niedziela, 29 lipca 2012

In - Forma - cja

Informacja
In - Formacja
I-Nowa -Forma-cja

Świat wydaje się stały, a jednak jest In-formacyjny, formujący się w każdym ułamku sekundy na nowo, by być odebranym przez nasze zaprogramowane wybiórczo receptory  jako niezmienny, wręcz nudny i banalny.

Naukowcy szukają odmiennych cywilizacji w gwiazdach za pomocą teleskopów i wymyślnych urządzeń,  zastanawiając się swoją wyostrzoną na brzytwę połową mózgu: za pomocą jakiego języka znaków, dźwięków, zerojedynkowych przedszkolnych ludzików, powiedzieć tym niewyobrażalnie obcym istotom  "Helloł Wasza, tu jest Nasza, mapa i klucz do chata"
i tym samym z pomocą -In-Formacji, przeformować, zmienić naszą rzeczywistość, z przewidywalnoscią skutków jak w ruskiej ruletce.

komunikat dla Obcych wysłany z  radioteleskopu w Arecibo

Powodowani szaleństwem chłodnego rozumu, rzucają w otchłań kosmosu sondy z pismem obrazkowym na złoconych płytkach, jak dawniej morscy rozbitkowie rzucali w morze butelki z kartkami, licząc na uwolnienie z obcych atoli...

Kroją żaby na kawałki, aby schwytać cud jakim jest życie  znajdując tylko chemię i śmierć

Szukając Boga rozbijają atom na kawałki w Wielkim Zderzaczu Hadronów i znajdują tylko paradoks.

Na Ziemi jest mnóstwo obcych dla człowieka cywilizacji, o odmiennych od nas kształtach, językach, i sposobach percepcji.
Kiedyś były powszechnie znane i szanowane, a z niektórymi nawiązywano cenne stosunki przyjaźni, wymiany energii i ochrony.

Otwórz Oczy I Patrz

Świat jest elektryczno-magnetyczny i magiczny (mag-netyczny mag-iczny)
In-Formacja jest elektryczno-magnetyczna i podlega  Ś-Wiadomości (Się-Wiadomości) tworząc Mat-erię Matkę-matrycę dla Eterii -Eteru,

Bądź Ś-Wiadomy (Się-Wiadomy, Siebie-wiadomy)

I kochaj swój język, bo to najstarszy język naszego świata,  język Wiedzy - Wedy

sobota, 21 lipca 2012

Trzy...Dwa.. ...Jeden..... .. ZONK :)


Czarna Franka przywieziona z brzuchem jak wielki balon, podejrzeniem o trojaczki i terminem porodu na pierwszą połowę lipca, jest bardzo żywą sympatyczną szczupłą kózką.
Im bliżej terminu "porodu" tym brzuszek był mniejszy, a nasze miny coraz mniej pewne siebie. Z trojaczków zostały bliźniaki, potem może jedno...ale jeśli już to jakieś małe, kociak jakiś.....a potem wg porady pani Ali, zrobiłyśmy "test ciążowy", poprzez zagotowanie swieżo udojonego mleka Franki. Mleko z siarą, przed porodem (a termin już minął) powinno się zwarzyć.  Nie zwarzyło się. Nie będzie kozich dzieci :)
Śmiałyśmy się do łez.
Domniemana ciąża prawdopodobnie była wynikiem wzdęcia pokarmowego, w wyniku karmienia przez poprzedniego wlaściciela zaparzoną, koszoną na zapas zielonką.
Na świeżo koszonej karmie, owsie i gałęziach które kozy chetnie zjadają, France stopniowo  ustąpił rozdęty brzuch, a Bazia przestała mieć biegunki, polegiwać, wyrywa się do jedzenia, choć wcześniej często nie chciała nic jeść, nawet owsa, na widok którego teraz wytańcowuje radosną niecierpliwość.

sobota, 7 lipca 2012

Ogród w lipcu



Zdjęcia z ogrodu

 Pomidory. 
 

 

 Marchew siana na przemian z cebulą. Robię tak zawsze. Cebula odstrasza połyśnicę marchwiankę, a marchew zniechęca śmietkę cebulankę. Rośliny są wyraźnie zdrowsze w swoim towarzystwie.

piątek, 6 lipca 2012

Jest upalnie

Od kilku dni upał śródziemnomorski, ponad 30 stopni, nieruchome powietrze. Dziś ruszył się rześki wiaterek i stało się znośnie.
Poszłam do ogrodu zobaczyć czy da się już podebrać nieco ziemniaczków spod krzaków. Dało się :)
Na obiad więc dzisiaj młode świeżutkie ziemniaki, biała rzodkiew (taka podłużna jak sopel lodu) ze szczypiorem i śmietaną, koperek do ziemniaków. Królewskie jedzenie prosto z ogrodu.
Ogóreczki już są malutkie, pomidory piękne, choć jeszcze zielone.
W zeszłym roku miałam tez piękne pomidory, ale strasznie zachwaszczone, bo musiałam wyjechać na miesiąc. Po powrocie wyrwałam wszystkie chwasty i było bardzo porządnie, jednak w przeciągu kilku dni pomidory zaczęły chorować i na koniec nic z nich nie zostało. Mądrzejsza o doświadczenie nie będę odchwaszczać w tym roku. Skoro lubią towarzystwo, to niech im będzie.

Powietrze drży od żaru i śpiewu. Ptaki i świerszcze w zmęczonej upałem trawie.


wtorek, 3 lipca 2012

U-ziemienie

Dziś pierwsze ściąganie wina z kwiatów czarnego bzu. Zapowiada się bardzo interesująco. Dużo zyskało po dodaniu szklanki surowego miodu. Po ściągnięciu wróciło do butli i pracuje sobie dalej. Lipy kwitną przebogato, uskubałyśmy z panią Alą po miedniczce kwiatów do ususzenia na herbatkę zimową. Gałęziami uraczyły się kozy. Zauważyłam, ze wolą gałęzie od trawy. Próby pasienia wypadły całkiem dobrze, jednak załamało mnie ich rozpaczliwe wołanie o pomoc, gdy przestały sobie dawać radę z gryzącymi bąkami i innym skrzydlatym atakującym pomiotem. Gnały do obórki szybkim tempem i były wyraźnie szczęśliwe pod dachem. Może gdy minie sezon bąków, wypuszczę je znów na łąkę. Teraz kosze trawę i noszę im gałęzie, które uwielbiają. Czarna Franka jest tak gruba, ze podejrzewamy ją o trojaczki.
Jak się chowają kozie trojaczki? czy trzeba któreś dokarmiać?

Łąka koniczynowa została skoszona gdy ustały deszcze, siano ułożone w kopy z pomocą sąsiadów, a potem postało sobie w tych kopach czekając na następna fazę dobrej pogody i wylądowało w stodole. Została rozebrana szopa- przybudówka przy oborze. Był to taki lamus, po zlikwidowaniu którego podwórze przejaśniało i zrobiło się porządne. deski posłużyły do zrobienia boksów dla kóz w obórce. Jak urodzą się małe kózki, to obora zasłuży w pełni na nazwę koziarnia.

Wraz z upałami wyroiło się mnóstwo owadów. Bąki, muchy różnego gatunku i komary. Komary maluteńkie, zwiewne jak dym, jak miniaturowy pyłek popiołu z ogniska, ale nie pozwalają posiedzieć wieczorem na dworze. Chyba że ktoś jest masochistą.

Zaczęłam zagospodarowywać górkę koło domu, przerabiając ją na skalniak, a w zasadzie ceglak. Górka ma w środku gruz i cegły ze starego domu. Wygrzebywanymi cegłami wykładam ścieżki i robię z nich murki. To spora górka :) i dużo pracy. Chce tam posadzic wieloletnie zioła i rośliny użytkowe. Rośnie już tam przesadzona melisa, szałwia, szczaw, kilka krzaczków lawendy i cebula siedmiolatka.. Inne zioła czekają na zelżenie upałów, bo strach przesadzać gdy zapowiada się znowu taki żar..
Na razie jeszcze nie ma się czym pochwalić, zdjęcia zamieszczę jak nabierze  konkretnych kształtów. U podnóża górki wymyśliłam  poletko truskawek. To miejsce tez trzeba oczyścić z rozrzuconych w trawie cegieł i gruzu. Na szczęście ziemia w tych miejscach jest lekka i pulchna.
Pracy są pełne ręce, te ręce nieraz bolą, ale też widać już efekty.

W mieście człowiek żyje bardziej w głowie, tu na wsi liczą się konkretne działania i włożona praca. Jest to uziemienie, dostęp do energii ziemi, mocne doładowanie, które zmienia psychikę i ciało.

Już noc. Przez południowe okno widać już księżyc w pełni, wielka srebrna tarcza poprzecinana czarnymi gałęziami drzewa.

niedziela, 17 czerwca 2012

Autoimmunologiczne i inne

Choroby autoimmunologiczne, choć maja wiele objawów, takich jak przy RZS, AZS, przy astmie, nietolerancjach pokarmowych, autoimmunologicznym zapaleniu wątroby, toczniu, układowym zapaleniu naczyń, stwardnieniu rozsianym, łuszczycowym zapaleniu stawów i wielu innych, charakteryzują się jednym podobieństwem: Układ odpornościowy atakuje własne tkanki. Czym to jest spowodowane, ze u różnych ludzi atakowane są różne organy, nikt nie dociekł, a działania medycyny koncentrują się na zwalczaniu objawów chorób.

Czym są objawy choroby? Otóż objawy choroby, to sposób w jaki organizm stara się przeciwdziałać czemuś, co mu zagraża, oraz widoczne skutki tych działań. Może to być np gorączka dla zwalczenia zarazków, kaszel dla wydalenia zalegającej wydzieliny w płucach, przerost tkanki międzystawowej i wiele innych.
 Leczenie objawowe polega na tym, ze tłumimy odpowiedź organizmu na czynnik chorobotwórczy, oraz poprawiamy komfort życia, zmniejszając lub niwelując ból towarzyszący zmianom.
Nie dotykamy przy tym przyczyny choroby, więc ta ma się dobrze całkiem, a nawet trochę lepiej, a z czasem jeszcze lepiej.

Leczenie przyczynowe polega na tym, ze znajdujemy czynnik wywołujący objawy i uderzamy w niego docelowo, tak jak antybiotykiem w konkretny zarazek.
Traktujemy wówczas organizm ludzki mający genetycznie powiedzmy setki tysięcy lat jak kompletnego głuptaka, który nie potrafi przeżyć bez medycznej strzykawki, albo pigułki.

Prawdą jest, ze organizm ludzki jest cudownym, samo naprawiającym się mechanizmem. Wystarczy zrozumieć co robi i nieco mu w tym pomóc, jeśli sam nie daje sobie rady.
Nawet chore zwierzęta umieją intuicyjnie wybrać trawy i zioła, jakich ich organizm potrzebuje, by ustabilizować zdrowie. Ludzie niestety zatracili tą zdolność

Wracam do chorób autoimmunologicznych.
Przyczyna nieznana. Układ odpornościowy atakuje własne tkanki. Dlaczego? Dlaczego uznaje tkanki za obce? Dlaczego wysyła armię przeciw własnym komórkom. Błąd? czy celowe działanie?
Pofantazjujmy:
 Może w środku takich komórek jest "Obcy Ósmy Pasażer Nostromo"? I trzeba zniszczyć cały statek-komórkę, żeby się nie rozprzestrzenił?
Jeśli tak, to kim on może być? Grzybem? Bakterią? Wirusem który replikuje się za pomocą DNA ludzkiej komórki? Pasożytem? Pierwotniakiem? A może kombinacją wyżej wymienionych, bo osłabienie komórki pociąga podatność na zakażenia czym popadło?
Jeśli tak jest, to toksyczne metabolity-ładnie mówiąc, a nie owijając w bawełnę- trujące odchody tych żyjątek, (oprócz traktowania naszych komórek jako inkubatorów i pozywki dla potomstwa),  dodatkowo zatruwają organizm, wywołując stany zapalne i obciążając wątrobę, nerki, wywołują osłabienie, bóle głowy, sztywność stawów,  i proszę sobie dopisać do listy co kto chce.
Czy w przypadku RZS lub innych chorób autoimmunologicznych wiemy do kogo strzelać? NIE. Czy medycyna dysponuje lekiem o tak szerokim spektrum działania, by wspomóc organizm w zwalczeniu przyczyny? też nie.
Co więc można zrobić?
Jeśli zapadamy na jakąś chorobę, a szczególnie jedna z tych "nieuleczalnych", to znaczy że nasz organizm już od dawna był w stanie dysharmonii i był prawdopodobnie mocno zanieczyszczony współczesna chemią spożywczą z marketów, nadwyrężony detergentami (tak, to bardzo ważne), miał niedobór podstawowych składników potrzebnych do budowy silnych i odpornych komórek, żywiliśmy go gotowaną i smażoną żywnością, a skąpiliśmy świeżych surowych warzyw, owoców i soków, które powinny stanowić co najmniej 75% dziennego wyżywienia. (Chodzi o niezbędne nam enzymy zawarte w surowym pożywieniu, które giną w temperaturze w jakiej obrabiamy składniki spożywcze)

Często dochodzą do tego zatrucia rtęcią ze szczepionek, ołowiem i innymi metalami ciężkimi, co już samo w sobie może stanowić przyczynę chorób autoimmunologicznych. Również niedobór jodu który jest dla naszych regionów stanem chronicznym (jod jest odtruwający, pomaga wydalić rtęć, ołów, brom i inne pierwiastki ciężkie, oraz ma wielką rolę w systemie odpornosciowym), może być przyczyną, osłabienia organizmu i bazą dla zakażeń jakimś obcym pasażerem.
Pamiętajmy, że patogeny atakują tylko osłabione komórki, zanieczyszczone i wadliwie zbudowane z powodu braku składników. prawidłowe i zdrowe, są odporne.
To więc, na co zachoruje dany człowiek, jest już w tym wypadku loterią. Może to być borelioza, gruźlica lub RZS. Przyczyną zawsze jest zbytnie obciążenie organizmu toksynami, które wprowadzamy za pomocą zjadania, wcierania w skórę lub jej moczenia, wdychania, wstrzykiwania (szczepionki) i tak dalej. Kiedy wątroba, nerki i skora nie dają sobie z tym rady, kumuluje się toto najpierw w stawach, a potem w komórkach innych organów, które nie są kluczowe dla przeżycia człowieka.
komórek-śmietniczek jest coraz więcej i skoro nie można już ich wydalić (niesprawna wątroba, nerki i jelita) zjawia się ktoś,kto jest chętny je zużyć. bakteria, grzyb, pierwotniak, albo inna zaraza.

No więc co robić? Oczyszczać organizm to po pierwsze, usprawniać drogi wydalania metabolitów własnych i pasażerskich, uzupełnić amunicję układu autoimmunologicznego, pomóc mu rozpoznać napastnika, bo często umie się dobrze zakamuflować, wspomóc w walce, dostarczyć doskonałych składników do odbudowy zdrowych komórek.
Środkiem pomocy są zioła, które mają szerokie spektrum działania i w mieszance możemy uzyskać działanie przeciwpierwotniakowe, przeciwpasożytnicze, zwalczające bakterie, wirusy i grzyby, ochraniające wątrobę, usprawniające pracę nerek, jelit, oczyszczające z toksyn, poprawiające samopoczucie i nastrój , odbudowujące organizm, uzupełniające pierwiastki śladowe i tak dalej :)

Odstawiamy wszelkie detergenty: płyny do mycia naczyń, szampony, mydełka z "fragransami", kremy i balsamy do ciała sklepowe, szampony, płyny do kąpieli. Używamy wyłącznie szarego mydła potasowego (nie sodowego), nie jadamy niczego ze sklepu, co ma chemiczne dodatki lub jest w jakiś sposób modyfikowane (czyli w zasadzie nic ze sklepu). Uwaga na mikrofalówki, bezwzględnie wywalić z kuchni. Nie używamy plastikowych naczyń i butelek. Żadnych margaryn i masłopodobnych wynalazków, konserw, mrożonek, drobiu z ferm hodowlanych, wędlin sklepowych, octu spirytusowego, białego chlebka i nadmuchanych bułeczek. Chleb razowy i na zakwasie jest najlepszy. Nie bać się masła.
Doskonałym środkiem uzupełniającym pierwiastki śladowe i wszystkie enzymy, endogenne i egzogenne jest pyłek pszczeli, który polecam mocno, oraz wzorowanie się na diecie Gersona, nie koniecznie w wersji ortodoksyjnej, ale co najmniej litr świeżych soków z warzyw (koniecznie z udzialem marchwi-prow.A), oraz surowe owoce i warzywa, jako podstawa wszystkich posiłków. To odciąża organizm, oczyszcza i dostarcza mnóstwa składników do odbudowy komórek.
Ważne jest zażywanie minimumj 2000mg wit C, która pomaga w odbudowie prawidłowych błon komórkowych, oraz tkanki łącznej i kości.

Pomoc w zidentyfikowaniu napastnika, dadzą naszemu ciału tradycyjne bańki, których serię należy postawić.
Podczas tego zabiegu pękają komórki i uwalniają swoją treść do limfy (tworzą się siniaki). A jako że patogeny maja słabsze błony komórkowe od ludzkich tkanek, to znikają wszelkie ich kamuflaże i osłony napastnika i organizm wie, z czym ma do czynienia, więc nie strzela na oślep.
To tak krótko, żeby nie zanudzić.
Pozdrawiam

czwartek, 14 czerwca 2012

Wino, ser, miód i kocia przygoda


Leje do znudzenia, ostatnio trzy dni i trzy noce pod rząd ulewa, a długo przedtem pogoda w kratkę, godzina słońca, dwie godziny deszczu. Pomarnowało się ludziom na łąkach siano którego nie sposób było zebrać. Na  szczęście 25 arów białej koniczyny przeznaczone na siano dla kózek, nie zostało wykoszone przed deszczami i jest szansa, że jak minie zła pogoda, uda się  zebrać nieco dobrego siana.
Kozy zadomowiły się już w nowym miejscu, dostały skórzane obroże zamiast łańcuchów z którymi przyjechały do mnie.
Czarna dostała imię Franka, a biała to Bazia.
Przy dojeniu Franki, Bazia ogląda mnie dokładnie i próbuje wylizać mi czoło, albo chwytać za sprzączki przy gumowcach.
Franka przy dojeniu Bazi podskubuje ją za ogon jak tylko nie patrzę :), a potem udaje niewiniątko. Zrobiłam swój pierwszy w życiu kozi ser. Był dzisiaj na śniadnie do chleba, polany młodym miodem. To są proszę państwa te luksusy, jakich rzadko można doznać w mieście. Prawdziwy świeży kozi twaróg z prawdziwym miodem.
Zamierzałam w tym roku narobić syropu do herbaty z kwiatów czarnego bzu, ale mi się nie udało. Okienka w deszczu wykorzystywane były na pilne i konieczne zajęcia, a teraz bzy przekwitają już. Są jeszcze kwiaty, ale mokre. Nie wyglądają zachęcająco. Jedyne co zrobiłam to eksperymentalne 10 l wina z kwiatów. Wino "bulka" sobie w butli w kuchni i wygląda dobrze, Pachnie cudnie kwiatami bzu i cytryną,  (zakwasiłam je pokrojoną całą cytryną). Nie miałam drożdży winnych, więc dodałam skórkę z jabłka i winko pracuje na dzikich drożdżach. Powiem wam, ze bardziej mi smakuje wino na dzikich drożdżach, jest bardziej "gładkie" w smaku, oleiste, pięknie ścieka po brzegach szkła, nie ma drożdżowego posmaku. Fachowcy od wina mówią że to z powodu wytwarzania przez dzikusy większej ilości gliceryny, nadającej winu aksamitną gładkość. W zeszłym roku zrobiłam tak wino z czerwonych porzeczek i było najlepsze z dotychczasowych.

Wczoraj kicię Baśkę spotkała przygoda, po której jest już bardzo ostrożna w kontaktach z psami.
Zapolowały na nią dwa zajadłe psy, które wymknęły się z obejścia sąsiadki i ruszyły na rajd po wsi. Udało się jej uciec na drzewo za oborą, jednak był to gładki i wysoki jesion, o gałęziach odchodzących pod kątem ostrym od pnia. Siedziała biedula jakieś siedem metrów nad ziemią  obejmując gałąź i nie umiała zejść. po godzinie już mocno płakała. Nie ma wyjścia, trzeba ruszyć na pomoc. Znalazła się drabina w domu obok, jednak gospodarz uparł się że sam ją zdejmie. Koty nie pozwalają podchodzić obcym i skończyło się  na tym, że przerażona Baśka wywindowała się po prawie pionowej gałęzi jeszcze kilka metrów wyżej, zasiadła na rosochu i zapłakała jeszcze głośniej. Po następnych dwóch godzinach już ochrypła i nie spełniły się zapewnienia sąsiadów, że koty same schodzą z drzew, bo umieją. Może wiejskie, wychowane wśród drzew, ale nie miejski kot, któremu do głowy nie wpadło, że z drzewa schodzi się tyłem, a same drzewa zobaczył dwa miesiące temu. Pognałam poszukać większej drabiny. Znalazła się czterometrowa, conajmniej o połowę za mała. Wylazłam na ostatni szczebel, złapałam się jedną ręką za gałąź wyżej i dalejże prosić Baśkę, żeby zeszła. Bez skutku. Postanowiłam spróbować znów za  godzinę. Odeszłam, zmieniłam buty na wygodniejsze klapki, nakarmiłam kozy i wtedy nadpłynęła ciężka chmura deszczowa. Pędem do drabiny,  wylazłam na jej szczyt, złapałam prawą ręką za gałąź i dalejże namawiać kota, by zszedł. Powiem, ze byłam już trochę zrozpaczona, bo sytuacja po tych kilku godzinach wydawała się beznadziejna.
Jak ona zejdzie po niemal pionowej gałęzi tyle metrów w dół? Przytuliłam głowę do jesiona, zamknęłam oczy i pomyślałam: Proszę, pomóż jej podjąć decyzję, bo chłopy w końcu odpiłują ci tą gałąź (naprawdę mieli taki zamiar, jeśli do nocy by nie zeszła). Popatrzyłam w górę na Baśkę, a ta dostała "dzikich oczu", wygramoliła się z rosocha, objęła łapami gałąź i zaczęła schodzić!..............głową w dół!
Przeważyło ją, oderwało od gałęzi i poleciała w dół jak tłusta kluska, uderzyła o mnie całym ciałem i wtedy ją złapałam lewa wolną ręką. Schwytałam ją góry nogami, głową w dół.  Powolutku zeszłam trzymając ją mocno tak jak złapałam, szczebel po szczebelku, ostrożnie, bo na nogach miałam klapki, a do trzymania drabiny jedną rękę.
Baśka nie wyciągnęła nawet pazurów, spokojnie dala się znieść, SAMA zeskoczyła na ziemię przy ostatnich szczeblach i z godnością, powolutku SAMA poszła do domu, nie pozwalając się wziąć na ręce :)
Takie to kocie i ludzkie przygody.....