedynie do gminy, a to jest akurat w odwrotna stronę, a stamtąd tylko połączenie z powiatowym Zamościem.
Jesienią padł tez Krasnystawski PKS.
W tym roku zlikwidowano szkołę podstawową we wsi i codziennie dzieciaki zmarznietymi grupkami oczekują na szkolny autobus, odwożący je do szkoły zbiorczej w gminie, gdzie gniotą się w przepełnionych klasach. Cywilizacja zwija się jak dywanik po uroczystościach.
Sklepu u nas nie ma. Jest sklepik objazdowy, co jest fajne latem. Przy drodze są poustawiane drewniane ławeczki i zbiera się rozgadane towarzystwo oczekujące na zakupy, z towarzyszącymi psami i kotami. Sklepowy samochód trąbi z daleka, z popławskiej górki, żeby spóźnialscy zdążyli na czas.
Teraz tupiemy w śniegu i mrozie dla rozgrzewki, a sklep spóźnia się czasem prawie godzinę bo droga wyślizgana i pełna zdradliwych dziur.
W sklepie kupuję tylko chleb raz na trzy dni, rzadko coś więcej. Może warto zacząć piec w domu?
Mój piec kuchenny nie posiada piekarnika. Jest piekarnik elektryczny, wielkie zielone pudło w spiżarce.
Pewnie czas je wypróbować.
Lubie tą aktywność na mroźnym zimowym powietrzu i czystą biel śniegu, z wydeptanymi scieżkami. Noszenie wody, drewna, siana ze stodoły dla zwierzaków, ciepło od pieców w domu, gotowanie na ogniu.
Luksus miejskiej ogrzanej kaloryferami klatki, wypada przy tym anemicznie.
poniedziałek, 26 listopada 2012
Wykopaliska
Pogoda mniej więcej dopisuje, jest ciepło jak na warunki końca listopada, czyli kilka stopni na plusie.
Jak się pracuje, chłodu zupełnie nie czuć.
Uporządkowałam już drewniany garaż i dalsze rejony podwórza. wyszło z tego ze 200 kg zardzewiałego złomu i nieokreślona, ale lekko przerażająca ilość szmat, worków foliowych, szkła, pojemników z przepracowanym olejem, pojemników nie wiadomo po czym, starych dętek i opon, lemieszy od pługa itd. Jedyna sensowna rzecz jaka się tam znalazła, to sprawny podnośnik.
Według umowy, śmieciarze zabierają śmieci raz na miesiąc, w ilości jednego czarnego worka- na niesegregowane odpady i jednego kolorowego na plastik lub szkło.
Plastik lub szkło co drugi miesiąc. Szkło umyte ma być :)
:/
A ja mam tego górę.
Zabrałam się dziś za część stodoły, która jest użytkowana jako drewutnia.
Stare torby ze zbutwiałymi ubraniami roboczymi, na wpół zasypane szczątkami drewna wory foliowe, rozbita szyba która trzeba było dokładnie wyzbierać z kawałków rozkładającego się drewna, kolekcje starych butów, od walonek po sparciałe letnie klapki, wiekowe rozsypujące się konstrukcje drewniane, które zjadł czas, wszechobecny złośliwy syntetyczny sznurek, oplatający je, mocniejszy od zardzewiałych gwoździ, przysypane zbutwiałymi trocinami zetlałe polana, plastikowe butelki po napojach, oraz tak samo jak w obejściu i w garażu, opakowania po lekach. Butelki, buteleczki, na wpół zużyte listki tabletek w złożach próchna. Wszędzie porozwieszana stara fasola w pęczkach i słoiki, słoiczki których strach otwierać, zardzewiałe nakrętki, stara antena wysoko, poza moim zasięgiem, a pod samym dachem- wypchana sowa ze szklanym, czujnym okiem.
Wykopaliska
Wynoszę wszystko pod ogrodzenie. Urosła góra, a czeka mnie jeszcze reszta stodoły.
Zaszedł sąsiad i pyta: A co pani z tym wszystkim zrobi?
Nie wiem, odpowiadam ja.
Spalić - doradza.
Jak to, spalić, będzie śmierdziało.
Zawsze śmierdzi, odpowiada. Wszyscy palą, bo co z tym robić.
Zużyłam za szybo transfer internetowy na ten miesiąc, więc od kilku dni zalogowanie się na bloga, pocztę czy przeczytanie czegokolwiek w necie, wymaga mniej więcej 10-minutowej cierpliwości na każda czynność .
Poczekać na stronę 10 min, wczytanie strony logowania, to samo. Potem po wpisaniu hasła czekamy :), następnie wybranie wpisania posta, potem wysłanie posta, wejście na komentarze, żeby odpowiedzieć i tak dalej.
Doładowałam neta i wpisałam kod przyspieszający odnowienie transferu, ale zwrotnie otrzymałam wiadomość: "Problem techniczny. Przepraszamy"
Więc jeszcze z siedem dni tak będzie.
Jak się pracuje, chłodu zupełnie nie czuć.
Uporządkowałam już drewniany garaż i dalsze rejony podwórza. wyszło z tego ze 200 kg zardzewiałego złomu i nieokreślona, ale lekko przerażająca ilość szmat, worków foliowych, szkła, pojemników z przepracowanym olejem, pojemników nie wiadomo po czym, starych dętek i opon, lemieszy od pługa itd. Jedyna sensowna rzecz jaka się tam znalazła, to sprawny podnośnik.
Według umowy, śmieciarze zabierają śmieci raz na miesiąc, w ilości jednego czarnego worka- na niesegregowane odpady i jednego kolorowego na plastik lub szkło.
Plastik lub szkło co drugi miesiąc. Szkło umyte ma być :)
:/
A ja mam tego górę.
Zabrałam się dziś za część stodoły, która jest użytkowana jako drewutnia.
Stare torby ze zbutwiałymi ubraniami roboczymi, na wpół zasypane szczątkami drewna wory foliowe, rozbita szyba która trzeba było dokładnie wyzbierać z kawałków rozkładającego się drewna, kolekcje starych butów, od walonek po sparciałe letnie klapki, wiekowe rozsypujące się konstrukcje drewniane, które zjadł czas, wszechobecny złośliwy syntetyczny sznurek, oplatający je, mocniejszy od zardzewiałych gwoździ, przysypane zbutwiałymi trocinami zetlałe polana, plastikowe butelki po napojach, oraz tak samo jak w obejściu i w garażu, opakowania po lekach. Butelki, buteleczki, na wpół zużyte listki tabletek w złożach próchna. Wszędzie porozwieszana stara fasola w pęczkach i słoiki, słoiczki których strach otwierać, zardzewiałe nakrętki, stara antena wysoko, poza moim zasięgiem, a pod samym dachem- wypchana sowa ze szklanym, czujnym okiem.
Wykopaliska
Wynoszę wszystko pod ogrodzenie. Urosła góra, a czeka mnie jeszcze reszta stodoły.
Zaszedł sąsiad i pyta: A co pani z tym wszystkim zrobi?
Nie wiem, odpowiadam ja.
Spalić - doradza.
Jak to, spalić, będzie śmierdziało.
Zawsze śmierdzi, odpowiada. Wszyscy palą, bo co z tym robić.
Zużyłam za szybo transfer internetowy na ten miesiąc, więc od kilku dni zalogowanie się na bloga, pocztę czy przeczytanie czegokolwiek w necie, wymaga mniej więcej 10-minutowej cierpliwości na każda czynność .
Poczekać na stronę 10 min, wczytanie strony logowania, to samo. Potem po wpisaniu hasła czekamy :), następnie wybranie wpisania posta, potem wysłanie posta, wejście na komentarze, żeby odpowiedzieć i tak dalej.
Doładowałam neta i wpisałam kod przyspieszający odnowienie transferu, ale zwrotnie otrzymałam wiadomość: "Problem techniczny. Przepraszamy"
Więc jeszcze z siedem dni tak będzie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)