poniedziałek, 3 lutego 2014

Koźlaki

Łaciata kudłata Lalka, pierwiastka, urodziła przed zmrokiem swoje pierwsze maluchy.
Są dwa koźlaki. Po łaciatej mamie i tatusiu kawa z mlekiem wyszły dwa czyste białasy. Po budowie wnioskuję, ze koziołek i kózka.
Pojedynczo zabierałam do domu do kuchni  powycierać do sucha, bo jednak u nas jeszcze zima.
Koźlęta Wańdzi przybędą chyba w połowie lutego.
To ja tyle, lecę pozaglądać jak sie mają.

piątek, 24 stycznia 2014

Śnieg i suszone zioła

Mróz solidny, nie wiem ile bo nie mam termometru, jednak śnieg skrzypi i skrzy się. Pod butami załamuje się sztywna powierzchnia, odkrywając puszyste podłoże.
Zanim ścisnął mróz, porobiłam ścieżki odsuwając lekki puch stopami w stylu "zasiali górale", bo machanie łopatą było cięższe i wolniejsze. Potem systematyczne wydeptywanie ścieżek nie pozwoliło na nagromadzenie się zasp. Pierwsza zima w życiu kocurka. Wspaniałe jest obserwowanie reakcji młodego zwierzaczka na pierwszy śnieg. Szok, niedowierzanie, wypróbowywanie, radość i zabawa, a potem zmarznięty nosek i łapki, więc szybko do domu, ale oczka nadal się cieszą.
W lutym przybędą młode koźlęta. To niezła pora na wykoty choć zimno, bo zaczną akurat dobrze jeść gdy zacznie się pierwsza trawa. Bardzo jestem ich ciekawa, jakie będą. I jaka okaże się Lala jeśli chodzi o mleko, bo możliwości Wańdzi już znam.
W lutym też czas na obudzenie się z hibernacji zimowej, więcej słońca, dłuższy dzień.
Służy mi życie rytmem przyrody. Nienaturalny miejski rytm jest wyczerpujący fizycznie i psychicznie.
Palę samym drewnem, więc popiół jest czysty. Jest w nim tylko sporo gwoździ ze starych desek, które nadal spalam na zmianę ze szczapami, więc czeka mnie wybieranie ich z popiołu. Zaplanowałam użyźniać popiołem łąkę z której kosi się trawę na siano dla kóz. Można popiół wysypywać po trochu nawet teraz, zimą jak jest sprzyjająca pogoda.
Popiół zawiera wszystkie składniki jakie miało drewno, również zawiera wapno.
Żeby uzupełnić w naturalny sposób azot, podsieję z garści nieco roślin motylkowych na wiosnę.

Odpoczywam sobie spokojnie po ubiegłym wegetacyjnym sezonie, zajmuję się tym co lubię, bez nacisków. Jem też jak lubię, bardzo prosto, dzięki czemu prawie wcale nie korzystam z zakupów w sklepie. Może dwa razy w miesiącu zapałki, olej i parę drobiazgów.
Właśnie skroiłam ostatnią cukinię kozom, napoczęłam sama przedostatnią dynię. Bardzo ładnie przechowują się w piwnicy ziemnej więc już wiem, że warto je przechowywać. Będę siać.
We wsi twierdzono, że zaraz się zepsują a okazało się  że nie.
Dynia najbardziej smakuje mi na surowo i tak ją zjadam, utartą na drobnej tarce jarzynowej, z grubiej utartym jabłkiem, odrobiną miodu i małą łyżeczką śmietany.
Za gotowaną lub smażoną nie przepadam, więc się nie zmuszam ;)

Z perspektywy dwóch lat spędzonych na wsi, gdzie mam codzienną możliwość dużego wysiłku fizycznego na świeżym powietrzu, słońce, czystą świeżutką i nie mieszaną z chemią żywność, prawdziwy ogień w palenisku, dobrą wodę, kontakt z ziemią i roślinami, swoją zimową hibernację na zmianę z letnią aktywnością, mogę powiedzieć że jest już dobrze widoczna regeneracja organizmu po niszczących miejskich warunkach.
Ciesze się że udało mi się po raz kolejny wyrwać ze spirali w dół, stosując tak proste środki, oraz kilka psychotronicznych sposobów.
Mogłam też używać ziół jakich dusza zapragnie, zebranych i ususzonych przeze mnie, a więc zachowujących swoją pełną wartość leczniczą.

Jeden z jesiennych gości przywiózł do mnie suszoną rutę, zakupioną od znanego producenta pewnej słynnej roślinki wzmacniającej i obydwoje byliśmy w lekkim szoku porównując moją suszoną rutę z tą zakupioną.

Kto zgadnie która jest moja ;) ?

Prawidłowo ususzone zioło powinno zachować kolor (tylko nieliczne zioła zmieniają kolor przy suszeniu, jest to związane z ich składem), mieć miły zapach właściwy danemu gatunkowi i zachować cechy charakterystyczne.
Zmiana koloru, utrata zapachu, świadczy o nieprawidłowym suszeniu i przechowywaniu. Takie zioło już straciło większość właściwości leczniczych, stąd ludzie twierdzą, że zioła nie działają.

Zioła działają bardzo dobrze i mocno, jeśli są zbierane, suszone i przechowywane wg prawidłowych zasad.
Na przykład przegrzanie ziół zawierających olejki eteryczne, oraz mielenie ich do pakowania, powoduje utratę olejków eterycznych. One się ulatniają niemal całkowicie, a z nimi właściwości lecznicze roślin.

Prawidłowe postępowanie z ziołami to manufaktura, żmudna i uważna praca.
Te osoby które pomagały mi pracować przy ziołach, dobrze o tym wiedzą. Pozdrawiam :)
Mechanizacja jest wydajna, ale efekt to wyłącznie ilość. Ludzie kupujący nie mają możliwości porównać jakości, bo  wiedzy jakie cechy ma dobry susz ziołowy zwyczajnie nie ma, a przepalone brązowe rośliny to norma.
Niestety, tylko z dobrego suszu można wykonać pełnowartościowe leki ziołowe.

piątek, 13 grudnia 2013

Mata z rdestowca japońskiego

Zabrałam się dzisiaj za zrobienie maty na ścianę kuchenną z suchych pędów rdestowca japońskiego. Ścięłam je w listopadzie i zaniosłam do domu żeby wyschły. Zawsze działały mi na wyobraźnię, bo przypominają budową pędy bambusa, są puste w środku i lekkie, a wczesne deszcze nadały im barwę czekoladową.
Mata gotowa, zajmuje spory kawał ściany i wiszą na niej sznurki suszonej papryki, czosnku, pędy suszonego kopru powiązane w pęczki końskie ogony z włókien rafii. (Rafii używam do wiązania ziół w pęczki do suszenia).
Znajdzie się na niej miejsce na świąteczną zieloną gałązkę.
W sezonie mata będzie służyć jako podręczna suszarka do ziół.
Mata nie jest taka piękna, jak sobie ją wyobrażałam przystępując do pracy, ale jest ładna i ma w sobie coś.

Przechodzę odwyk od kawy, nie piję jej wcale. Minęło już kilka dni ze złym samopoczuciem, kiedy dokładnie nic mi się nie chciało robić i dziś właśnie przeszło, mam nadzieję, że trwale.

Sprzątanie ganku z rupieci, pieczenie chleba (w elektrycznym piekarniku) oraz wiązanie maty zabrało mi czas do późnego wieczora, kiedy to postanowiłam rozpalić wreszcie w piecach, najpierw kuchenny.

Żeby wyczyścić dokładnie wnętrze zdjęłam fajerki i odeszłam żeby umyć i napełnić zdjęty gar wodą. Kiedy po chwili odwróciłam się i spojrzałam na płytę pieca, zobaczyłam wystający z otworu po fajerkach wielki  bąbel w kolorze popiołu.
Umysł ześwirował na chwilę, próbując dopasować to coś do wszelkich znanych mu zjawisk, po czym odpuścił sobie i podeszłam ostrożnie dotknąć to nieruchome coś. Było futrzane i nabite popiołem. Macejko :)
Spróbowałam go wywlec przez otwór w płycie, ale nie dał się, sam wylazł drzwiczkami od pieca uwalony sadzą i popiołem, strząsnął z futerka to co się dało i spojrzał na mnie niewinnie... Bardzo niewinnie...

Złapałam łotra i wyczesałam co się da miotłą z sorgo, co mu się o dziwo baaardzo podobało, po czym brudas poleciał rozrabiać dalej, bo rozrabia ostatnio okropnie.
Najlepsza jego zabawa to "złap mnie na stole" i nawet oberwanie ścierką nie jest go w stanie zniechęcić.

Z ciekawych rzeczy jakie ostatnio wypróbowałam, to mycie głowy sodą.
Tak, samą sodą. Ile człowiek się nakombinuje, zanim sięgnie po coś najprostszego pod słońcem, co zawsze było pod ręką i okazało się najlepsze pod względem efektów i ceny.
Soda się nie pieni. Nasypuje się jej na rękę, dodaje nieco wody żeby uzyskać papkę i tym się myje zamoczone woda włosy.
Trzeba dokładnie wymasować palcami skórę głowy i włosy na całej długości. Soda nie robi tego, co nam się kojarzy z myciem, czyli piany, jednak efekt mycia jest doskonały. Czytałam że otwiera łuski włosa, dzięki czemu można dokładnie pozbyć się z włosów resztek kosmetyków (jeśli ktoś używa) i zanieczyszczeń.
Po umyciu trzeba spłukać głowę najpierw samą wodą, a potem wodą z octem, najlepiej jabłkowym, lub sokiem z cytryny. Kwas zobojętnia odczyn zasadowy sody i zamyka łuskę włosa.

Powiem wam tak: wrażenie czystości nienaganne, włosy lśniące i ciężkie, lejące, łatwo się rozczesują.
Zniknął efekt pierzenia się i wypadania włosów, który zawsze miałam po szamponach i nieco mniej po szarym mydle.
Musze jednak uprzedzić, że czytałam o tym, że mycie włosów sodą jest chwilą prawdy.
Włosy zniszczone farbowaniami i chemicznymi odżywkami, po dokładnym oczyszczeniu sodą pokazują jakie naprawdę są, co nie zawsze może się podobać.


niedziela, 24 listopada 2013

Magia i cud istnienia

Nie ma się co czarować, ziołolecznictwo to jedynie sposób naprawiania szkód wyrządzonych własnemu organizmowi przez braki i niedobory żywieniowe, oraz tryb życia. Jest jednak jedną ze wspaniałych metod pomocy przy przywracaniu do działania uszkodzonych przez naszą ignorancję narządów.

Nie należy ziołolecznictwa traktować jako cudownej metody na powrót do życia w zdrowiu, jeśli jednocześnie nie usuniemy przyczyn powstania choroby. Ciało ludzkie jest nierozerwalnie związane z Ziemia i jej roślinami, stanowiącymi niegdyś podstawę wyżywienia i dostarczającymi wszelkie niezbędne składniki do budowy komórki- witaminy, enzymy, minerały, tłuszcze, białka.
Komórki są najmniejszymi żyjącymi składowymi naszych ciał. Są zróżnicowane w zależności od funkcji jakie sprawują w organizmie. Inaczej są zbudowane komórki wątroby, serca, kości lub mięśni. Wszystkie jednak potrzebują do prawidłowego wykształcenia i działania odpowiedniego budulca, którego należy im dostarczyć wraz z jedzeniem. Jeśli tego nie dostają, organy jakie tworzą będą niepełnosprawne i podatne na wszelkie uszkodzenia i atak patogenów. Współpraca między niepełnosprawnymi organami jest także kaleka.
Jak mawiał mądry Hipokrates: pożywienie powinno być lekiem, a lek pożywieniem.

Powinniśmy też pamiętać, że ciało ludzkie jest stworzone do ruchu, a nie do wielogodzinnego siedzenia w ławce szkolnej lub na biurowym krześle, a potem w fotelu przed telewizorem.
Organy nie używane ulegają atrofii. Nie używane mięśnie zanikają, cofa się ich ukrwienie, limfa odżywiająca i oczyszczająca komórki leniwiej krąży, a w miejscach stałego ucisku (np przy całodziennym siedzeniu) tworzą się jej zastoje i trwałe opuchlizny. Nadmiar pożywienia nie zamieniony w energię ruchu, zamienia się w tłuszcz.
Kości pozbawione obciążeń do jakich są stworzone robią się cienkie, łamliwe i słabe, przez co (w powiązaniu ze słabszym krążeniem) stale marzniemy.
Mało kto wie, że kości łącznie z jelitami są piecem, ogrzewaczem naszych ciał.
Są rezerwuarem energii.

Przestaliśmy zwracać uwagę na to, jaką siłę sprawczą ma nasz umysł, materializuje on w naszym życiu to na czym skupiamy uwagę. Jest to swoisty portal między nieprzejawionym, a przejawionym światem.
Jeśli skupiasz się na chorobie, dostajesz ją, potem skupiasz się na chorobie jeszcze bardziej bojąc się jej. Doładowujesz ją w ten sposób energią i dostajesz jej jeszcze więcej. Tak to działa i na tym polega magia istnienia.
Największym wysysaczem energii jest strach i niechęć, a umysł kieruje wygenerowaną energię na darzony tymi uczuciami aspekt życia.
Nigdy niczego się nie bój. Ryzykujesz jedynie życiem, a bojąc się - już je straciłeś. Będzie nędzne, pełne walki z tym czego nie chcesz, przywiązania do tego co cię boli. Im więcej walczysz, tym więcej skupienia i energii włożysz w to czego się boisz i tym więcej tego dostaniesz.
Tak to działa.
Widzisz więc, ze do zdrowia nie prowadzi walka, ale mądre skupienie na celu, czyli beztroska wizja siebie jako osoby zdrowej, radosnej i pełnej energii.
Metody prowadzące do materializacji tej wizji (fizyczne i niefizyczne), same zaczną wtedy przychodzić do twojego życia.
Nie licz na natychmiastowy cud. On będzie, ale przyjdzie cichutko i niepostrzeżenie, jeśli spełnisz warunki. I będzie to prawdziwa magia, nie ta z różdźkami, kielichami, sztyletami i pigułką.
Bedzie to magia i cud istnienia.

sobota, 16 listopada 2013

Szykowanie do zimy

Żywopłot grabowy posadzony :) Leń mnie troche ogarnął po trzydniowej świątecznej przerwie i trudno wejść na poprzednie obroty, ale posuwa się wszystko powoli do przodu. Przywlokłam do do domu i wyszorowałam wielką ocynkowaną balię. W celach kąpielowych oczywiście. Wbrew pozorom nie potrzeba dużo wody do wielkiej balii, bo wyporność części człowieka które mieszczą się w środku robi swoje ;)
Macejko dorośleje, ma tak na oko już pół roku. Noce spędza poza domem i nawołuje się z innymi kotami. Zaczęły się odwiedziny tych ciekawskich futrzaków na podwórku. Dobrze że kamykami w okno nie rzucają ;)
Łotr śpi cały dzień i pojada, a wieczorem smyk za róg domu i wita mnie rano pod oborą- do asysty przy dojeniu. Potem leci do domu na miseczkę mleka i śniadanie. I spać.
Trawa jeszcze ślicznie zielona i dość bogata, ale kozuchy wybredne. Postały dziś na pastwisku jak dwa nieruchome słupki przez trzy godziny. Co wyjrzę, to stoja w tym samym miejscu i rozglądają się tylko. Poszłam więc je zabrać do obory, wyciągnęłam paliki i wtedy zaczęły jeść. Ożesz ty.
Nie miałam dziś czasu przy nich stać, bo rabanie drewna w toku, cięcie pni na kawałki, zrywanie dobrych desek ze stodoły i znoszenie pod dach, oraz wypad na ostatnie jabłka z sasiedzkiego sadu. Pyszne słodkie i kruche. Kozom tez się dostały jabłka, siano i dynia.
Dynia bezłuskowa, bo leń ze mnie okrutny. Pestki oczywiście moje, a sama dynia dla kozuch. Z całej torebki nasion wyrosły dwie roślinki i miały po jednej dyńce tylko. Na wiosnę posieję uzyskane świeże nasiona i mam nadzieję na lepszy zbiór. Pestki sa pyszne.
W piwnicy mam jeszcze kilka tych dużych pomarańczowych i słodkich, podłużnych gruszkowatych i pare wielkich cukinii. Gruszkowate dynie i cukinie sa dla kóz.
W piecu już trzeba palić bo noce chłodne i wilgoć w powietrzu. W dzień się tego tak nie odczuwa, lecz wieczorem trzeba juz coś narzucić na plecy. Sprawiłam też sobie gumowce piankowe, które mają chronić stopy przed zmarznięciem do minus 30 stopni. Rozpusta :)
 Mam też kraciastą koszulę budowlańca, z ocieplanymi rekawami i sztucznym futerkiem w środku. Jest fantastyczna, trzy numery za duża, więc mieści gruby sweter pod spodem i służyła mi zeszłej zimy jako ubranie do kręcenia się po obejściu. Cieplejsza od kurtki zimowej. Dzięki niej nie siniałam i nie sztywniałam na mrozie.
Jutro zamierzam, oj zamierzam. Rozmroziłam kawałek białego sera i bedę piec słone ciasteczka serowo-skwarkowe. Kaloryczne :)
Ugotuję zupę na dwa dni- ogórkową i może upiekę bułeczki?
Trzeba też nastawić zakwas, bo pali się już wieczorami w scianówce. Czas na własny chlebek.
Człowiek czasami musi byc dla siebie dobry ;)

Aha i jeszcze wieczorami marzy mi się ruska bania. Dla zdrowotności i przyjemności. Materiałów ze stodoły bedzie chyba wystarczająco?

czwartek, 31 października 2013

Woda

Dziękuję bardzo za tyle wspaniałych wskazówek. Dzięki nim zaczął mi się klarowac obraz książki. Myślę o nim w czasie prac w gospodarstwie, bo jesień ciepła  sprzyja pracom.
Przesadzam teraz maliny w dogodniejsze miejsce, codziennie staram się wykopać i posadzić rządek. Rąbię stare dechy leżące na dworze przynajmniej przez godzinę dziennie. Co dzień też pracuję po trochu przy zasypywaniu 12 metrowego rowu, głębokiego na wysokość chłopa. Na raz zasypać go nie dam rady, bo ziemia zmieszana z gruzem. Ciężko.
W rowie lezy rura z wodą, a koniec tej rury w mojej kuchni jest (niemal zgrabnie) wykończony kranem, zawieszonym nad srebrzystym dwukomorowym zlewozmywakiem, usadowionym na topornym, ręką Majstra Od Drewna wykonanym stelażu. Mam wodę w domu :)
A jeśli przy temacie wody jestem, to dopiszę że skromniutka dotacyjka jaka przypadła od Gminy dla naszej małej wioski, została przez Sołtysa i Walne Wiejskie Zebranie przeznaczona na ogarnięcie rozdeptanego przez dziki miejscowego źródełka w debrze (wąwozie) i zrobienie z niego krynicy pod zadaszeniem.
Takie zadaszenie nazywane jest tutaj kapliczką.
Źródełko przylega do mojej posesji więc cieszy mnie to niezmiernie, bo blisko  po kryniczną wodę będzie na koniec przyszłego roku. Według tutejszych (tych za kołnierz nie wylewających), woda ze źródełka jest cudownym lekiem na kaca, więc pierwszy cud przyszła krynica ma juz na koncie.
Planuję też o ile zdążę, posadzic żywopłot. Bedzie to jednak grab ze względów ekonomicznych- przycinane co kilka lat odrosty będa źródłem drewna opałowego. Duże drzewa są trudne do pocięcia i porąbania, więc za podszeptem Krystyny prowadzącej blog  Kawałek Własnego Raju, zrobię właśnie tak.

A książka będzie o ziołach i magicznej stronie istnienia. Nie fantasy, ale podręcznik.

wtorek, 22 października 2013

Pytanie

Mam do Was pytanie
Gdybyscie chcieli mieć w swojej biblioteczce książkę o ziołach i dawnych sposobach na zdrowie i urodę, to jaka ona miała by być.
Co powinna zawierać, bo ogólnie o ziołach jest napisanych wiele książek.
Zadaję to pytanie w związku z tym, że zbliża się czas, celnie przez Ewę z Kresowej Zagrody nazwany Wakacjami Rolnika, a wakacje te trwają kilka miesięcy, więc może powinnam zmierzyć się w ten czas z czymś czego jeszcze nie zrobiłam, czyli z napisaniem książki.
Mam problem jednak z ogromem tematu. jeśli chcieć ująć wszystko, to będzie po łebkach więc na nic nie przydatne. Może być szczegółowo, ale będzie to wielka cegła w której będzie się można pogubić, a więc też niewiele przydatna.
Może powinno to być kilka książeczek mniejszych rozmiarowo, za to podzielonych tematycznie?
Na przykład książeczka o takiej zawartości: jak wykonac ocet jabłkowy i o jego właściwościach leczniczych, wina lecznicze, pomocne mikstury typu "pyszny galen w stylu arabskim"? (a tak na marginesie, zrobiłam sobie ostatnio taki na bazie czarnuszki, kozieradki, ostropestu, pyłku pszczelego i szczodraka krokoszowatego), syropy, wyciągi olejowe i inne?
Jaka jeszcze tematyka tomików?
A może powieść fantasy z prawdziwymi informacjami o ziołach i metodach przywracania zdrowia?
O matko i córko :) nie wiem czy dała bym radę zmierzyć się z takim wyzwaniem. I kto miał by być głównym bohaterem?

Macie może inne pomysły?